Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Tara – Pljewlja – Bijelo Polje – Berane

środa, 25 VII 2012


Ładny poranek | Wąwóz Tary | Pożar! Jedziemy do Pljevlji | Nieplanowany nocleg w Berane


– Ha! Jaki ładny dziś dzień mamy! – mówię do budzącego się Sergiusza – nie mogła wczoraj być taka pogoda? Istotnie, na błękitnym niebie nad Durmitorem zatrzymywało się tylko parę obłoczków. Na wprost na nas piętrzy się Medjed – wczorajsza zdobycz. No, szkoda, że nie mogliśmy zrobić dobrych zdjęć na szczycie… Sergiusz w końcu wstaje. Ja, już wcześniej umyty i ogolony, pakuję plecak. Niektóre rzeczy wyschły, inne nie. Buty wyschną... na nogach. Wychodzimy o 8:00.
W centrum Żabljaka robimy drobne zakupy i na dworcu autobusowym sprawdzamy połączenia. Najbliższy autobus jest o 11:00, jeśli dobrze zapamiętałem. Tyle czekać nie zamierzamy. Idziemy wzdłuż obwodnicy, by ustawić się w dobrym miejscu na stopa. Godzina oczekiwania utwierdza nas w przekonaniu, że Czarnogórcy nie są skłonni zabierać autostopowiczów. Do Tary podwozi nas chłopak wiozący chętnych na rafting. A no właśnie: wąwóz Tara znany bardziej medialnie "kanionem"… Istnienie tej atrakcji turystycznej – według niektórych, najgłębszej doliny rzecznej w Europie – gdzieś tam głęboko tkwiło w mojej świadomości. Ale dopiero na jeden czy dwa tygodnie przed wyjazdem przypomniałem sobie o Tarze i włączyłem ją do celów trampingu. Sergiusz obejrzał zdjęcia w sieci i też mu się spodobało to miejsce. A teraz właśnie zmierzyliśmy tamtym kierunku w tym kierunku. Zgodnie odrzuciliśmy – jeszcze w Krakowie – pomysł raftingu. Miał kosztować 50 euro (na miejscu słyszałem o 35 euro) – znacznie powyżej naszego pojęcia opłacalności. Ja zresztą byłem nie tak dawno na raftingu w Chiang Mai w Tajlandii, a Sergiusz zaś – w Turcji.

Dolina rzeki skrywa się przed naszym wzrokiem niemal do ostatniej chwili – wyłania się wśród górskiego terenu tak nagle, jak dolina rzeki Sumyn Goł w Mongolii czy Dolina Kadisza w Libanie. Z parkingu nie widać dna doliny, za to można podziwiać betonową konstrukcję mostu zbudowanego jeszcze przed wojną (1940 r.). Przerzucony przez rzekę ma 365 metrów długości. Stoi na kilku przęsłach, z których najwyższe ma 172 metry wysokości. Podoba mi się tu, ale na razie mamy inne zmartwienie. Droga do Mojkowaca, którą mieliśmy jechać w stronę Kosowa, jest zablokowana ze względu na pożar lasu. Nie ma informacji, kiedy będzie otwarta.
Na razie zostawiamy plecaki w informacji turystycznej i idziemy drogą gruntową na dno doliny, gdzie znajduje się kemping. Jest 12:00, upał narasta coraz bardziej. Powietrze jest nieruchome, żar bije w twarz. Wdychamy aromat sosen i ziół. Jest cicho, jeśli nie liczyć monotonnej melodii cykad. Główna droga prowadzi do wspomnianego kempingu, my zaś skręcamy w lewo na dróżkę prowadzącą do resztek starego mostu. Rozkładamy się na kamieniach nadrzecznych. Nie widać z tego miejsca mostu a brak ścieżki uniemożliwia nam spacer wzdłuż rzeki. Raz na jakiś czas przepłynie Tarą ponton wyładowany turystami. Cieszą się na nasz widok, machają rękami, zupełnie tak, jak my pozdrawialiśmy tubylców na brzegu podczas raftingu w Chiang Mai. Koło 13:00 zbieramy rozłożone na słońcu podeschnięcie już buty i skarpetki, wracamy po plecaki i idziemy na most. Widok szmaragdowej Tary płynącej V-kształtną doliną porośniętą ciemnozielonym, gęstym lasem, jest wart krótkiej sesji zdjęciowej. Daleko w dole w poprzek spienionego gdzieniegdzie nurtu kładzie się cień mostu, na którym stoimy. Okej, dość tych zachwytów.

Za mostem ustawiamy się na stopie licząc na transport do Pljevlji. Bezskutecznie. Zatrzymuje się, co prawda, młody facet, ale chce zabrać tylko Sergiusza. Niedoczekanie twoje! Po godzinie wsiadamy do autobusu relacji Żabljak – Pljevlja. Z westchnieniem wysupłuję kolejne 6 euro. W gruncie rzeczy nie żałuję, że musimy zrobić przejazd przez północną Czarnogórę i nie robię z tego problemu. Krajobraz w tej części kraju – jak łatwo się domyślić – jest górzysty z przewagą częściową porośniętych pasm górskich.

W Pljevlji jesteśmy po godzinie jazdy.
– Co tu jest ciekawego to jak napisane w moim przewodniku, który położyłem na krawężniku – mówię do Sergiusza.
– Ciągle żałujesz zguby?!
Zwiedzanie miasta ograniczamy do drobnych zakupów w okolicy dworca. Ponad dachami domów miga nam tylko czasem minaret meczetu Husejna Paszy (XVI w.). Do kolejnego autobusu mamy 30 minut. Tym razem jedziemy wyładowanym busem do Bijelo Polje. To już absolutna prowincja – z rzadka wioski, mały ruch na drodze. Przyznaję, że te ostatnie są dobrej jakości. Zbliżając się do doliny rzeki Lim, zastanawiam się, czy nie lepiej wysiąść na krzyżówce przy głównej drodze prowadzącej do Berane. Brak zdecydowania lub słaby refleks sprawiają, że wjeżdżamy do miasteczka. Dworzec bez rozkładu jazdy, bez oznakowanych stanowisk. Ludzie stoją przy ulicy i czekają, aż przyjedzie ich autobus. Nasz autobus do Berane ma być za półtorej godziny, idziemy więc na stopa na obwodnicę za rzeką. Kawał drogi i jak się okaże – zupełnie niepotrzebna wycieczka. Chociaż połowa samochodów na trasie ma rejestrację spoza regionu – przez godzinę nikt się nie zatrzymuje. Wracamy jak nie pyszni na dworzec.

W Berane jesteśmy koło 18:00 i mamy ponad godzinę oczekiwania na transport do Rożaje. Ech! Ile tych nazw będę musiał się nauczyć! Korzystamy z ogólnodostępnego wifi, by ściągnąć mapę okolic. Sergiusz wysyła e-maile. Kilka minut po rozkładowej godzinie odjazdu pytam bramkarza (znów te peronówki!) o autobus. Odjechał. A niech to! Specjalnie zapytałem o numer stanowiska, w ogóle nie podjechał na płytę dworca, Wściekły idę oddać bilety. Jest, co prawda, jeszcze jeden autobus za dwie godziny, ale nie mamy ochoty szukać noclegu w Rożaje o północy.
Sergiusz odnajduje na mapie Google miejsce dobre na potencjalny nocleg w namiocie, ale liczymy na spanie w ogrodzie. Na razie usiłujemy pokonwersować z dwoma Czarnogórcami, którzy chcieliby nam pomóc. Być może lekki rausz pomaga im w próbach pomocy nam, ale dzięki za dobre chęci. Zaczepiamy później dwie nastolatki, pytając o miejsce u nich w ogrodzie – ale trochę niekumate są. No nic, przeszliśmy przez most na drugą stronę Lim i idąc ulicą zabudowaną parterowymi domkami, zastanawiamy się, kogo by tu wykorzystać 😉. Drugie podejście jest udane: w grupie sąsiadów spędzających wieczór na pogaduszkach przed domem znajdują się dwie chętne osoby do przenocowania nas – albo w namiocie za domem, albo na werandzie. Wybieramy ten drugi wariant. Rozkładamy karimaty pod zadaszeniem, myjemy się nieco i już bez kolacji – zasypiamy.

Następny dzień  Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej