Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]


Przysłowie marokanskie


Fez

czwartek, 15 VIII 2002


Nasz marokański przewodnik | Feskie kafelki nie podobają mi się |Raz dwa trzy, czy umiesz liczyć?|Dywanowe interesy|Obiad po marokańsku|Zaprzyjaźnionych sklepów ciąg dalszy|Afrykańskie obrzędy


Fez- mury miejskie

Dziś pierwsze z "magicznych" miast - tych, które tak pobudzają wyobraźnię. Już się cieszę na myśl o uliczkach mediny, o smrodku z garbarni...
W autobusie - jedziemy do miasta na cały dzień - okazuje się, że mamy wynajętego przewodnika - miejscowego Marokańczyka. Myśl - czy aby nie będziemy się zrzucać na niego - jest naprawdę przelotna :-))))))))... Będziemy zwiedzać garncarnię, sklep z dywanami itp. Czyli wiadomo: interes między braćmi. Marokańczyk wyposażony obowiązkowo w dżalabiję i śmieszne żółte pantofle opowiada nam o Maroku. Od początku mam wrażenie, że to typowe "tourist stories". Wciska nam, że Fez ma 3 mln mieszkańców (chyba razem z kotami i pchłami) itp. A wrażenie moje ugruntowuje się, gdy odpowiada na nasze pytania o pozycję kobiet w Maroku. Na przykład: "Kobiet nie widać w kawiarniach na ulicy, bo siedzą w innych kawiarniach" Tak, a świstak siedzi i zawija w sreberka...
Na początek wymieniamy w banku dolary i euro na dirhamy Przelicznik walut (czasem potrzebny paszport; do zamiany dirhamów na euro przyda się świstek z banku) a następnie jedziemy na punkt widokowy w okolicy Bab Idid (południowy Fez). Piękna panorama miasta: mediny z dziesiątkami, jeśli nie setkami minaretów i nowszymi dzielnicami rozlokowanymi na okolicznych wzgórzach. Niewiele słyszę z opowiadania przewodnika, zwłaszcza, że miejscowy sprzedawca portfeli próbuje mi sprzedać swój towar. Tylko po co mi sześć portfeli?!. Rzut oka na pobliski cmentarz muzułmański: nagrobki często ozdobione są tu kolorowymi kafelkami - jakże inny jest on niż tamten z Damaszku.
Nagrobki na cmentarzu w Fezie

Zakład garncarski. Szczegółowo poznajemy proces wyrabiania, formowania, malowania i wypalania ceramiki (Hm... przypomina mi się lepienie garnka w Avanos w Kapadocji. Dobre to było, heh...). Kafelki tak przygotowane mają nieregularne linie i mimo szacunku dla ciężkiej pracy rzemieślników, ich wyroby nie wzbudzają mojego zachwytu. Ta niedokładność wykonania jest typowa dla manualnej obróbki - widać to będzie nawet na kafelkach w meczecie w Casablance - prezencie narodu dla Hassana II.
Oczywiście jest i sklep z ceramiką ale nasza grupa jest wyjątkowo powściągliwa w wydawaniu pieniędzy. Tylko Ewa zostaje dłużej by negocjować cenę jakiegoś dzbanuszka. Wraca w końcu dumna do autobusu - dostała jakiś drobiazg prawie za darmo ("gift for polish student").

Transfer do mediny. To dla niektórych pierwsze zetknięcie z labiryntem uliczek i zaułków ze straganami i sukami... Przystanek przy knajpie - ktoś chce siku. E nie, moment... 40 osób naraz chce siku... niesamowite... Psychoza jaka, czy co? Siadam samotnie w chłodnym przejściu i momentalnie zostaję otoczony przez dzieciaki. Podejmuję trudną rozmowę z Anwarem (6 lat). On nie zna angielskiego, ja francuskiego. Daję mu przewodnik do przeglądnięcia, ogląda jak pierwszą książkę w życiu... Później uczy mnie liczebników marokańskich. Właśnie marokańskich a nie arabskich, bo o ile wiem - poza wspólnym literackim arabskim zrozumiałym dla wszystkich Arabów - istnieje szereg lokalnych dialektów. Co ciekawe, nazwy liczebników podane przez Anwara różnią się od wymowy z przewodnika Wiedzy i Życia. A brzmią mniej więcej tak:
Fez - zakład garncarski

Ok, idziemy dalej. Przewodnik prowadzi nas szybko do sklepu a właściwie pałacu z dywanami. Siadamy na ławach, dostajemy herbatkę (odważni piją) i zaczyna się profesjonalny show. Abdullah wita nas, pozdrawia, rozwija dywan na podłodze (powiedzmy kapę, narzutę, ale "carpet" lepiej działa na turystę ;-)    ), potem drugi, trzeci... Pokazuje dywany berberyjskie, beduińskie, arabskie i jeszcze jakieś, po chwili pośrodku wielkiej sali piętrzy się stos dywanów a Abdullah strzela palcami i z zaplecza donoszone są kolejne "dywany". Tłumaczy nam wzory oraz sposób wytwarzania i barwienia ( żółty - szafran, niebieski - indygo, czerwony - mak, brązowy - ochra). Swoją drogą nie wierzę mu ani trochę - wszystko to sztuczne barwniki. Podaje cenę - 500 DH i zachęca do targowania się.Sklep z ceramika: Agnieszka Mohammed-pomagier co chwilę przynosi z magazynu nowe wzory - do koloru do wyboru... Trzeba przyznać, że impreza jest przygotowana perfekcyjnie z tymi wszystkimi zachętami, "special prices" i trickami akwizytorskimi. "Podoba ci się?" pyta Abdullah i kiwającemu głową trampingowcowi kładzie na kolana zwinięty i zapakowany w czarny worek dywan. Sprytne. Masz dywan zapakowany - porzucisz go i chyłkiem uciekniesz? przecież inni patrzą... a może go kupić...? Ku mojemu zdziwieniu ludzie zaczynają wyrażać chęć zakupu. Negocjacje cenowe odbywają się indywidualnie. Para medyków, Michał i Małgosia robią interes życia kupując 2 dywany po 300 DH. Ktoś tam umawia się na 250 DH za sztukę...Ja nie mam wielkiej ochoty na zakupy ale ostatecznie, gdy wszyscy wychodzą chwytam za upatrzony dywan i daję Arabowi 200 DH. Mimo jego jęków - wychodzę. [Jasne, że wszyscy przepłaciliśmy, że w sukach taniej by się kupiło... Na ulicy gość oferował p. Adamowi kapę za 150 DH, poszła za 120 DH. Jedyny drobiazg - była robiona na maszynie - nie ręcznie.... ]

Znów kręte uliczki, tłumy, osiołki, towary wystawione na ulicy, zapachy, okrzyki... Małe sklepiki i warsztaty. Bezzębny żebrak z wyciągniętą dłonią. Mały chłopczyk z kilkoma opuncjami rozłożonymi na szmacie... Tak, to jest ten niezapomniany koloryt Fezu... Od czasu do czasu mijamy przepiękne, kolorowe bramy prowadzące do meczetu. Niestety, tylko możemy zaglądnąć "z progu" do środka. Na szczęście ja wizytę w meczecie - i to w czasie modłów - mam już za sobą. Zresztą wejdziemy do meczetu w Casablance.
Fez - kupujemy dywanyObiad w knajpie prowadzonej zapewne przez rodzinę przewodnika. Lub dalszych krewnych ma się rozumieć, bo tu wszyscy są braćmi ;-) Powiedziałem, że w knajpie ale muszę przyznać, iż jest tu bardzo elegancko, żadna speluna. Szymon przedstawia menu do wyboru za 90 DH: 1) kuskus z kurczakiem, 2) baraninę, 3) kurczak jakiś tam. Do wszystkiego dochodzi przekąska złożona z wielu ładnie podanych sałatek. Pojedzeni rozkładamy się na sofach i wcinamy serwowane jeszcze na deser owoce. Niewielki zgrzyt na koniec - kelnerzy doliczają 10 DH za obsługę, co nie wzbudza u wszystkich entuzjazmu ("Masz tu chuju 10 DH i spierdalaj" - słyszę polską poezję).

Teraz sławne garbarnie - wielkie kadzie z kolorowymi farbami i rozłożonymi wokół suszącymi się skórami. Mimo dużej odległości (obserwujemy garbarnię z wysokiego balkonu) dolatuje do nas intensywny zapach ptasich odchodów - używa się ich w procesie garbowania skór. Miejscowe wyroby ze skóry (kolejny zaprzyjaźniony sklep, a jakże!) są naprawdę atrakcyjne. Szkoda mi tych 200 DH wydanych na dywan ale - stało się, wydałem - teraz więc tylko przechadzam się między skórzanymi torbami, torebkami, paskami, butami i portfelami. Rafał zastanawia się na bębnami - ale interesu nie ubija. Starsza Pani kupuje plecaczek :-)
Fez - stolarnia w medinieKilka uliczek i kolejny przystanek, tym razem perfumeria. Na półkach kilkaset słojów z różnymi przyprawami, olejkami, pigmentami, afrodyzjakami. Marokańczyk opowiada po kilka zdań o wybranych przyprawach, podaje nam szczyptę do posmakowania i wąchania. Zachwala walory naturalnych produktów a można znaleźć tu mydło "naturalne", szampon "naturalny" itd. Patrzę z przymrużeniem oka na ten pokaz i podobnie jak reszta - dobrze się bawię. Kolej na olejki z kwiatów i inne kosmetyki. Ewa zgłasza się na ochotnika do makijażu a sprzedawca niczym profesjonalny wizażysta przyozdabia koleżankę (rzekomo) trwale henną, szminką różaną i tuszem do rzęs. Po tych wszystkich wcześniejszych zakupach wątpiłem czy ktoś się skusi w tym sklepie... A jednak - panie coś tam biorą (przepłacając niesamowicie, jak się później okaże) a Jasiu kupuje afrodyzjaki...

To już prawie koniec tej bieganiny po medinie. Jeszcze przejazd na punkt widokowy w pobliżu grobów Merynidów. Przewodnik coś tam pokazuje, my zmęczeni kiwamy głowami... Jeszcze zakupy w zaprzyjaźnionej cukierni (ciasteczka po 2 DH, paluszki lizać), jeszcze zakupy w zaprzyjaźnionym sklepie spożywczym... Tak, przewodnik mógł być darmowy. Już on sobie zarobił na nas...

Fez - garbarnia Wieczorem Ewa dostarcza nam rozrywki oblewając sobie nogę wrzątkiem. Podobno taki zwyczaj afrykański na powitanie nowego kontynentu... Ale dlaczego lewą? Później łazi po kempingu z pianką do golenia na nodze (zamiast pantenolu). Takie placebo.

PS. Po powrocie do Krakowa przy przeglądaniu przewodnika zwróciłem uwagę, że nie byliśmy ani przy głównej bramie Bab Bou Jeloud ani przy Pałacu Królewskim ani przy Pałacu Batha ani zapewne przy dziesięciu innych ciekawych miejscach Fezu. Nie mam jednak do nikogo o to pretensji - ta bieganina po medinie i stymulowane zakupy były bardzo ciekawym przeżyciem - zarówno dla tych, którzy pierwszy raz zetknęli się twarzą w twarz ze światem arabskim, jak i dla mnie.
Fez - tym razem sklep z wyrobami skórzanymi...
Fez - a to już 'perfumeria'


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej