Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27]


Chiang Mai

czwartek, 2 II 2012


Przygotowania do treku | W wiosce Karenów | Wędrówka przez dżunglę | | |


Przebudzam się czując niespodziewany bezruch autobusu. Jest 5:30, spodziewałem się, że na miejscu będziemy nieco później. Turyści pakują się do kilku 10-osobowych motoriksz. Jedziemy do centrum Chiang Mai. Ku mojemu zdziwieniu jedziemy z 10 km ulicami opustoszałego i uśpionego jeszcze miasta. Zatrzymujemy się na jakiejś ciemnej wąskiej uliczce. Jakiś facet mówi, że ma tu pokoje, czy chcemy obejrzeć? No, właśnie mogłem się tego spodziewać, że wszystko jest ukartowane 😉. Cztery osoby zostają (w tym i ja, płacimy po 30 bahtów za przejazd). Skuszeni ceną 150 bahtów za łóżko (także w pokoju jednoosobowym) oraz zniechęceni do poszukiwania innych guest house'ów – zostajemy tutaj. Dla mnie i tak to wszystko jedno, bo zamierzam bez odpoczynku ruszyć dziś na trekking.
W ciągu 30 minut dość nerwowych targów z gospodarzem ustalamy cenę za dwudniowy trek – cena spada z 1500 na 1000 bahtów. Trek obejmuje wizytę w "cepeliowskiej" w wiosce Karenów. Teraz mogę się już spokojnie wziąć prysznic, naładować komórkę i akumulatory oraz coś zjeść. Muszę także dokupić bahtów, gdyż facet nie chce dolarów.
Jak się okazuje, kantory otwarte dopiero od 8:00 (A często od 9:00 lub 10:00). Spaceruję trochę po głównych ulicach, oglądam starą drewnianą świątynię... Pod bankiem wymieniam 30 euro po kursie 40,17, kupuję litrową pepsi i wracam do hostelu. Przepakowuję do plecaczka niezbędne rzeczy na 2 dni, zjadam śniadanie. Ludzie jeszcze śpią, chwilowo nie mam pokoju – czas spędzam w przestronnym holu na piętrze. Jest urządzony w kolorze zielono-złotym, podoba mi się i myślę sobie, że całkiem przyjemnie można by tu spędzić wczasy. Muszę poczekać na opóźniający się start trekkingu.

Z małym poślizgiem przyjeżdża 10-osobowy bus. Zaczyna się od trwającego ponad pół godziny kompletowania towarzystwa. Jedziemy najpierw na bazar. Tu organizatorzy treku robią zakupy, ja dokupuję 2 litry wody, oglądam miejscowe życie. Później jadąc busem wypełnionym młodymi ludźmi, żałuję, że nie mam lepszej mapy Tajlandii i nie wiem, gdzie dokładnie jesteśmy. W każdym razie oddalamy się od cywilizacji ;-). Wjeżdżamy w góry.
Po pewnym czasie zatrzymujemy się i zwiedzamy plantację orchidei – w kilkudziesięciu rzędach stoją w doniczkach kwitnące okazy – fioletowe niebieskie białe czerwone żółte i różowe. Owszem podoba mi się to, ale spodziewałem się czegoś naprawdę oszałamiającego. Przynajmniej już wiem, jak wygląda uprawa storczyków. Nic to.
Jedziemy kilka czy kilkanaście kilometrów, znów przystanek. Przewodnik patrzy w swoje dokumenty i stwierdza, że jestem jedyną osobą w 9-osobowej grupie, która wykupiła wizytą w "wiosce" Karenów. Reszta musi poczekać. "Wioska" to określenie na wyrost. Właściwie uliczka ze straganami. Przy każdym straganie wystrojona na ludowo kobieta.

[opis Karenów]

No dobrze, ale widzę, że szyje mają krótsze niż ja.
– Gdzie są długoszyje Karenki? – pytam przewodnika.
– Są, są! Nieco dalej, w głębi wioski – wskazuje ręką.
Siedzą na krzesłach lub koleżankach zajęty jakimiś czy robótkami w rodzaju tkanina lub dziergania. Czuję się jak w zoo fotografując wybrane okazy fauny. Dla poprawy mojego i ich komfortu psychicznego niby oglądam cepelię na stołach. Karenki życzliwie się uśmiechają, dziękuję im za każde zdjęcie. No cóż i szyję znowu żony mi obręczami w kolorze złota robią wrażenie. Ilekroć widzą te kobiety w telewizji czy na zdjęciach, zastanawiam się jak bardzo niewygodne musi być życie. Ale nigdy – i tym razem też nie – nie widziałem ich przy zwykłym zwykłych czynnościach domowych, zawsze trzymają głowę prosto pozując do zdjęcia. Po ulicy spacerują małe, kilku-, kilkunastoletnie Karenki. I one dostały już naszyjne pierścienia – upłynie sporo czasu zanim ich szyje wyciągną się do góry na 15 centymetrów. Zdaję sobie sprawę, że z anatomicznego punktu widzenia w rzeczywistości kręgi szyjne w zasadzie się nie wydłużają przy noszeniu tych pierścieni. To raczej obniża się mostek, ale efekt wizualny pozostaje!

Ruszamy w dalszą drogę. Góry stają się coraz wyższe. Kolejne serpentyny przypominają mi drogę do Dardżylingu. Dżungla jest taka namacalna. Niemal na wyciągnięcie ręki. A przecież niedługo będziemy szli przez nią. Ale się cieszę! Dogania nas inny bus z turystami. Zatrzymujemy się pod wiatą na zakręcie.
– Będziemy dalej szli razem – mówi przewodnik – za chwilę dostaniecie posiłek.
Istotnie dwóch młodych Tajów sprawnie rozdziela styropianowe tacki z ciepłym jeszcze posiłkiem: ryż, warzywa, mięsko, kawa.
Las, przez który idziemy, nazywam w myśli dżunglą. Jest nie tylko jest nie tyle nie do przebycia bez ścieżki jest na tyle nie do przebycia bez ścieżki, że nazwa jest usprawiedliwiona. Prócz sycących oczy jasną zielenią kęp bambusu, dużo jest drzew z wielkimi, 20-centymetrowymi liśćmi; niektóre z nich sczerwieniały i zbrązowiały, dużo spadło na ziemię. No tak… pora sucha trwa tu przez zimę aż do kwietnia… Widzę wiele gatunków drzew, których nazw nie znam. Ale rozpoznaję drzewo sal, mające gigantyczne półmetrowe liście. No i rozpoznaję platycerium – epifit porastający tu drzewa. Te "łosie rogi", znane wszystkim z Polski, nie prezentują się zbyt efektownie: zielone liście okrywające bulwiaste kłącza smętnie zwisają w dół. Asia i Basia nie interesują się roślinami i wymieniane przeze mnie nazwy nic im nie mówią. Zauważam również, że mało kto podczas marszu robi zdjęcia w przyrodzie. A ja tak! Lubię fotografować kwiatuszki i motylki. Powoli schodzimy do wsi, a raczej osady – to kilka gospodarstw porozrzucanych w promieniu kilometra. Tu las ustąpił plantacjom bananowca, a niżej – polom uprawnym. Na horyzoncie wysoko wznoszą się góry. Tam za nimi już Birma.

[opis reszty dnia i wieczoru]

Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej