Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]


Bejrut – Byblos – Jeita Grotto

niedziela, 4 IX 2011


Pierwsze impresje z Libanu | Moja bejrucka baza | Jadę do starożytnego Byblos | Odwiedzam kościoł maronickie | Wielokulturowe Byblos | Świątynia Obelisków w najstarszej osadzie | Zachwycam się żakarandową aleją | Dlaczego lubimy jaskinie? | Jaskinia Jeita w pełnej krasie | Jeszcze więcej cudów | Rejs łodzią po podziemnej rzece | Sceneria z "Czasu Apokalipsy" | Powrót do stolicy | Meczety i kościoły | Wieczór w Bejrucie


Lot przebiega zwyczajnie podobnie jak lądowanie na Beirut Rafik Hariri International Airport oddalonym od centrum zaledwie o 7 kilometrów. Zaspani pasażerowie przeciągają się i żwawo ruszają do odprawy paszportowej. Widzę, że większość pasażerów ma wizy wbite do paszportów już wcześniej. Ja skręcam do korytarza "wizowego". Urzędniczka coś tam skrobie w mojej deklaracji przylotowej i przybija pieczątkę. W hali przylotów kupuję funty libańskie po kursie 149.500 funtów za 100 USD. Nie spieszy mi się, zbliża się dopiero świt, upatrzony hostel w centrum miasta zapewne jeszcze śpi. Obserwuję Libańczyków i Libanki. Są właśnie tacy, jakich spotkałem wcześniej w innych krajach. Starsi panowie z rosnącym brzuchem, krótko obcięte włosy przyprószone siwizną lub całkiem łysi. Noszą porządne buty, spodnie z kantem. Młodzi bardziej na luzie, w dżinsach. Kobiety, jak zwykle, w dwóch gatunkach: okrągłe Libanki w długich, na ogół ciemnych sukniach, z rzadka w pastelowych chustach oraz piękne zgrabne dziewczyny w obcisłych spodniach do połowy łydki i na wysokich obcasach podkreślających ich szczupłą sylwetkę. Te ostatnie obrazki cieszą mnie, gdyż odsłonięte ramiona u kobiet i obcisłe bluzki to widok raczej rzadki w krajach muzułmańskich. W hali przylotów co chwilę pojawia się grupa pasażerów, wypatrują swoich bliskich, rzucają się im z radością na szyję lub w milczeniu ciągną walizki na kółkach ku wyjściu. Z tego, co się wcześniej zorientowałem, brak tu transportu publicznego do miasta. Na szczęście są minivany, które co chwilę zatrzymują się na podjeździe. Pakuję się wraz z innymi chętnymi do środka i dyskretnie pytam pasażera o cenę przejazdu. 1000 funtów, libijskich rzecz jasna. Jedziemy opustoszałymi szerokimi ulicami. Nie znam dokładnej trasy, wiem tylko, że jedzie do centrum.

Byblos: kościół moronicki

Mój hostel czy też hotelik nazywa się Talal New Hotel i znajduje się w okolicach Placu Męczenników (Martyrs’ Square). To bardzo dobra miejscówka i mam nadzieję, że będą wolne miejsca. Nie mam ze sobą ani przewodnika po Libanie, ani mapy, ani nawet planu Bejrutu. Może nie zginę 😉.
Zbliżamy się do centrum, gdzieś w oddali dostrzegam żółtą bryłę meczetu Mohammeda Amina. To mój znak rozpoznawczy. Wysiadam przy Placu Męczenników i odszukuję ulicę imienia Charlesa Helou, libańskiego eksprezydenta. Chwilę trwa, zanim odnajdę swój nocleg przy wąskiej uliczce Impasse (o ile się nie mylę). Jedynym znakiem świadczącym o tym, że w dwupiętrowym budynku znajduje się hotel, jest niewielki żółty szyld z nazwą po arabsku. Drzwi są na szczęście otwarte, bezceremonialnie pakuję się do środka.
– Good morning! I’m looking for an accomodation for a couple of days – pytam o nocleg recepcjonistę parzącego sobie poranną kawę.
Tak, mają miejsca.
– I prefer dormitory, if it is possible – zastrzegam.
Nie ma sprawy, dostanę dormitorium, 18.000 funtów lub 12 dolarów za noc. Zostawiam rzeczy w recepcji i wypytuję o dojazd do Byblos. Uprzejmy Libańczyk tłumaczy mi, skąd odchodzą minivany. Żegnam się, mówiąc, że będę wieczorem. Profilaktycznie, po opuszczeniu hoteliku, fotografuję szyld i nazwę ulicy. Jest godzina 6:03. Zaczynam swoją libańską przygodę.

Odnajduję plac z minivanami (zdaje się Charles Hélou Station) i rozpytuję o transport do Byblos. Dziś, co prawda, starożytne miasto nazywa się Dżubajl (Jbeil), ale wszyscy wiedzą, o co mi chodzi. Wsiadam do minivana, kierowca zbiera po 2000 funtów. Pozostaje tylko chwilę poczekać, aż w pojeździe znajdzie się komplet pasażerów. Widzę, że mimo wczesnej pory, ruch na ulicy jest już ożywiony. Ruszamy. Trochę trwa, nim się przeciśniemy przez zakorkowaną trasę wylotową, przyspieszamy na głównej drodze 51M biegnącej wzdłuż wybrzeża od granicy z Izraelem po granicę z Syrią. Słońce już wzeszło, przejaśniało, jest więc okazja przyjrzeć się libańskim krajobrazom. Po lewej miga mi spokojna tafla wody Morza Śródziemnego, po prawej coraz częściej otwierają się widoki na nadmorskie pasmo niewysokich wzgórz. Dopiero dwadzieścia kilometrów w głąb lądu ukształtowanie terenu staje się bardziej urozmaicone: piszę o górach Liban. Po kilkunastu kilometrach mijamy boczną drogę prowadzącą do Jaskini Jeita. Kusi mnie, by tu wysiąść, ale wiem, że na tę atrakcję przyjdzie czas w powrotnej drodze. Dojeżdżamy do Dżubajl, wysiadam na przystanku przy głównej drodze, minivan pędzi dalej do Trypolisu.
A zatem jestem w sławnym Byblos. Sławnym przede wszystkim za sprawą papirusu, którym tu handlowano w starożytności. W zasadzie to fenickie miasto było bazą przeładunkową papirusu, który przecież wyrabiano w Egipcie. Ważniejsze jest jednak, że w Byblos kojarzone jest z powstaniem alfabetu fenickiego – najstarszego z zachowanych alfabetów linearnych. Choć, właściwie był to półalfabet (abdżat), skoro znaki wyrażały tylko spółgłoski... Z pewnością ten wynalazek był koniecznością dla Fenicjan, którzy musieli jakoś zapisywać zamówienia towarów, notować dochody i prowadzić księgi handlowe. Inna rzecz, że w okolicach Fenicji i Palestyny powstawały w tym samym czasie tj. ok. 1500–1300 r. p.n.e. inne alfabety, choćby ugarycki znany z tabliczek glinianych zachowanych w ruinach państwa-miasta Ugarit w Syrii, które miałem okazję odwiedzić w 2000 roku.
Byblos: ruiny

Wracam myślą do teraźniejszości. Z tego, co się orientuję, najstarsza część miasta znajduje się nad morzem. Kieruję się więc na wschód, w stronę średniowiecznego suku. W przeciwieństwie do metropolitalnego Bejrutu, w tej mieścinie ruch na ulicy jest mniejszy, sklepy o tej porze w większości pozamykane, parasole przy kawiarnianych stolikach jeszcze złożone. Przy Rue de Port trafiam na chrześcijański kościół a dokładniej katedrę pod wezwaniem świętego Jana Marka (Eglise St. Jean Marc). Budynek, podobnie jak większość miasta, zbudowany jest z białych wapieni. Podoba mi się ażurowa konstrukcja kopuły zwieńczonej krzyżem, zwracają uwagę romańskie okna ozdobne w parę kolumn umieszczone w okrągłej bryle absydy. Kościół, zbudowany przez krzyżowców w 1115 roku, którzy wybrali się tu zapewne na wycieczkę krajoznawczą, długo nie postał zniszczony przez trzęsienie ziemi 55 lat później. Popadłszy w ruinę na wiele lat, w XVIII wieku trafił w końcu w ręce zakonu maronickiego. Jak widać po trwającej akurat mszy, służy wiernym do dziś: eparchia maronicka w Byblos liczy dziś 160.000 członków. Nie mogę sobie odmówić przyjemności zajrzenia do środka. Msza dobiega końca, wewnątrz kilkunastu odświętnie ubranych starszych mężczyzn. Wnętrze surowe, parę „tureckich” dywanów przed marmurowym ołtarzem. Z zaciekawieniem przeglądam pozostawioną na pulpicie biblię – oczywiście jest po arabsku. Ruszam dalej.
Przechodzę przez kamienną bramę z figurą Matki Boskiej z Dzieciątkiem i, po przejściu przez opustoszałą „straganową” uliczkę suku (piękny bruk!), trafiam na kolejny kościół maronicki Notre Dame de la Porte. Stąd już parę kroków do wejścia na teren parku archeologicznego.

Jest 7:20, kasa zamknięta na cztery spusty, ale bramka... otwarta. Czuję się zaproszony do wejścia. Przede mną 10 hektarów ruin porozrzucanych w pofałdowanym terenie. Ruiny są z różnych okresów: fenickiego, rzymskiego, arabskiego. Szybkim krokiem mijam XII-wieczną Cytadelę pragnąc oddalić się od wejścia jak najszybciej. Przechodzę obok meczetu z niebieską kopułą, wygląda na w miarę współczesny i dochodzę do rzymskiego Nympheum z II wieku n.e. Cóż, muszę uwierzyć na słowo, że w tej kupie kamieni znajdował się kiedyś wodotrysk z oczkiem wodnym, przy którym można było się zrelaksować. Znacznie lepiej zachowane było nimfeum w Jerash (Jordania). Być może kiedyś trafię do Side na Riwierze Tureckiej, gdzie również znajduje się takie dziwo. Dalej mamy resztki świątyni Baʽalat Gebal, ponoć opiekunki miasta. Rzekomo ma ponad 4.500 lat, pochodzi więc z czasów jeszcze egipskich, ale – jak można się było spodziewać – niewiele dziś z niej zostało. Do resztek świątyni poświęconej miejscowej bogini prowadzi rząd kolumn z czasów cesarstwa rzymskiego. Dziwne? Nie! Rzymianie po prostu zbudowali na „pogańskiej” świątyni amfiteatr – a przy okazji – kolumnadę. Cóż rozrywka jest ciekawsza niż wznoszenie modłów do bogów... I niewiele wiedzielibyśmy o prahistorii Byblos, gdyby nie ciekawość francuskich archeologów, Pierra Monteta i Maurica Dunanda, którzy spod ruin amfiteatru wykopali świątynię a sam amfiteatr... przenieśli kilkaset metrów dalej 😊.

W pobliżu znajduje się Świątynia Obelisków. Już sama nazwa wskazuje, że to musi być coś ciekawego. Faktycznie na terenie świątyni z początków II tysiąclecia p.n.e. znaleziono i odsłonięto kilkadziesiąt obelisków w obrębie celli (czyli naosu). Ale żeby było ciekawiej, pod świątynią francuscy archeolodzy wykopali... no tak! kolejną świątynię na planie litery L. I znów trzeba było zrobić przeprowadzkę górnej świątyni, przesunąć ją o 100 metrów, tak abym mógł sobie wszystko pooglądać. Dziękuję, chłopaki! Niestety, najciekawsze obeliski, między innymi 125-centymetrowy obelisk poświęcony królowi Abiszemu I, wywieziono do bejruckiego Muzeum Narodowego. Znajduje się na nim zapisana hieroglifami inskrypcja:
mry Ḥr-š·f ḥ:ty-' n Kpny 'b-šmw wḥm 'nḥ ...f Kwkwn ś: Rwqq m:' ḥrw
co, jak wiadomo, znaczy: "Umiłowany Arsaphes Abishemu, książę Byblos, odnowiony w życiu, jego ..., Kukun, syn 'Licyjczyka', usprawiedliwiony (tj. zmarły)".
Są tu również neolityczne domostwa zwane tell datowane nawet na rok 6600 p.n.e. To robi jednak wrażenie: Byblos jest zamieszkane przez 8,5 tysiąca lat, co czyni go – obok
Luksoru w dolinie Nilu i Jerycha w Palestynie – jedną z najstarszych zamieszkałych osad. Mamy tu również liczne groby królewskie z II tysiąclecia p.n.e. z sarkofagami zakopanymi – zwyczajnie – w ziemi. Królowie przenieśli się do Muzeum Narodowego, znajduje się tam sarkofag króla Ahirama z najstarszym napisem wykonanym alfabetem wczesnofenickim.
W pewnej odległości, tuż nad brzegiem morza, widoczny jest na podwyższeniu samotny budynek – typowy dom libański z wapienia kryty czerwoną dachówką; o tyle wart wspomnienia, że jego fundament wyznacza pierwotny poziom gruntu z okresu przed podjęciem prac archeologicznych. A dalej znajduje się już szafirowe morze. Fale rozbijają się o skalisty brzeg, niedzielni wędkarze cierpliwie czekają na swoje trofea.
Rzucam jeszcze okiem na niby królewską studnię znajdującą się pośrodku parku archeologicznego i kieruję się ku wyjściu. Jestem na tyle nasycony ruinami, że z pewną obojętnością mijam wspomniany wcześniej zamek krzyżowców znajdujący się przy kasie. Opuszczam teren wykopalisk, patrząc z ukosa na nieco zdziwioną minę biletera, który właśnie zaczął wpuszczać turystów.
Byblos: żakaranda

Dla mnie to jeszcze nie koniec atrakcji Byblos. Zaglądam do kościoła prawosławnego – Eglise Orthodoxe Saydet El-Najat. Tu też trwa nabożeństwo prowadzone przez sympatycznego popa ubranego w błękitną szatę. W niewielkiej nawie ze sklepieniem krzyżowym znajduje się kilkadziesiąt osób, zarówno kobiet i mężczyzn. Zamiast ołtarza jest tu, oczywiście, dwurzędowy ikonostas z błyszczącymi złotem ikonami. Postacie prawosławnych świętych znajdują się również na bocznych ścianach nawy i w przedsionku. Zatrzymuję się później na chwilę nad brzegiem morza, by popatrzeć na port jachtowy i niewielką fortyfikacją w awanporcie. Ostatnim punktem programu jest spacer ulicą Seaside Rd. Jest dwujezdniowa z wydzielonym pasem zieleni pośrodku, wzdłuż którego ciągnie się długa, podwójna kolumnada. Ani chybi robota Rzymian 😊. Ale dla bardziej interesująca jest roślinność: ulica jest obsadzona kwitnącymi jakarandami (Jacaranda mimosifolia). Zdarzyło mi się spotkać z tymi, pochodzącymi z Ameryki Południowej, drzewami, ale nie w takiej ilości. Cudowne, fioletowe zjawisko! Ale są też kufliki (Callistemon) z kwitnącymi czerwono "szczotkami do butelek", są owocujące granatowce, palmy butelkowe... Ech, cudowna ta śródziemnomorska przyroda!

Przystanek autobusowy. Wsiadam do busa jadącego do stolicy (1000 LBP). Muszę teraz podjechać na krzyżówkę do Jeita Grotto. Mam nadzieję, że jaskinia będzie równie atrakcyjna jak Byblos. W pół godziny później wysiadam z minibusa w pobliżu wylotu doliny Nahr al-Kalb, dnem której płynie rzeka Psia (al-Kalb to pies). Stąd do jaskini jest nieco ponad 5 kilometrów, ustawiam się na stopie. Libańczycy znajdują zrozumienia dla mojego pośpiechu i łatwo udaje mi się dotrzeć pod budynek kas. Chętnych do zwiedzania mnóstwo, cena 18.500 funtów nie odstrasza. To zrozumiałe, gdyż jaskinia, a raczej system dwóch jaskiń o łącznej długości 9 kilometrów, jest światową atrakcją. Jaskinia trafiła nawet na listę 14 finalistów plebiscytu New7Wonders of Nature. Zwiedzanie zaczynam od tzw. górnej jaskini. Przykrą szykaną jest konieczność pozostawienia plecaka i aparatu fotograficznego w skrytce. Wraz z grupą wchodzę do środka ponadstumetrowego betonowego tunelu i ogrania nas półmrok.
Od razu muszę powiedzieć, że bardzo lubię jaskinie. Nie jest to wielka miłość, nie mam potrzeby uprawiania speleologii, ale jeśli tylko jest okazja wejścia do jakiejś dziury, to staram się ją wykorzystać. To chyba jakaś potrzeba i przyjemność odkrywania, ale też i bliskiego kontaktu z nieznanym, a może i potrzeba doznawania strachu i pokonywania lęku. Pozbyliśmy się już (jako ludzie) pierwotnej potrzeby schronienia, ale wciąż mamy potrzebę doświadczania czegoś odmiennego, potrzebę nowych doznań i innych stanów umysłu. Dlatego lubimy nurkować, skakać na bungie i wprowadzać się w trans 😉. Wejście do jaskini to zmaganie się z atawistycznym lękiem przed ciemnością. Źródłem tego lęku musi być poczucie utraty kontroli nad postrzeganiem rzeczywistości. Ale wystarczy przecież pstryk! i duchy znikają 😊. Dla mnie osobiście spenetrowanie jaskini to poznanie czegoś nowego, a jednocześnie okazja do pozachwycania się pięknem podziemnej przyrody. Tu, w Jeita Grotto, natura dała popis swej pomysłowości i potęgi rzeźbiąc cierpliwie w libańskim krasie kręte korytarze, wypełniając je wodą i osuszając, modelując i ozdabiając na swoją modłę. I można się tylko cieszyć, że te skarby zostały pokazane ludzkości, a to dzięki Thomsonowi, który na szczęście nie ograniczał się do swej pracy misyjnej, lecz pracowicie opisywał Lewant a później Maxwellowi i Huxleyowi, dwóm inżynierom, którzy kontynuowali penetrowanie jaskiń w dolinie al-Kalb. Dziś dla zwiedzających udostępniony jest tylko 750-metrowy odcinek (z ogólnej długości 2130 metrów) w górnej jaskini i około 500 metrów (z 6200 metrów) w dolnej jaskini. Dobre i to! 😊

No, dobrze. Opuszczamy betonowy tunel doprowadzający turystów do jaskini i naszym oczom ukazuje się wielka komora (White Chamber). Już pierwsze wrażenie jest oniemiające. Ogrom tej pustki pełnej załomów, zakamarków, uskoków, nisz, nawisów, stalaktytów, kolumn, draperii, kandelabrów, nacieków, stalagmitów onieśmiela. Pomiędzy tymi cudami poprowadzona jest betonowa ścieżka z barierkami. Gromadki zwiedzających są rozproszone w różnych częściach komory. Zadzierają głowy do góry, pokazują sobie co piękniejsze formy, cicho komentują. Ich malutkie sylwetki w głębi jaskini unaoczniają jej wielkość. Przecież mógłby zmieścić się tu luterański kościół św. Mikołaja z Tallina (105 m) lub katedra z Ratyzbony (o tejże wysokości). Niespiesznie ruszam po ścieżce. Nacieki pod sklepieniem przypominają świeczniki lub kandelabry. Nieliczne kropelki wody spływające z nich błyszczą niczym kryształy od Swarovskiego. Grupa w milczeniu przesuwa się do przodu. Czasem tylko słychać szepty. Tak działa magia podziemnego świata. Na prawo ode mnie wykwitły na ścianie kremowe kalafiory. Zachwycają skomplikowaniem kształtów i jednocześnie delikatnością wykonania. Wydają się takie kruchem a przecież są tak twarde – jak skała ;-).
Ale oto na wprost mnie wyrósł trzydziestometrowy słup o średnicy kilkusetletniego drzewa. Wyobrażam sobie, jak długo musiał rosnąć stalaktyt, by połączyć się z potężniejącym z każdym rokiem stalagmitem. Ileż trzeba mieć w sobie cierpliwości, by czekać na spotkanie kilkaset tysięcy lat! Na powierzchni tego gigantycznego stalagnatu widać zgrubienia i wybrzuszenia. Tak, jakby liany i grube pnącza oplatały pień. Albo żyły nabrzmiały na nodze sterydowego kulturysty. Kilka kroków dalej ze ścian zwisają kozie bródki. Tak przynajmniej nazwałem w myśli tę formę nacieków. Są na wyciągnięcie ręki i chciałoby się je pogłaskać...
Chłonę te wszystkie cuda oczami, starając się jak najwięcej zapamiętać. Jaka szkoda, że nie można tu fotografować! A oto czekoladowe naczynia w kształcie mis rozłożone na "spągu". Przyroda miała tu ochotę poeksperymentować z kolorami i domieszała do białego wapienia nieco brunatnych związków żelaza. Mmm... paluszki lizać! Obok coś dla mięsożerców: olbrzymi połeć mięsa, jakby udziec ze słonia ;-) I coś dla jaroszy: naciek przypominający dojrzałe kłosy traw lub wiosenne bazie. Grupka Libańczyków przystanęła przy balustradzie, pokazują coś ręką i tłumaczą swym dzieciakom. Zapewne opowiadają o uprawie ryżu, gdyż tu kras objawił się w postaci pól ryżowych tworzących tarasy. Woda gromadzi się w zagłębieniach, a światło reflektorów odbija się w niej niczym księżyc w jeziorze. Jakże piękna kompozycja, pasuje jako ilustracja do książki z bajkami dla dzieci!

Podchodzę teraz do wielkiego stalaktytu. Poprawka: on nie jest wielki. Nie jest też ogromny. To gigant, monstrum na skalę światową. Widziałem go już z daleka, lecz zostawiłem go sobie na koniec. Może największy stalaktyt na ziemi. 8.20 metra skał zwisa z sufitu. Waży z pewnością wiele ton i można by pomyśleć, że tylko cudem się trzyma sklepienia. Ileż lat, wieków, tysiącleci trwało jego formowanie?! Zostawiam jednak liczenie lat temu staruszkowi, nie wypada 😉. Wiadomo jednak, że początek formowania się jaskini Jeita miał miejsce w czwartorzędzie, może milion lat temu. Powstała na linii uskoku biegnącego wzdłuż Psiej Doliny. Woda wypłukiwała przez setki tysięcy lat wapień, lecz wskutek wypiętrzania gór Liban poziom wód gruntowych obniżył się, powodując wysuszenie części jaskini zwanej Górną, a woda zaczęła rzeźbić dolne partie. Dziś wielkość opadów – porównywalna z opadami w Zakopanem – utrzymuje się na średnim poziomie, co sprawia, że Dolna Jaskinia jest wypełniona wolno płynącą rzeką.
Wrócę jednak do tego, co mnie teraz otacza. Oto doszedłem do końca Białej Komory i przez węższy odcinek przeniosłem się do nieco mniejszej komory zwanej Czerwoną (Red Chamber) z racji obecności znacznych ilości związków żelaza. Ma 30 do 50 metrów szerokości i ponad 106 metrów wysokości.
Ściany komory pokryte są naciekami na całej powierzchni. Przypominają lane ciasto rzucone na mur. Inne formy podobne są zastygłych w bezruchu ukwiałów i koralowców. Draperie i frędzle stalaktytów zwisają ze stropu, tworząc obramowanie tej dekoracji wielkie jak Grande Arche w Paryżu. Można by pomyśleć, że jesteśmy na scenie. Są i aktorzy na proscenium – to turyści stojący na betonowym chodniku wijącym się między skałami. Wędrując przez tę komorę przystaję przy oświetlonych szczelinach, widać przez nie dolny poziom jaskini z błyszczącą powierzchnią podziemnej rzeki. Kolejna trzecia hala jest jeszcze większa i osiąga wysokość 120 metrów Przecież to 40 pięter! Jestem pod wrażeniem ogromu i piękna jaskini. Już na samym wstępie jaskinia zachwyca, a potem zachwyca coraz bardziej. A przecież muszę mieć jeszcze przestrzeń na zachwyty na dolnym poziomie... Rozstawione po bokach sali kolumny mają nacieki niczym korynckie kapitele; obok seria półek wapiennych a dalej – otoczony barierkami jak pomnik w parku – gigantyczny, 10-metrowy stalagmit. A obok rośnie jego dziecko, na razie ma metr wysokości... Ma nieco inny, jaśniejszy odcień, tak jakby dopiero co się narodziło... A dalej zastygnięty w bezruchu wodospad z białego wapienia. U jego stóp – kamienne grzyby.
Nie sposób w paru zdaniach opisać wszystkie te niezwykłości. Trzeba to samemu zobaczyć! Zbliżam się do końca trasy. Jeszcze parę metrów sztucznego korytarza i pojawia się jasne światło dnia.
Bejrut: ślub moronicki

Czas na Dolną Jaskinię. Wsiadamy do pociągu – minikolejki transportującej turystów pomiędzy górnym a dolnym poziomem. Wchodzę wraz z rozbawionym tłumem do betonowego tunelu, potem schodzimy ścieżką poprowadzoną zygzakiem ku... plaży – niewielkiego spłachetka piasku naniesionego przez podziemną rzekę. Głosy ludzi cichną w miarę, gdy narasta łoskot wody przedzierającej się przez skały. Zbliżamy się do małej przystani znajdującej się w dużej sali o wymiarach 20 na 40 metrów i niskim, lecz szerokim łukiem sklepienia. Tu, nad niewielkim rozlewiskiem podziemnej rzeki gromadzą się chętni do niezwykłej przygody. Woda nie jest tu głęboka, doskonale widać dno utworzone z niemal białego stwardniałego wapienia. Przypomina mi się wyjazd na Białą Pustynię w Egipcie, gdy rankiem chodziłem po "zastygniętych" kredowych falach. Płaskodenne 10-osobowe łódki napędzane silnikiem elektrycznym non-stop podpływają, by wyrzucić na brzeg rozśpiewanych turystów i zabrać kolejną grupę. Widzę właśnie zbliżającą się łódkę, echo okrzyków odbija się od sufitu. Przewodnik stanął na dziobie łodzi, komenderuje, rzuca cumę. Zajmujemy miejsce podekscytowanych pasażerów wracających z przejażdżki. Ruszamy. Szata naciekowa w tej części jaskini dużo skromniejsza, sufit jakby obrzucony rzadkim wapnem lub kluseczkami. Woda podświetlana jest od dołu reflektorami, a obraz fal odbija się na suficie. Pięknie. Zbliżamy się do przewężenia, strop jest tak nisko, że człowiek, stojąc, zawadzi głową. Płyniemy teraz niemal prostym korytarzem, który prowadzi do dwóch innych dużych sal. W kilku miejscach spokojna toń rzeki marszczy się, faluje. To rzeka spływa z wyższego poziomu. Pokonujemy te bystrza z łatwością.

W oddali widać mgłę spływającą z ciemnych czeluści. Reflektory nieco ją podświetlają, co daje niezwykle widowiskowy efekt przypominający sceny z "Czasu Apokalipsy". Tu kończy się nasz rejs. Dalej znajduje się Jaskinia Thompsona, komora o długości 250 metrów i szerokości 60 metrów, a następnie sala Wielkiego Chaosu o długości ponad 500 metrów, która powstała w wyniku rozległego zawalenia stropu. W krystalicznie czystej wodzie widoczne są wielkie kanciaste bloki skalne. A dalej 20-arowa Biała Sala, wejście do której odkryto ledwie 50 lat temu; pomieszczenie prawie całkowicie pokryte śnieżnobiałą wapienną polepą. Za komorą Wielkiego Chaosu można się dostać do pięknie ozdobionej komnaty o romantycznej nazwie 1001 Nights. Dalsza część Dolnej Jaskini składa się z serii jezior połączonych niskimi wodospadami, by w końcu doprowadzić do dwustumetrowego Mroueh Hall. Ale przecież to nie koniec jaskini! Niestety dalsze korytarze, wodospady, syfony i jeziorka nie są dostępne dla zwykłego śmiertelnika.
Nasza łódka zawraca, płyniemy teraz drugą stroną, możemy więc przyjrzeć się jej z bliska. Wielkie kluchy zdobią ściany, pod wodą czekoladowe nacieki i jakby przewrócone, przechylone czarne płyty. Skręcamy i nieoczekiwanie pojawia się biały stalagmit w formie grzyba; jakoś przeoczyłem go wcześniej. Teraz zatrzymujemy się na chwilę, by podelektować się kolejnymi cudami. Oto podziemny "kościół": jest nawa i są organy. Ściany groty pokryte są falbankami i koronkami, draperie przeplatają się ze stalagmitami a "kozie brody" sąsiadują z "lanym ciastem". Postój trwa ledwie kilka chwil, ciężko jest nacieszyć oczy tymi cudami. Przepływamy pod zakrzywionym stalaktytem, wydaje się ledwo się, że ledwo się trzyma, że zaraz spadnie na nas... Teraz prosty odcinek przepływamy pod wapiennymi frędzlami i mijamy kolejne słupy na wąskim brzegu. Tworzą jakby zręby muru, Jest na tyle cicho, że słychać kapiącą wodę. Natura buduje niezwykły zamek...

Powrót do stolicy jest bezproblemowy. Na parkingu łapię stopa i z sympatycznym Libańczykiem pędzimy highway'em. Rozmawiamy trochę o polityce, o gospodarce.
– Ludzie na świecie mają złe wyobrażenie o Libanie. Myślą, że tu wciąż jest wojna.
Podaję przykład porwanych rowerzystów z Estonii. Nie słyszał.
– Co myślisz o szybkiej jeździe? – pyta i naciska pedał gazu.
Nie wiem za bardzo, co odpowiedzieć, na wszelki wypadek stwierdzam:
– O tak, lubię.
– To kraj, w którym można kupić prawo jazdy siedząc w domu – dodaje wyprzedzając kilka tirów.
Mam nadzieję, że to nie jego przypadek ;-)

Bejrut. Jest dopiero 16:00, mam czas na spacer po mieście. Ląduję przy Placu Męczenników. Jak już kiedyś wspomniałem, to bardzo charakterystyczne miejsce w stolicy: duży plac z pomnikiem i meczet z niebieskimi kopułami. Pomnik ów upamiętniający stracenie libańskich nacjonalistów w 1916 roku jest grupowy: mężczyzna z kobietą wznoszącą triumfalnie znicz i dwie inne postacie leżące u nóg pary. Postacie sa pełne dramatyzmu a atmosferę walki i męczeństwa podkreślają liczne przestrzeliny w pomniku: ciała bohaterów są dosłownie podziurawione pociskami karabinów jak sito. To pamiątka z wojny domowej z lat 1975–1990. Ciężko uwolnić się w tym państwie od myślenia o wojnach i ich ofiarach. Libańczykom nie starcza sił i pieniędzy, by odbudować swój kraj ze zniszczeń, brakuje też czasu, bo wybucha kolejny konflikt. Aż dziw, że na ulicach spotykam tyle uśmiechniętych ludzi... Obok pomnika rozstawiono duży hangar z symbolicznymi grobami przywódców. Nie wiem, jak konkretnie się nazywają, są tylko podpisy arabskie, ale z z kontekstu (zdjęcia, flagi narodowe) wynika, że to swoisty narodowy panteon współczesnych polityków. "Groby" przystrojone są białymi kwiatami, Libijczycy odwiedzający to miejsce zatrzymują się przed każdym i lekko się kłaniają.
Bejrut: pomnik męczenników

Idę teraz do pobliskiego meczetu Mohammed Amin. Jest całkiem współczesny, można powiedzieć nówka: wybudowany zaledwie 3 lata temu w stylu osmańskim. Prócz centralnej 48-metrowej kopuły i kilku mniejszych lub większych kopułek, meczet ma również cztery minarety. Szkoda, że nie praktykuje się w takich sytuacjach grupowych wezwań na modły: śpiew czterech muezinów rozpisanych na role to byłoby coś! Przechodzę pod arkadami i wchodzę do środka. Meczet jest praktycznie pusty. Siadam na gigantycznym dywanie podzielonym na tysiące miejsc do modłów i rozglądam się. Mihrab w tonacji niebieskiej, powyżej dwa zgrabne balkoniki. Z sufitu pokrytego arabeskami zwisają olbrzymie, jak zwykle zachwycające, kryształowe żyrandole.
Obok znajduje się kościół chrześcijański. Ponieważ jest niedziela, to i wiernych wewnątrz sporo. Kościół inny niż "nasze". Inny, bo jest to katedra maronicka pod wezwaniem św. Jerzego. Ten odłam chrześcijan wschodnich jest całkiem liczny: w Libanie i sąsiedniej Syrii kościół maronicki liczy ponad 2 miliony wyznawców. A o jego ważnej roli politycznej świadczy niepisana umowa, że prezydentem kraju (obecnie: Michel Sulaiman) musi być... właśnie maronita. Łatwo rozpoznać, że to kościół maronicki: tu symbolem jest oczywiście krzyż, ale z potrójną poziomą belką. Widzę go nad łukiem absydy w towarzystwie dwóch archaniołów z trąbami. Kopuła absydy z czterema postaciami lśni złotem – jak to zwykle bywa w obrządku wschodniochrześcijańskim. To, co najciekawsze, znajduje się nad ołtarzem ustawionym na skrzyżowaniu nawy głównej i transeptu. To olbrzymi, może 10-metrowej wysokości baldachim. Wykonany z drewna, zapewne cedrowego jest podtrzymywany przez cztery "barokowe" drewniane kolumny. Natomiast kolumny oddzielające nawy boczne są wykonane z różowego marmuru. Pomiędzy ławkami ustawiono piękne bukiety kwiatów. Czyżby jakieś święto było? Po chwili się wyjaśnia. Fotele obok ołtarza zostają zajęte przez hierarchów kościelnych, pojawia się młody ksiądz a do kościoła wchodzi panna młoda prowadzona przez swego ojca. Idzie w białej sukni bez ramiączek trzymając bukiecik kwiatów w dłoni. Drugą rękę trzyma papa – dla pewności, by dziewczyna się nie rozmyśliła. Chociaż ta wygląda na szczęśliwą. No i piękną! Siada na krześle (a właściwie wyścielanym bordowym suknem taborecie – coby tren się nie zahaczył o oparcie) ustawionym vis-a-vis ołtarza wraz z panem młodym, który – nie wiadomo skąd – pojawił się obok. Towarzyszy im, to nie niespodzianka, dwoje świadków, po obu stronach drużba i drużki, Ja skupiam uwagę na tych ostatnich. Są takie śliczne! I takie młode! Wszystkie panie w sukniach z gołymi plecami, najwyraźniej taka libańska moda. Odważna moda, skoro najkrótsza sukienka sięga połowy uda. Niektóre w szpilkach, inne w pantofelkach. Zaczyna się msza święta. Chwilę uczestniczę w obrządku, później przenoszę się do kolejnego kościoła – tylko 50 metrów dalej. Fasada wygląda strasznie zwyczajnie, z ulgą odbieram to, że jest zamknięty na cztery spusty.

Z pewną obojętnością mijam wejście do kolejnego katolickiego kościoła i moim oczom ukazuje się Roman Cardo Maximus. To musi być coś rzymskiego, prawda? Tak jest! To pozostałości rzymskiego założenia miasta z II wieku naszej ery: fragment głównej ulicy biegnącej z północy na południe. Dziś pozostało tylko kilka kolumn ustawionych na podwyższeniu po jednej stronie ulicy.
Skręcam w prawo w wąską uliczkę w dzielnicy handlowo-rozrywkowej. Aby tu wejść, trzeba przejść przez bramki ustawione przez żandarmerię z karabinami. To taki pozór, że wewnątrz turysta może czuć się bezpieczny. Oglądam wystawy sklepowe, dużo tu sklepów jubilerskich, odzieżowych i obuwniczych. Przy kawiarnianych stolikach siedzą w ogródkach bogatsi Libańczycy i turyści. Czasem z wnętrza lokalu dobiega jakaś melodia. Mężczyźni palą papierosy lub fajki wodne, panie piją przez słomkę alkoholowe koktajle. Miłe obrazki, sympatyczny wieczór...
Kończy się długi i arcyciekawy dzień. Niespiesznie wracam do hostelu. Zaglądam jeszcze do prawosławnego kościoła św. Jerzego. Hm. Wygląda na to, że tych świętych Jerzych w Libanie jest równie dużo, co świętych Piotrów w
Rosji... Budynek świątyni mało przypomina kościół: portal osłonięty dwukondygnacyjnym portykiem, nieco ukryte znaki krzyża na frontonie. Wewnątrz niby zakaz fotografowania. Ale jak mam zrezygnować z robienia zdjęć, skoro tu tak interesująco?! Ściany nawy, sklepienie, kolumny i absyda pokryte są malowidłami przedstawiającymi sceny biblijne i świętych. Ikonostas jak zwykle złocony, rozciąga się aż do końca naw bocznych. Zwraca uwagę bogato rzeźbiona ambona. Ogólnie: sympatycznie.
Dla wyrównania bilansu świątyń wstępuję do jeszcze jednego meczetu. Jest skromny, choć z malowidłami na suficie i korynckimi kapitelami na uwięzłych kolumnach. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że był to kiedyś kościół chrześcijański... Na dywanach w luźnych, swobodnych pozycjach siedzą muzułmanie, czytają Koran lub zwyczajnie odpoczywają. Wychodzę.
Zmrok zapadł nad Bejrutem. Jutro ciąg dalszy libańskich przygód.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej