Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Rotorua – Rainbow Mountains – Rotorua

piątek, 11 IX 2015


sniadanie z Hindusami | Przyroda nas zachwyca i zdumiewa | W maoryskim skansenie | Lot czy nielot – oto jest pytanie! | Gra terenowa i gejzery | Wycieczka w Góry Tęczowe


Co tu dużo mówić! Rotorua jest esencją Wyspy Północnej a może i całej Nowej Zelandii. Jest turystycznym celem dla wielu podróżników. Gejzery, wulkany błotne, ciepłe źródła, fumarole i inna działalność wulkaniczna, którą można oglądać i podziwiać w Rotorua i okolicy uzasadnia przyjazd do tego miejsca pomimo niechcianej "nagrody" w postaci nieprzyjemnego a dla wielu wręcz obrzydliwego wszechobecnego zapachu dwutlenku siarki i siarkowodoru. Jeśli do tych atrakcji dodamy bujną, subtropikalną roślinność z paprociami drzewiastymi na czele, i nieco cepeliowską kulturę maoryska, to stwierdzimy, że ten region jest konieczny do odwiedzenia.
Po smacznie przespanej nocy, zapach nie jest aż tak odczuwalny, co zauważam wychodząc na balkon, by ocenić temperaturę. Zapowiada się dziś słoneczny dzień, to dobrze, bo plan działań jest dość napięty! Zbiegamy na śniadanie. Mimo stosunkowo wczesnej pory sporo osób kręci się po kuchni. Większość z nich to Hindusi i skośnoocy przybysze z Azji Południowo-Wschodniej. Mam wrażenie z czas cofnął się to o pół roku i znajdujemy się w indyjskim lub malezyjskim hostelu... Hindusi pichcą sobie to czapati. Goście z tego hotelu nie sprawiają jednak wrażenia turystów. Raczej przypominają grupkę Polaków pracujących na czarno w Irlandii. Dosiadam się do grupki śniadych, młodych ludzi.
– Where do you come from? – pytam uprzejmie.
– From Kerala, India.
Ha! Znajome strony. Opowiadam o swojej ostatniej podróży po Azji.
Kochi is quite interesting – wtrącają a ja uprzejmie przytakuję.

Teraz musimy szybko zanieść plecaki do hostelu X-Base, w którym mamy już opłacony nocleg, a potem maksymalnie dużo zwiedzić przed oglądnąć gejzeru Te Pui. Tym razem hostel sieci NakedBus jest nieco oddalony od przystanku autobusowego. Zostawiamy rzeczy w przechowalni bagażu i zapowiadamy powrót wieczorem. Na pierwszy ogień idzie rozległy, już rozkwitający park miejski. Najbardziej śmierdzący park na świecie, jak mniemam! Powietrze jest chłodne, ale przesiąknięte wonią siarkowodorowych wyziewów. Trudno się przyzwyczaić nawet mojemu "chemicznemu" nosowi. Z drugiej strony – jest prześlicznie. Jak wspomniałem, park jest pełen kwitnących krzewów, drzew, kwiatów. Brzeg stawu porastają 5-metrowe paprocie drzewiaste, między nimi rosną drzewa z rosochatymi konarami pokrytymi srebrzystą szczeciną porostów. Są jeszcze inne bezlistne, ale za miesiąc zazielenią się, puszczając zielony pędy. Zieleń pokryje też pergole na mostku przerzuconym przez staw i będzie wprost cudownie. Ale i teraz podobają mi się te nabrzmiałe pąki rododendronów, obsypane kwieciem wiśnie i migdałowce, drzewa porośnięte epifitami. A dzień jest słoneczny, jak wspomniałem, i wszystko tu wygląda rajsko. Bardziej niż do kwiatków ciągnie nas do położonych opodal ciepłych źródeł, miniaturowych stawków z kłębiącą się parą nad wodą, do szczelin z fumarolami, zagłębień z bulgoczący botem… Te miejsca są łatwe do odnalezienia – każde ogrodzone drewnianym płotkiem, by zbyt ciekawski lub zbyt nieostrożny Nowozelandczyk nie sparzył się lub, nie daj Boże, nie wypaprał. Muszę przyznać, że nawet w tej parkowej scenerii te przejawy wulkanicznej działalności wyglądają niesamowicie. Spacerujemy więc od płotka do płotka i zachwycamy się. Z raju do piekła 200 metrów! Bo te widoki są iście piekielne: buchające z ziemi kłęby pary snują się nad wodą, przenikają między omszałymi, poskręcanymi konarami drzew. Bulgoczące błoto wydaje niepokojące odgłosy. Jestem wniebowzięty. Albo w piekło… Chyba równie niezwykłe wrażenie musieli mieć Europejczycy, którzy XVII wieku przybyli na te tereny. O ile nie wylądowali w żołądkach Maorysów [Joke: nic mi nie wiadomo o ich kanibalizmie]. Mogli wskoczyć do ciepłych źródeł i zażywać kąpieli błotnych. Dostawali wówczas – według historycznych zapisków – napadów niepohamowanego śmiechu. Sprawcą był podtlenek azotu – znany gazu rozweselający, który powstawał w reakcji tlenku azotu z siarkowodorem:
6 NO + H2S → 3 N2O + SO2 + H2O.
Czas nas goni! Tyle jeszcze mamy tu do oglądania! Przenosimy się nad jezioro Rotorua. Ten śródlądowy akwen ma całkiem sporą powierzchnię – zajmuje nieco więcej powierzchni niż Łebsko – 80 km kwadratowych. Tu, nad jego brzegiem, rozciąga się dzielnica parterowych domków. Są w większości drewniane, z małymi ogródkami, i nie byłoby nikt nic ciekawego w tym obrazku, gdyby nie to, że między nimi, na podwórkach, na drogach, dosłownie wszędzie, z ziemi wydobywa się para, sączy gorąca woda i bulgocze gaz.
– Dotknij ziemi – mówię do Sergiusza przykładając dłoń do gruntu.
Jest wyraźnie ciepła, czasem wręcz gorąca.
– Nie muszą się martwić o ogrzewanie w zimie – stwierdzamy jednogłośnie.
Faktycznie, całe miasto stoi na wielkim kaloryferze. Wiele hoteli reklamuje się jako SPA (zapewne z kąpielami wodnymi i sauną), Nawet nasz hostel z dormami po 15 dolarów ma basen z gorącą wodą! Żyć nie umierać! A do zapachu można się z czasem przyzwyczaić... Przybrzeżne wody w mały małych zatoczkach również spowijają kłęby pary. To musi być dobre miejsce do zimowania ptaków. Istotnie, ptaków najróżniejszych gatunków jest tu multum.

Zanim ruszymy w dalszą drogę, zaglądamy do śnieżnobiałego kościółka na brzegu. Kościół jak kościół, ze ścianami w technologii muru pruskiego, zapewne wewnątrz żadnych rewelacji byśmy nie znaleźli, ale niewielki cmentarz usytuowany przed wejściem zachwyca mnie. Kilkanaście pomalowanych na biało grobowców, niektóre z równie białymi kamiennymi pomnikami aniołów i Matki Boskiej. Część nagrobków pokryta jest maoryskimi napisami.

[opis skansenu]


– Widzisz je? Czy je widzisz? Tam! – Sergiusz wskazując na kolorowe ptaki przypominające kury.
Dziobią sobie coś w ziemi na trawiastym poletku. Wyglądają na nieloty, nawet gdy podchodzimy do nich blisko, nie zrywają się do lotu. Mają ciemnoniebieskie, niemal granatowe upierzenie, czerwony łeb, mocne nogi zaopatrzone w potężne pazury, którymi bez trudu mogą rozgrzebywać ziemię w poszukiwaniu robali. Wydaje mi się, że mają zredukowane znacznie skrzydła i przypominają z wyglądu sławne takahe – endemiczny gatunek nielotów zamieszkujących głównie Wyspę Południową. No, ale tych ostatnich zostało na świecie około 300-400 sztuk i trudno przypuszczać, by żyły sobie tak spokojnie w centrum miasta. Zresztą takahe południowy (Porphyrio hochstetteri) jest dwukrotnie większy. Z obowiązku robię serię zdjęć. Dopiero po powrocie do kraju zorientuję się, że to nie są żadne kuraki, lecz pukeko (Porphyrio melanotus), czyli modrzyk australijski, z rodziny chruścieli. Przywędrował tu, do Nowej Zelandii zaledwie kilkaset lat temu i jest całkiem popularny w kraju. Cieszę się, że trafiłem na tego pięknego ptaka, wiem, że kiwi w środowisku naturalnym zobaczyć nie mam szans… Notabene, pukeko kiepsko lata.
– To teraz, gdzie? – pytam.
Sergiusz rzuca okiem na mapkę miasta.
– Sulphur Point jest tam! – pokazuje kierunek – ale odpocznijmy chwilę.
Siadamy na nadbrzeżnej ławce. Po jeziorze pływają czarne łabędzie, fotografuję. Sergiuszowi łzawią oczy, dokucza mu katar.
– Zażyłeś aspirynę?
– Tak – mówi, ale niezbyt zdecydowanym głosem.
– No, dobrze. Zażyj wieczorem.
Noc na przystanku i wczorajszy deszczowy dzień na pewno mu nie pomogły. Nie mamy zbyt dużo czasu, ruszamy dalej ścieżką poprowadzoną przez przybrzeżne laski a potem wzdłuż brzegu maszerujemy długimi drewnianymi pomostami. Przestajemy tylko na chwilę, by popatrzeć na ptasią wysepkę.

[opis rezerwatu Te Pui: gra terenowa, skansen, gejzery, dom kiwi]

[opis wyjazdu w Góry Tęczowe]


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej