Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Niagara na wyciągnięcie ręki | Z Toronto do Cancun
– Tak, w porządku.
– No to co? Śniadanie i idziemy nad Niagarę?
– Tak jest. Idę do łazienki.
Zimny, marcowy poranek. Chmury wiszą nad miastem…
Ubieramy się znów ciepło i idziemy nad wodospad. Miasto o tej godzinie wygląda na opustoszałe podobnie zresztą jak wczoraj. Cóż! Jest jeszcze grubo przed sezonem.
Wodospad za dnia prezentuje się całkiem inaczej niż wczoraj wieczorem. Szare wody spadają kaskadą z wysokości 50 metrów. U jego podnóża leży wiele olbrzymich bloków kamiennych, na których rozbija się spadająca woda, tworząc mgiełkę ulatującą w stronę amerykańskiego brzegu. Poziom wody w rzece jest niewysoki, odsłonięte kamienie pokryte są śniegiem.
– Chodź, podejdziemy bliżej.
Stajemy na wprost głównej krawędzi wodospadu. Płynąca woda wydaje się na wyciągnięcie ręki. Teraz dopiero czuje się ogrom wodospadu i ogrom przepływającej wody. I chociaż wrażenia nie są tak spektakularne, jak przy Iguazu Falls w Brazylii, to jestem bardzo zadowolony z naszej obecności w tym miejscu: widziałem Niagarę!
Przywołuję w pamięci powieść dla młodzieży „Podróż w nieznane” Jerzego Lirskiego wydaną w 1946 roku. Jednym z pierwszych miejsc odwiedzonych przez dwójkę nastoletnich bohaterów była Niagara. Wrażenie na mnie zrobiło przejście chłopców przez drewniany mostek wybudowany między spadającą wodą a skałą. Nie wiem, na ile prawdziwa ta historia, nie znalazłem śladu po tym mostku w sieci. Zapamiętałem również, że pierwszy most przy Niagarze został przerzucony z pomocą latawca, z przyczepioną linką oraz to, że Niagara „cofa się” pół metra rocznie wskutek erozji. To wszystko (jak i reszta książki) rozpalało moją dziecięcą wyobraźnię. A teraz tu jestem!
To już drugi wodospad z wielkie piątki, który udało mi się zobaczyć. Pozostał Salto Angel w Wenezueli i Wodospady Wiktorii na południu Afryki. Czy będzie mi dane je zobaczyć? Przekonam się kiedyś. A piąty wodospad? Nie wiem, może to jest Yosemite Waterfall, może któryś z wodospadów na Islandii albo w Nowej Zelandii, nie umiem określić. Może ktoś zaproponuje…?
Zaczął padać śnieg, wiatr się wzmaga i nieźle dmucha, raz dwa trzy sypiąc nam płatkami śniegu w oczy. Śnieg wciska się pod kołnierz ortalionu, bije po twarzy. Nie ma co! Tak ma wyglądać wiosna w Kanadzie?!
Robię jeszcze pamiątkowe zdjęcia na tle ozdobnej, kutej balustrady i to tyle wodospadu!.
– Wracajmy!
Szybkim krokiem, prawie truchtem powracamy do naszego hotelu, odbieramy rzeczy i idziemy znaną nam już drogą na dworzec autobusowy.
Jest 8:30, do odjazdu została nam godzina. Jest okazja, by przyjrzeć się jak tu mieszkają Kanadyjczycy. Przy ulicy ciągnie się szereg domów jednorodzinnych na ogół piętrowych. Mają siding z tworzywowych paneli i wyglądają... nader skromnie. Takie osiedle przed 30 latami można było uznać za szykowne, dziś na pewno nie są to luksusowe domy.
Autobus przyjeżdżała o czasie. Pozostaje teraz mieć tylko nadzieję, że nie utkniemy gdzieś w korku przed Toronto. W centrum miasta jesteśmy o 11:25, do odlotu samolotu zostało 4,5 godziny. Nie mamy więc teraz czasu na zwiedzanie miasta, obiecujemy sobie zrobić to w powrotnej drodze. Podjeżdżamy kolejką na lotnisko i żegnamy się z Kanadą na trzy tygodnie.
– Cieszę się, że zrobiliśmy wycieczkę nad Niagarę, a ty, Cecile?
– Ja też, podobało mi się tam. Ale zmarzłam…
Mam wciąż lekkie wyrzuty sumienia, czy moje pomysły nie obciążają za bardzo budżetu trampingu. I chciałbym, by moja towarzyszka podróży była zadowolona…Wycieczka nad Niagarę kosztowała nas dodatkowe 210 złotych za osobę (nocleg + przejazd). Dużo to, czy mało…?
Lot do Cancun potrwa nieco ponad 4 godziny. Na lotnisku wymieniamy niewielką ilość dolarów kanadyjskich na meksykańskie peso (15.00 CAD = 240 MXN). Po wyjściu z terminalu uderza w nas fala ciepłego i wilgotnego powietrza. Lubię te momenty! Czuję, że wtedy coś się zaczyna.
Ponieważ zaplanowaliśmy tylko jeden dzień w tym wybitnie turystycznym mieście, a przylot miał być wieczorem o 20:00, to uznałem za sensowne poszukanie noclegu w centrum miasta, a nie przy samej plaży. Podjeżdżamy do centrum autobusem (bilety po 72 MXN). Nasz hotel, a właściwie hotelik, nazywa się ... Jest to parterowy budynek w dzielnicy willowej. Pokój jest niewielki z jeszcze mniejszym oknem. Kosztuje 460 MXN (100 PLN), zapłacimy za nocleg rano, gdyż nie mamy już peso, a kart tu nie przyjmują.