Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [1] [2] [3] [4] [5]


Na Kudłaczach - Kasina Wielka - Luboń Wielki

środa, 24 II 2010


To już ostatni dzień |Młodzież edukuje się |Gdzie jest ładnie? |Koala na Lubogoszczu?! |BWC'2010 |Atak szczytowy ;-) |Podsumowanie: jestem zadowolony! |Powrót do Krakowa


Schr. Na Kudłaczach 8:20 - Lubomir 9:30 - Wierzbanowska Góra 11:00 - Kasina Wlk. 12:20 - Lubogoszcz 13:50 - Mszana Dolna 16:00 - Glisne 16:50 - Luboń Wlk. 18:20
Obserwatorium astronomiczne na Lubomirze

Zastanawiałem się przez ostatnie dni, czy aby nie podzielić końcowego fragmentu Małego Szlaku Beskidzkiego na dwie części z noclegiem w okolicach Kasiny Wielkiej. Z Kudłaczy na Luboń to według tabliczek PTTK nieco ponad 10 godzin. W normalnych warunkach, ma się rozumieć. Odwilż, która zagościła w górach zachęca mnie jednak do szybkiego przejścia tego odcinka. Myślę, że przed północą dojdę na Luboń.

Jest 8.00 rano, zjadłem właśnie śniadanie w schronisku Na Kudłaczach. Całkiem miłe schronisko, szkoda tylko, że nie trafiłem na zapowiadany pokaz slajdów z Nanda Devi East Expedition. Trudno, obejrzę sobie tę prezentację w krakowskim "Śródziemiu". Dziś, na początek wędrówki Łysica. Idzie się jako tako, nie narzekam, może po prostu przyzwyczaiłem się do mokrego śniegu. Szlak jest "przechodzony", ale gdy zdarzy mi się nie trafić na twardsze podłoże - zapadam się po łydki. Podtrzymuję jednak swą opinię: tak szybko na rakietach poruszać się bym nie dał rady. Lubogoszcz z Przeł. Jaworzyce

Dwie sarenki przyglądają mi się badawczo, później spokojnie oddalają się. To już drugie spotkanie z sarnami, pierwsze miało miejsce za Żurawnicą. Podoba mi się ich zimowe jasne ubranko. Do "mojego" szlaku dołączają lub odchodzą boczne szlaki, mijam węzeł szlaków pod Łysicą (891 m n.p.m.) i zmierzam ku Lubomirowi (904 m n.p.m.). Ścieżka przez "Trzy Kopce" wyprowadza mnie pod budynek obserwatorium astronomicznego. Tu na drzewie z kapliczką informacja zachęcająca młodzież do odwiedzin tego przybytku nauki. No cóż, dobrze, że dziatwa szkolna ma możliwość urwania się z lekcji i zrzucenia sadła przy ostrym podejściu na Lubomir. Ale przyjemność z obserwacji nieba można mieć tylko w nocy. A tego nie ma w programie szkolnym ;-)

Czasze skrywające działa teleskopów wyglądają dość skromnie. Ale w końcu to nie Palomar Observatory ;-) Dziś naukowcy tu pracujący mają z pewnością łączność internetową a i dojazd i zaopatrzenie jest dobrze zorganizowane. Ale dawniej? Jeszcze w starym budynku? Czy po odkryciu nowego obiektu w kosmosie wysyłano asystenta na pocztę w Węglówce, by nadał telegram? Lód

No dobrze. Zbiegam ze stoku wielkimi susami. Zatrzymuję się dopiero przy nowej, dużej hawirze w Parylówce. Siadam na ławce i delektuję się panoramą gór. Przede mną dwuszczytowy Lubogoszcz, na prawo Szczebel a za nim mój cel - Luboń. A na lewo - ledwo widoczne, bo patrzę pod słońce - Tatry. Wygodną drogą dochodzę do Przełęczy Jaworzyce zwanej ongiś Wierzbanowską (10:20). Zaczyna się Beskid Wyspowy.

Najpierw Wierzbanowska Góra. Cel niezbyt ambitny, bo szlak prowadzi asfaltem. Przy schodzeniu ze szczytu na moment gubię znaki. Podchodzę do kobiety odgarniającej śnieg spod ścian domu. "A tędy w dół i na lewo" - pokazuje mi kierunek ręką. Istotnie, na jej chałupie jest znak. Sierota jestem.
"Zamiast siedzieć w jakimś ładnym miejscu, to pan łazisz po górach!" - dodaje z nutą dezaprobaty.
"Ale ja właśnie chodzę po ładnych miejscach. Na przykład tutaj" - przymilam się.
Kobieta pozostaje jednak nieprzekonana. No pewnie, że ma rację! Chodzenia po rozmiękłym śniegu to ona ma po dziurki w nosie. I pewnie zamieniłaby siedzenie na tym odludziu na jakąś Tunezję. Hm. Może to i dla mnie byłby dobry pomysł?
Nigdy nie byłem w Tunezji! Kapliczka pod Lubogoszczem

Wdrapuję się na kotę 714 metrów. Wszystko zasypane, zero śladów. Już wiem, co miała na myśli kobieta mówiąc "Tam nie ma drogi". Na szczęście, po drugiej stronie góry są prowadzone prace zrębowe i łatwiej się idzie. Na przełęczy Wielka Droga jestem o wpół do dwunastej. Nie jest źle z czasem. Teraz Dzielec i Kasina Wielka. A propos Kasiny. Starsze małżeństwo, które później spotkałem pyta się (żartem jak okaże), czy nie mam ochoty odwiedzić Justyny. Nie mam pojęcia, o czym, czy o kim mówią. "To sławna narciarka, wygrywa medale na Olimpiadzie w Vancouver" - wyjaśniają - "A pochodzi właśnie z Kasiny". Hm. Nie wiedziałem. W ogóle na sporcie mało się znam. Dlatego nigdy nie wygram w "Milionerach" - tam pytają o sportowców, aktorów i piosenkarzy. Poległbym. Na stoku w Kasinie szusują narciarze. Tłumów nie ma - środek tygodnia. Dochodzę do centrum wsi, zaglądam do sklepu i ruszam szosą w kierunku Mszany Dolnej. Zerkam wciąż to na Lubogoszcz, to na ksero mapki i obliczam, ile to metrów różnicy wysokości względnej jest między szczytem a początkiem podejścia w Kocubach. Ach te "wyspy" Beskidu... A przecież jeszcze będzie Luboń wyższy o 100 metrów!

Za kapliczką skręcam w prawo i wchodzę w las. Gdy już nie słyszę szumu samochodów, siadam w zagajniku i zamawiam lunch. Posiłek przedłuża się do 13.00, dopijam herbatę i ruszam leśną drogą. Pierwszy raz tu jestem, to zawsze sprawia mi przyjemność. Ten las wydaje mi się większy i potężniejszy niż dziś oglądane. Ale może to tylko moja wyobraźnia? Jest cichutko, rzadko kiedy odezwie się jakiś ptak. Ze zdumieniem odkrywam dziwny ślad towarzyszący mi na długim odcinku drogi. Przypomina odciśniętą dłoń dziecka z czterema palcami wyraźnie odciśniętymi w śniegu. Trop ułożony jest w linii prostej, odciski łap lekko skierowane do wewnątrz rozmieszczone są co 30 centymetrów. "Koala" - śmieję się w myśli. Po powrocie do domu szperam po sieci w poszukiwaniu wyjaśnienia. Mały niedźwiadek i jenot odpadły. Wuj-myśliwy optuje za borsukiem: "Musiał się przebudzić, to na pewno był borsuk". Ostatecznie, po konsultacjach literaturowych ustalam, że był to szop pracz. Borsuk

Leśny zwierz poszedł prosto, ja skręcam w lewo, w górę. W żlebie widzę świeże, najdalej wczorajsze, ślady piechura, układają się w przepisową jodełkę. Uśmiecham się. Dawno tak nie chodziłem. Wkładam nogi w gotowe zagłębienia, tak jest łatwiej, ale mój krok jest dłuższy, więc rytm czasem jest zakłócony. Zastanawiam się, kim był ten wędrowca. Wspinam się coraz wyżej, między drzewami ukazuje się czasem Śnieżnica, wkrótce na stoku w Kasinie zapalą się latarnie. Ślady "w jodełkę" towarzyszą mi bez przerwy, można powiedzieć, zaprzyjaźniam się z ich właścicielem. Widzę już skałki podszczytowe i domyślam się, że wierzchołek jest blisko. Faktycznie, po kilku minutach jestem na szczycie. A tuż przy tabliczce PTTK - rozbity namiot. "Cześć, nie zimno wam tam?" - pytam uprzejmie. Z namiotu wychyla się chłopak z plakietką na szyi. Adam jest sędzią w rozgrywanych tu właśnie międzynarodowych zawodach Bergson Winter Challenge. Uczestnicy mają do przebycia na nogach, nartach i rowerze 400 kilometrów w ciągu kilku dni. Adam pokazuje mi mapy z punktami kontrolnymi i wyjaśnia: "Dopiero co tu przyszedłem, plecak mam ciężki, stąd jodełka i głębokie ślady. Zostaję tu do jutra do północy". Częstuje mnie herbatą, rozmawiamy jeszcze chwilę. Pamiątkowe zdjęcie na koniec i ruszam ku zachodniemu wierzchołkowi Lubogoszcza. Pod Mszaną Dolną

I znów "przymierzanie gumiaków" - śnieg nie utrzymuje mnie na powierzchni, lepiej korzystać z dziur zrobionych przez innych. Zachodni szczyt nie jest wyraźnie oznakowany, nie szkodzi. Zbiegam teraz po południowym zboczu. Zahaczam o ukryty pod śniegiem patyk i lecę dwa metry w powietrzu. Tylko. Małyszem nie jestem. Ląduję w zaspie. Dalsze zejście jest już mniej strome, po godzinie wychodzę z lasu. Na polach śnieg taje, strumyczki wody sączą się wzdłuż miedz i dróżek. Taplam się w błocie, ale w końcu dochodzę do głównej drogi w Mszanie. Sprawdzam jeszcze stan zaopatrzenia w Biedronce, wypijam soczek i, nie zwlekając ani chwili, idę na Przełęcz Glisne. Jest 16:00 a to oznacza, że będę wchodził na Luboń po ciemku. Wybieram drogę asfaltem. Trochę dłuższą niż polami i przylaskami, ale liczę na jakiegoś stopa. Jednak nikt się nie kwapi mnie podwieźć. Szczyt Lubonia wydaje mi się coraz wyższy, czuję jednak zapas sił. Za Okrąglikiem napotykam na zaniedbaną chatę krytą strzechą - to już chyba rarytas w Polsce. Tuż po 17.00 jestem pod drogowskazem: "Luboń 1h". Sprawdzam sprawność czołówki i przystępuję do ataku szczytowego ;-) Przymierzanie gumiaków

Nie jest łatwo. Ścieżka jest oblodzona, trudno się utrzymać By nie upaść chwytam się czego popadnie, każdej gałązki i listka. W panujących ciemnościach trudno się zorientować, jaką drogę wybrać. Staram się iść poza ścieżką, ale rozmiękły śnieg usuwa się spod nóg i zjeżdżam w dół. Po pół godzinie moja męka się kończy. Jedno jest pewne: bez światła musiałbym się wycofać. Dalej jest już łatwiej. Spokojnie sobie wędruję przez las. Po prawej, nad głową czasem mrugnie światełko z wieży telewizyjnej na szczycie; wiem, że nie jestem sam ;-) O 18.00 wychodzę na grzbiet Lubonia, tu dołączają inne znaki. Jeszcze 20 minut i dzwonię do drzwi schroniska. Ciemno i głucho. Z sąsiedniego budynku wychodzi parę osób - są z punktu kontrolnego BWC 2010. Mówią, że kierownik schroniska na pewno gdzieś jest. "Myślę, że ogląda telewizję u sąsiadów" - stwierdzam. Faktycznie, po chwili się odnajduje i wchodzimy do środka. Będę jedynym gościem tej nocy. Dostaję wrzątek, instrukcję do korzystania z wychodka i łazienki. Chwilę rozmawiamy i o 19.00 udaję się na piętro na zasłużony odpoczynek. W drodze na Luboń

Tak właściwie dobiegła końca moja zimowa wędrówka Małym Szlakiem Beskidzkim. Przebyłem 137 kilometrów w pięć dni, dokładniej - maszerowałem 46 godzin. Myślę, że to niezły wynik, skoro "letnie" tabliczki podają 38 godzin. Szedłem, jak zwykle, w swoim tempie i w swoim stylu, od rana do wieczora, Cieszę się, że odświeżyłem w pamięci szlaki Beskidu Małego, że poznałem nowe fragmenty Beskidów. Miło wspominam spotkania na Leskowcu i Lubogoszczy. No i "spotkania" ze śladami zwierząt na śniegu. Obyło się bez nadmiernych mrozów i zamieci śnieżnych. Trafiłem na odwilż, ale podobno zima ma jeszcze wrócić do Polski. Dużym zaskoczeniem (jednak) był dla mnie brak ludzi na szlaku, pustki w schroniskach. To oczywiście wada i zaleta turystyki zimowej.
Ogólnie - zadowolony jestem.


Na Luboniu Wielkim kończy się czerwony szlak. Następnego dnia pozostał mi powrót do Krakowa. Wybrałem niebieski szlak do Zarytego. Po niecałych dwóch godzinach siedziałem w busie jadącym do centrum Rabki. Kolejny bus zawiózł mnie do domu.

Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej