Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]


Uyuni-Salar-San Juan

sobota, 27 IV 2013


Chłodny poranek w Uyuni | Wszystko idzie dobrze! | Smutny koniec lokomotyw | Niesamowity salar | Albergue | Pląsy wśród kaktusów | Jak nie utopić się na pustyni? | Uwaga wigonie!


Uyuni. Miasteczko sprawia wrażenie uśpionego. Jest godzina piąta, może wpół do szóstej i przyzwoici Boliwijczycy powinni spać. Rzeczywiście, na ulicach pustki, widać tylko kilku miejscowych naganiaczy.
- Salar Tour? Do you want to go on Salar? - pyta niska kobiecina - Come with me to my office.
A pewnie, że pójdziemy! Przynajmniej dowiemy się, gdzie jest centrum i gdzie są biura, których tu, w Uyuni, jest multum. No i się ogrzejemy, bo jest diabelnie zimno.
- All right. We'll check your offer - uprzejmie się zgadzam.
Przechodzimy kilka uliczek. Siadamy w ciemnym pokoiku i rozcieramy zmarznięte dłonie. Kobieta zachęca nas do wzięcia trzydniowego touru, ewentualnie jednodniowej wycieczki. Cena 120 USD za trzydniowy tour obejmuje Salar de Uyuni i Park Narodowy Fauny Andyjskiej. Ale, jak dla mnie, jest za wysoka. Może wystarczą dwa dni? Tak przecież planowaliśmy.
- Dwudniowy tour to najgorsza opcja – stwierdza – Zobaczycie tyle, co na jednodniowej wycieczce. Bez Lagun i Doliny Gejzerów.
- Dobrze, przemyślimy. Na razie pójdziemy coś zjeść. – podaję byle pretekst.
Robimy regularny obchód miasteczka. Zachodzimy do kolejnych, właśnie otwieranych biur. Cena oscyluje wokół 100 dolarów. Jedno z biur połączone jest zknajpką. Mamy ochotę się ogrzać i wypić coś ciepłego. W środku kilku obcokrajowców, jedzą śniadanie. Zaczynamy pić herbatę, gdy do środka wchodzi... Marek z Marcelą oraz... Anka z Mohammadem. A więc para ze Strasburga wybrała się jednak do Boliwii...
- Cześć.
- Cześć.
Siadają przy sąsiednim stoliku, zamawiają omlety i coś jeszcze.
- Jedziecie na salar? – pyta Marek.
- Tak, jedziemy. Na razie sprawdzamy ceny.
Marek proponuje wspólne wynajęcie dżipa, by koszt był niższy. Średnio mi się to podoba. Zignorował mój sms, przez cały czas milczał. Zresztą... do każdego dżipa wchodzi tyle samo osób i żaden nie odjedzie bez kompletu. Wolę sam negocjować cenę. I nie męczyć się potem w ich towarzystwie przez 3 dni.

Dopijamy herbatę i idziemy szukać transportu. Na ulicy już więcej turystów z plecakami, część zapewne spała tu, w Uyuni. Naganiaczy też więcej, muszą do 9:00 skompletować ekipy do dżipów. Podaję im naszą cenę. Jedna z kobiet przystaje na 165 USD za dwie osoby. W biurze (na końcu ulicy, skąd odjeżdżają autobusy), do którego nas zaprowadziła, zostawiamy plecaki, ładujemy akumulatory i komórki. Chętnych na salar jest dużo, na pewno nie zmieścimy się w jednym dżipie.
- Idę na zakupy – mówi Kamila – kupię wodę i coś do jedzenia.
- A pieniądze masz?!
Wyjmuję ze schowka kolejne 50 dolarów i daję dziewczynie. "Bobki" się skończyły a będziemy musieli jeszcze zapłacić w miejscowej walucie za wstęp do Parku Narodowego. Na wydatki składamy się po równo, raz ja, raz Kamila, staram się notować wszystkie zakupy.
Siadam na ławce przed biurem i wystawiam twarz do słońca. Przyjemnie... W ogóle jest fajnie! Jak na razie, podróż odbywa się bezproblemowo, nie czujemy żadnych zagrożeń, a moja towarzyszka podróży okazała się fantastycznym kompanem. A teraz przez trzy dni będziemy wożeni, karmieni i nocowani. Żadnych zmartwień i stresów... Ależ się cieszę na myśl o salarze i Andach! Mmmmm...
- Zobacz, co kupiłam!
Otwieram oczy. Kamila pokazuje wełniane rękawiczki z lokalnymi wzorkami.
- Pisali w sieci, że noce w górach są bardzo zimne – dodaje tonem usprawiedliwienia.
Na ulicy czeka już dżip, kierowca czyści szyby. Młodzi Brazylijczycy ładują swoje plecaki na dach samochodu, reszta czeka na dwa inne dżipy. Najmniej wygodnie jest na tylnej kanapie, więc przestrzegam Kamilę, by zbyt szybko nie wsiadała. Ja sam zamierzam jechać z przodu, przy kierowcy.
Po 9:00 ruszamy. W składzie, oprócz nas, około 40-letnie małżeństwo z
Hiszpanii, dwie młode Niemki i samotnie podróżujący 25-latek, również z Niemiec.

Pierwszy przystanek za miastem jest po dziesięciu minutach. Cementerio de trenes czyli kilkadziesiąt wyeksploatowanych lokomotyw, wagonów i innych pojazdów technicznych ustawionych na bocznicach kolejowych. Wokół pustkowie. Turyści, głównie młode osoby, wyskoczyli z kilkunastu dżipów, które zdążyły już wcześnie podjechać i teraz z zapałem fotografują ten złom. Ochoczo przyłączamy się do nich. Miejsce jest naprawdę interesujące, pustynia ciągnąca się wokół po horyzont i te przeżarte rdzą lokomotywy dają cokolwiek surrealistyczny widok. Wzorem innych drapuję się na kilka pojazdów, chwilę bujam się na huśtawce zawieszonej na stalowej konstrukcji cysterny. Wystarczy! Wracamy do naszego busa pamiętając, że mieliśmy tu być 20 minut. I jak przekonamy się jeszcze wiele razy podczas tego touru, trudno, nawet w tak niewielkiej grupie, o dyscyplinę. Czekamy na resztę dobrych dziesięć minut. Tu nie chodzi o ten czas, tylko o to, że my - bardziej zdyscyplinowani - wracając na czas do pojazdu, tracimy możliwość oglądania ciekawszych rzeczy. Dlatego tak nie lubię jeździć w dużej grupie! No, dobrze, teraz kierunek: Salar! Ale, ale! Czy szanowni turyści wspomogli już miejscowy przemysł pamiątkarski? Nie? To was zawieziemy. Podjeżdżamy do wioski Colchani zlokalizowanej na skraju salaru i tu stajemy w towarzystwie kilkudziesięciu dżipów w uliczce z kramami. Na stoiskach szaliki wełniane, czapki, swetry z lamy, także miejscowe specjały - wyroby z soli. Wszystko to-to ładne i chciałoby się kupić. No cóż, może innym razem?
- O, nie! Muszę coś kupić - mówię ni to do siebie, ni to do Kamili.
Zostawiam ją na chwilę - przymierza akurat jakiś ciuszek – i sam kupuję badże na lodówkę - dwa krążki z soli - z malowanym kaktusem i szmacianą Boliwijką.
Jest trochę czasu, idę popstrykać fotki w wiosce. Typowa, parterowa zabudowa, podwórka otoczone wysokimi kamiennymi lub glinianymi murami. Sklepiki w domach i niewielki kościółek. Ciekawszy dla mnie jest skraj osady: tu widać hałdy z solą, a nieopodal, przy rampie - dwóch mężczyzn zrzuca z ciężarówki sól przywiezioną z salaru. Na głowach mają kominiarki dla zabezpieczenie skóry przed działaniem pyłu solnego, którego tumany unoszą się wokół. Gdy robię im zdjęcia, Boliwijczycy przerywają pracę.
- Nie rób nam zdjęć!
Nie zważam na to. Są elementem krajobrazu!

Wracam do dżipa, ruszamy dalej. Prosta jak strzelił droga prowadzi na słoną pustynię. Salar zaczyna się właściwie tuż za osadą, lecz ten fragment jest mało atrakcyjny dla wygłodniałego oka turysty: pustkowie jest szarobure, sól tu wyeksploatowana... A my przecieź chcemy nasycić się widokami nieskazitelnie białych połaci.
Mijamy dość okazały kompleks parterowych budynków - to pierwszy na trasie solny hotel. Solny, bo zbudowany z bloków soli wielkości pustaków. Ich paskowaty wygląd - sól na pustyni tworzy jaśniejsze i ciemniejsze warstwy - przypomina mi włoskie katedry we
Florencji i Bolonii. Dżip przyspiesza, nie jedziemy już nasypem, lecz pędzimy bez wyraźnego traktu przed siebie. Przed nami, za nami i po obu stronach towarzyszą nam w pewnej odległości inne dżipy. Istna kawalkada pojazdów! Sektor turystyczny w Boliwii kwitnie ;-) Przystajemy na pustkowiu i wysiadamy. Powietrze na wysokości 3653 m n.p.m. jest chłodne i rześkie. Głęboko oddychamy, czuć lekko słony zapach. Wokół niezliczone kopce z solą. Są niewysokie, ledwie półmetrowe, ustawione co kilka metrów. Dookoła nich tworzą się kałuże solanki. Słońce powoli wysusza sól, później ładowana jest na ciężarówki. Kilka z nich stoi opodal, trwa załadunek. Usłyszałem, że gdy miejscowi dowiedzieli się, jaka jest cena soli w polskich sklepach, to łapali się za głowę. Nie mogli się nadziwić, dlaczego nie importujemy soli z Boliwii. Ale cóż! pomijając kwestię kosztownego transportu, nasza sól jest znacznie czystsza. Tutejsza, oprócz chlorku sodu, zawiera dużo innych rozpuszczalnych soli. A to dlatego, że tu, na obszarze bezodpływowego Altiplano, najróżniejsze minerały wypłukiwane deszczem ze skał spływały do niecek tworząc słone jeziora. Woda w tych wewnętrznych morzach to wysychała, to znów jej przybywało. Ostatecznie wykrystalizowane minerały utworzyły słone pustynie i inne wartościowe złoża. Na salarze pod Uyuni, który geologicznie jest całkiem młody – ma ledwo kilkanaście tysięcy lat – soli nazbierało się całkiem sporo: 10 miliardów ton; starczy jej na wieki, skoro rocznie wydobywa się jej tylko kilkadziesiąt tysięcy ton.

Z ekonomicznego punktu widzenia najważniejsze jest jednak to, co skrywa salar pod wierzchnią, 6-metrową skorupą. To gigantyczne ilości solanki zalegającej w porach naprzemiennie ułożonych warstw mułu i soli. Solanka ta zawiera chlorek litu – pierwiastka tak potrzebnego do produkcji akumulatorów. Boliwia ma powody do zadowolenia: na salarze znajdują się największe na świecie zasoby litu! Jak na razie rząd boliwijski trzyma łapę na interesie nie pozwalając amerykańskim korporacjom na eksploatację złóż. Dobrze to dla przyrody, gorzej dla gospodarki – jak by nie patrzeć, Boliwia jest najbiedniejszym krajem Ameryki Południowej...

Dość nudzenia! Dla nas ważne jest to, że tu dotarliśmy, że jest tu tak pięknie! Biegamy między kopczykami, fotografujemy odległe góry odbijające się w słonych kałużach. Ta niezwykła sceneria zachęca do wygłupów. Widzę ludzi podskakujących, ustawiających się do "funny pictures". Ja sam nie potrafię się powstrzymać i robię sobie fotki w pozie zdychającego z pragnienia wędrowca.
Podjeżdżamy kilka kilometrów dalej do solnej oberży. Przed budynkiem wbito w solny krąg kilkanaście flag narodowych. Ich żywe barwy kontrastują z bielą salaru. Polskiej flagi nie ma, zdziwiłaby mnie jej obecność. Strzelamy kilka fotek i właściwie moglibyśmy już udać się na lunch. Niestety, akurat inne grupy się teraz posilają, mamy pół godziny dla siebie. Możemy dokładniej przypatrzyć się słonej pustyni. Jej powierzchnia nie jest tak gładka, jak by mogło się wydawać. Niewielkie, może centymetrowej wysokości zgrubienia na powierzchni są skutkiem okresowego zalewania pustyni wodą Rio Grande spływającej z gór. Ta powierzchniowa mało słona woda rozpuszcza górną warstwę salaru a wysychająca następnie solanka powoduje krystalizację halitu w postaci twardniejących wykwitów o ciekawych wzorów geometrycznych. Mają najczęściej kształt sześciokątów i są nieco bielsze od wnętrza figury. Na tym obszarze opady są niewielkie, w ciągu miesiąca spada tu kilka milimetrów deszczu, więc formy te mają względnie trwały charakter.
- Chicos! Lunch! – Nasz kierowca woła nas na posiłek.
Zasiadamy przy stole na solnych blokach. Dopiero teraz jest okazja pogadać ze sobą. Wszyscy wydają mi się sympatyczni, opowiadają o sobie. Dostajemy zupę, na drugie smażoną rybę, ziemniaki z kukurydzą oraz sałatkę z pomidorów i ogórków. Może mało oryginalne, ale smaczne i z przyjemnością zjadam. Hm... właściwie powinienem być zadowolony z tych ziemniaków! Przecież to północna Boliwia i południowe Peru są ich ojczyzną! Można więc powiedzieć, że danie było narodowe... Na koniec pojawia się słodki deser i myślę, że wszyscy są zadowoleni.
- Teraz pojedziemy na Isla de los Pescados – mówi kierowca – Zbierajcie się.

I znów, wraz z innymi dżipami pędzimy przez salar szeroką tyralierą. Oglądam się za siebie i widzę, że wszystkim błyszczą oczy z radości a twarze promienieją. Jest super! Ciemna skała na horyzoncie, do której się zbliżamy, stopniowo zielenieje, nabiera szczegółów. To Isla Incahuasi zwana też Isla de los Pescados, rzekomo z powodu swojego rybiego kształtu. Łatwo się jednak przekonać, że "wyspa" a właściwie góra wystająca ponad powierzchnię solniska, w żaden sposób nie przypomina ryby. Owszem, widzę na mapie kształt skalnej kwoki z Białej Pustyni, widzę po przekręceniu mapy niedźwiedzia polarnego z zadartym łbem, widzę stopę (niech będzie inkaską), ale nijak nie ma tu ryby! Nieważne. Wyspa porośnięta jest tysiącami kaktusów Trichocereus pasacana. Mają postać wysokich, nawet 10-metrowych kolumn lub kandelabrów i pokryte są długimi, kilkucentymetrowymi kolcami. Mówi się, że mają po kilkaset lat. Może tak, może nie. W każdym razie imponują rozmiarami.

Ponieważ wejście w głąb wyspy jest płatne a nie spodziewamy się tam szczególnych atrakcji – odpuszczamy. I dobrze, bo po kwadransie spędzonym na oglądaniu wyspy z brzegu salaru, spotyka nas niespodzianka. Na placu przy kasie pojawia się orszak indiańskich muzyków i tancerzy ubranych w tradycyjne ludowe stroje. Zdaję sobie sprawę z cepeliowskiego charakteru występów, ale to, co widzę bardzo mi się podoba! Na początku biegną podskakując dzieciaki, również ubrane tradycyjnie, Boliwijki wystroiły się w czarne spódnice z kolorową krajką na dole, założyły czarne poncza na białe koszule a na głowie noszą swoje fikuśne filcowe meloniki. Na plecy mają zarzucone grube, wełniane chusty czy raczej kocyki związane węzłem na piersiach. Niektóre trzymają nie wiadomo po co gliniany dzbanek, inne mają kolorowe trawy lub patelnie przytroczone do kolorowej chusty. Widocznie tradycja ich do tego zobowiązuje ;-)
Indianie natomiast mają na sobie grube wełniane swetry, jeśli dobrze widzę robione maszynowo, takież czapeczki z czarno-białymi miejscowymi motywami i również plecy okrywają wełnianymi pasiastymi pledami. Mężczyźni grają na dużych bębnach i fletniach Pana. Najwięcej sympatii wzbudzają dzieciaczki naśladujące dorosłych. Wdrażają się, można powiedzieć ;-)
Później grupa schodzi na salar i tu odbywają się tańce w parach i w kółku. Część turystów przyłącza się do zabawy i jest naprawdę sympatycznie. W końcu całe "inkaskie" towarzystwo pakuje się do ciężarówki i kilku dżipów i wraca pędem do swoich domów. Koniec popisów dla gringos!

Ruszamy i my. Jest, co prawda, dopiero wpół do trzeciej, ale przed nami jeszcze kawał drogi. Jedziemy na południowy zachód. Po obu stronach, leniwie przesuwają się odlegle szczyty wulkanów. Zostawiliśmy już w tyle potężny wulkan Cerro Tunupa wyrastający 1700 metrów ponad salar, także niższe Cerro Grande i Cerro Caltama. Góry wokół są surowe, nagie, praktycznie pozbawione roślinności. Gdyby to była Europa, byłyby ośnieżone, tu, bliżej równika jest cieplej a opady są mniejsze. Trzeba jednak pamiętać, że i na boliwijskich salarach zdarzają się powodzie. Pustynia nasiąka wodą, jej powierzchnia zamienia się w słoną breję. Salar szarzeje, brązowieje, nie można już się zachwycać jego olśniewającą bielą. Jazda dżipem w takich warunkach, z solanką rozbryzgującą się spod kół na boki, ze słonymi kroplami wnikającymi do płuc, nie należy do przyjemności. Tuż przed wyjazdem czytałem na internetowym forum, że salar jest zalany po intensywnych marcowych opadach. Jechałem więc tu z pewnym niepokojem. Inna rzecz, że zanim kupiłem bilety do Limy (które były dostępne od stycznia do czerwca) starannie przeanalizowałem klimat w Peru i Boliwii. Teraz jest tu jesień, temperatury coraz niższe a dzień coraz krótszy. Ale przełom kwietnia i marca to pora sucha, z najmniejszym zachmurzeniem, co jest ważne w przy wycieczce na Machu Picchu. Hiszpański chłopak prosi o krótki postój na rozprostowanie kości. Robimy krótką gimnastykę – czuć już popołudniowe ochłodzenie. Zauważam, że powierzchnia salaru jest tu inna, bez sześciokątów, za to gdzieniegdzie trafiają się rozmiękłe kręgi. Pewnie w tych miejscach dopływa od spodu ciepła geotermalna woda. Przed czwartą, po przejechaniu 150 kilometrów, opuszczamy w końcu salar.

Krajobraz zmienia się radykalnie. Jedziemy teraz utwardzoną choć wyboistą drogą wśród równin pokrytych skąpą roślinnością. To puna de tola słonoroślowy biotop z trawą kępkową i krzewami Lepidophyllume quadrangulare przez miejscowych zwanymi tola. A jednak na tej niemal jałowej ziemi Indianie uprawiają jakieś roślinki, co widać po wyznaczonych kamiennymi murkami poletkach. Przypomina mi się Khinaliq w Azerbejdżanie, gdzie również widziałem tak grodzone pola i pastwiska. Czujemy już pewne zmęczenie, dzień był pełen wrażeń. Monotonna droga działa usypiająco, rozmowy cichną. Powietrze jest przymglone, w oddali bieleje salar, z drugiej strony ciemnieją andyjskie szczyty. Ale nagle dostrzegam ruch i chwytam za aparat wołając:
- O! Wigonie!
Kierowca zwalania a para brązowo-beżowych zwierzaków przeskakuje przez drogę i niespiesznie oddala się w stronę salaru. Wigonie, które można zobaczyć w herbie Peru, są bardziej smukłe od alpak i znacznie mniejsze od lam. Na dobrą sprawę, gdyby nie charakterystyczne umaszczenie, przypominałyby sarny. Oczywiście, tak jak i pozostałe wielbłądowate, wigonie nie mają poroża. Cieszę się, że zobaczyłem te ssaki, mam już na zdjęciach i lamy i alpaki i wigunie :) Na pumy nie liczę...

Do miejsca naszego noclegu – wioski San Juan - zostało jeszcze parę kilometrów. Słońce wisi nisko nad szczytami, zmrok tu szybko zapada. Hostel, pod który zajeżdżamy jest również zbudowany z solnych bloków. Początkowo się zastanawiałem, czy użycie takiego materiału do budowy budynku nie jest aby podyktowane tym, by turyści czuli się "niezwykle", ale po refleksji dochodzę do wniosku, że to po prostu najtańszy materiał, niewymagający żmudnej obróbki tak jak kamień ani opału potrzebnego do wypalania cegieł. W ogóle cały hostel jest "ekologiczny": drzwi pokojów zrobione są ze zdrewniałego kaktusa a dach pokryty trzciną...
Dostajemy dwójkę z dużymi łóżkami, i chociaż pokój ten nie ma okien (tak jak i pozostałe), to nocleg tu będzie z pewnością miłym wspomnieniem. Czeka nas jeszcze ciepła kolacja, będzie dużo jedzonka i nawet butelka wina się znajdzie...


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej