Dzień: [1] [2] [3] [4] [5]


Kruszyniany – Krynki – Supraśl

środa, 28 V 2025


W podbiałostockiej cerkwi | Autobusem i stopem w stronę Kruszynian | "Imigrantów nie spotkałem!" | Prawdziwa polska wieś | W tatarskim meczecie | Opowieść o islamie | Tu kierowcom kręci się w głowie | Jadę stopem z leśnikiem | W niezwykłym parku edukacyjnym | Jadę na spotkanie z żubrami | Ależ to piękne zwierzęta! | Zainteresowana wrocławianka | Podłączam się do wycieczki | Jestem zachwycony monasterem | Uczyć się w pałacu...


Budzę się 6:40. W pokoju już ktoś wstał, pakuje się. Zbieram swoje rzeczy i przenoszę się do kuchni, by wypić kawę i zjeść śniadanie. Siedzi tu mężczyzna w średnim wieku, usiłuje nawiązać połączenie chyba z rodziną na Białorusi. Przepakowuję niezbędne rzeczy na cały dzień do dużego plecaka.

– No to lecę – mówię do Mateusza. – Powodzenia, trzymaj się.

– Powodzenia i panu życzę, do widzenia.

Podjeżdżam autobusem nr 1 na podmiejski przystanek Zaścianki-Cerkiew, by stąd łapać stopa. Znajduje się tu faktycznie interesująca cerkiew prawosławna pw. św. Wielkomęczennika Pantelejmona. Jej 40-metrową wieżę widzę, zanim jeszcze wysiądę z autobusu. Nie wygląda na zbyt starą, co wcale nie zniechęca mnie do jej odwiedzenia. Nie wiem, czy w tym miejscu stała jakaś inna, drewniana cerkiew, czy też wśród prawosławnych wzrosło zapotrzebowanie na cerkwie, dość, że w 1997 rozpoczęto jej budowę. Nowa świątynia jest murowana, zbudowana z żółtej cegły na planie dwunastokąta, prócz centralnej kopuły ma kilka wieżyczek zwieńczonych cebulastymi hełmami*/.

Wchodzę do środka w ślad za dwiema starszymi kobietami. Wrzuciły datek do skarbonki, wzięły świeczki i modlą się przed kolejnymi ikonami. Poza nimi i księdzem kręcącym się za ikonostasem, nikogo tu nie ma. Wnętrze robi wrażenie, ściany i sklepienia są bardzo kolorowe i bogato zdobione. Pod kopułą zwisa panikadiło (πολυκάνδηλον) – kryształowy żyrandol lśniący licznymi światełkami. Wokół, niczym w greckim monastyrze, powieszono chorus – wielki świecznik w kształcie kręgu. Świątynia ma pięknie wykonaną polichromię. Ikonostas wykonany jest ponoć w stylu hagioryckim.

Czas ruszyć w drogę. Dziś czekają mnie przecież dwie atrakcje: Kruszyniany i Krynki. To minimum, które chcę zobaczyć. Ale żeby się tam dostać, będę musiał korzystać ze stopa. Kilka lat temu zlikwidowano linię autobusową do Kruszynian. Ustawiam się więc przy drodze wylotowej z Białegostoku w stronę Bobrowików i zaczynam machać. Ruch jest duży, samochody jadą sznurem, w ciągu 15 minut nic się jednak nie zatrzymuje. Nic, prócz... autobusu jadącego do Gródka. Ta niewielka miejscowość (dawniej miasto) znajduje się nieco w bok od mojej trasy, ale być może tam kierowcy będą bardziej życzliwi. Płacę za bilet dość wygórowaną cenę 15 zł. W pewnym stopniu ma to swoje uzasadnienie, gdyż kurs jest mało dochodowy, jedzie zaledwie 5 pasażerów. Trasa autobusu przebiega przez boczne wioski. Cały czas wyszukuję najlepszą trasę, by dotrzeć do Kruszynian przez moment waham się nawet, czy nie wysiąść w Piłatowszczyźnie, ale kierowca zachęca mnie, bym dojechał do głównej drogi nr 65. Tu, przed Gródkiem stoi staż graniczna.

– Dzień dobry – zwracam się do blondynki w mundurze. – Jadę do Kruszynian. Da się coś tu złapać? Ruchu raczej nie ma…

– No, jeżdżą do granicy – krzywi się kobieta i dodaje: Ale czy ktoś zabierze, wątpię.

– Ok, ustawię się na stopie tu po drugiej stronie, do widzenia.

Po kilku minutach siedzę już w samochodzie. Co prawda kierowca nie jedzie do Kruszynian, lecz tylko dwa kilometry.

– Ja tu mieszkam blisko, ale pana podrzucę tak, żeby pan nie pobłądził – mówi pięćdziesięciolatek z dość pokaźnym brzuchem i skręca w boczną drogę.

– O! Ja tą drogą przyjechałem właśnie autobusem.

– Ja tutaj mieszkam pod numerem 8 – mówi kierowca, wskazując na niewidoczne z drogi gospodarstwo. – Mam tam agroturystykę, tak że zapraszam.

– Dziękuję, może skorzystam, ale jak będę z kimś a nie sam.

– Zapraszam.

– Z turystyką to chyba ciężko? – No... – słyszę wahanie w głosie kierowcy.

Zdaje się, że agroturystyka nie jest jego głównym zajęciem.

Opowiadam mu nieco o mojej trasie.

– Teraz zmierzam do Kruszynian a potem do Krynek. Na mojej mapie mam zaznaczone kurhany w lesie. Kojarzy pan to miejsce? Ciekawe jest?

– Nie wiem, nie znam.

No, na pewno nie będę szukać tego rodzaju miejsc. Są to pewnie zarośnięte kopczyki, nie wiadomo zresztą jakiego pochodzenia.

– Ale tu niedaleko są ciekawe miejsca: Nietupa i Sanniki – stwierdza kierowca. – W pierwszej miejscowości jest ciekawa zabudowa, a w drugim – muzeum. Podrzucę tam pana.

– Dziękuję.

– Ja mogę pana podrzucić nawet do Kruszynian.

– No nie! Bez przesady – dziękuję uprzejmie.

Wypytuję o imigrantów ze wschodu.

– A co pan o nich słyszał? – pyta podstępnie.

– Ja nie oglądam telewizji i nie słucham tych wszystkich bzdur.

– I słusznie! Ja też nie oglądam telewizji – mężczyzna się uśmiecha i ściska mi dłoń.

– Telewizora w domu nie mam od 18 lat.

– Mówią o imigrantach. Ja przez 3 lata ani jednego tu nie spotkałem!

– Szkoda gadać. Media głównego nurtu prezentują propagandę bardzo odległą od rzeczywistości.

– Tak jest!

– Ale w niedzielę idzie pan na drugą turę wyborów? Trzeba ratować Polskę.

– Idę, oczywiście – mówi z ożywienie, w głosie i dodaje: Ja jestem wyznania prawosławnego.

– Tak, domyśliłem się tego wcześniej – przytakuję, wskazując głową prawosławną ikonę przylepioną do pulpitu.

Przejeżdżamy przed Nietupę z typowo wsiowa zabudową i zatrzymujemy się w Szaciłach na krzyżówce.

– Wrócę do domu tą krótszą drogą – mówi kierowca.

Żegnamy się, jeszcze raz dziękuję.

Wokół rozciąga się wieś. Taka najprawdziwsza, polska. Tradycyjna. Drewniane domy, zagracone podwórka skryte za sztachetami płotu. Czasem nieużywana już studnia z kołowrotem i zardzewiałym wiadrem. Parę starych, pochylonych wierzb w oddali. No i bocianie gniazda, których brak w polskim krajobrazie byłby nie do pomyślenia. Trafiłem na czas lęgów bocianich, prawie na każdym ze spotkanych gniazd widzę bociana. Ten, którego widzę opodal, poprawia gałązki użyte do zbudowania gniazda. Jego dziób jest potężny, ale z trudem operuje ciężkimi i grubymi gałęziami.

Zanim ruszę w dalszą drogę, przyglądam się jeszcze miniaturowemu kościołowi pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika. Jest drewniany, ma niewysoką dzwonnicę, niewielką nawę a nawet miniaturową kruchtę. Ale za to dwa duże łacińskie krzyże umieszczone tak, by każdy miał pewność, że to kościół katolicki.

Do Kruszynian zostało mi ponad 6 kilometrów. Droga wiedzie wśród pól i lasów mieszanych. Parę minut poświęcam na odszukanie leśnego cmentarza. Musiał ulec dalszej degradacji, gdyż moje wysiłki okazują się płonne.

Jest ciepło, pogoda się utrzymuje bezdeszczowa, prognozy pogody okazały się nietrafne. Wziąłem ze sobą na wszelki wypadek dodatkowe spodnie z membraną oraz nieprzemakalną kurtkę, ale zdaje się, że będą zbędne na tym wyjeździe.

Przede mną Sanniki. To wieś z pogranicza, w 1939 roku dostała się pod okupację radziecką. Trudno uwierzyć, że liczy sobie 500 lat. Większość domów jest tu drewniana, budynki są ustawione prostopadle do drogi. Wiele z nich ma ozdobne framugi okien i drzwi, także rzeźbione elementy na krawędziach dachów. Strzech tu już nie ma, zdarzają się dachy kryte gontem, rzadko eternitem. Wioska wygląda na zadbaną, choć parę chałup jest w opłakanym stanie. Domy są parterowe część z nich – podejrzewam – ma kilkadziesiąt, może sto lat. Część jest odnowionych z zagospodarowanym podwórzem, niektóre z nich zapewne służą jako domy letnie do warszawiaków lub białostoczan. W innych zorganizowano agroturystykę.

Na kolejnej krzyżówce widzę nowozbudowany dom z pustaków. Ma już wprawione okna z PCV, ale wygląda na niezamieszkany. Wokół rozciąga się pustkowie i teraz zastanawiam się, jakie ktoś miał motywy, by tu się budować. Las, cisza, spokój, ale wszędzie daleko. Nawet do sąsiadów.

Kilometr dalej są już Kruszyniany. Miejscowość stała się wybitnie turystyczna: wybudowano tu kompleks wypoczynkowy z zajazdem, sporo tu pokoi gościnnych. Ja jednak kieruję się w stronę sławnego drewnianego meczetu. Widzę że akurat przed zielonym budynkiem zaparkował autokar. Turyści, na ogół starsi, opuszczają już meczet. Przyspieszam kroku, by wykorzystać okazję. Wcześniej zostałem uprzedzony, że meczet normalnie jest zamknięty i trzeba umawiać się, szukać kogoś, kto otworzy. Wchodzę do przedsionka.

– Można? – pytam mężczyznę, który siedzi w środku. To Dżamil Gembicki, który od lat oprowadza po meczecie.

– Tak, proszę ściągnąć buty, zapraszam.

Płacę 10 zł za wstęp („cegiełka”).

– Witam serdecznie w Kruszynianach, w najstarszym zachowanym drewnianym meczecie w Polsce – zaczyna opowieść mężczyzna – Nasz meczet przypomina trochę cerkwie. Proszę spojrzeć – z zewnątrz budowla może przypominać wiejski kościół lub cerkiew, ale to właśnie tu od ponad dwóch stuleci modlą się muzułmanie. Zbudowany pod koniec XVIII wieku przez Tatarów, którzy od pokoleń służyli w wojsku Rzeczypospolitej. Król Jan III Sobieski nadał im ziemie w ramach żołnierskiego żołdu, a oni założyli tu swoje osady – Kruszyniany i pobliskie Bohoniki. Dlaczego meczet przypomina cerkiew? Bo miejscowi cieśle nie mieli pojęcia, jak wygląda meczet, zbudowali go na modłę okolicznych cerkwi, jedynie – kierując się wskazówkami muzułmanów – wyposażyli świątynię w obowiązkowe elementy.

Zachowali swoją wiarę, zwyczaje, a jednocześnie wtopili się w tkankę Rzeczypospolitej – byli obywatelami, żołnierzami, rolnikami, ale też muzułmanami. Ta tożsamość przetrwała – choć dziś niewielu z nas tu mieszka na stałe, pamięć i wiara pozostały.

– Czyli islam był tu obecny przez cały ten czas?

– Nieprzerwanie. Choć liczba wiernych malała, modlitwy się odbywały, a meczet był zawsze otwarty – jeśli nie fizycznie, to duchowo. Proszę spojrzeć na wnętrze – wszystko tu ma znaczenie. Przed nami mihrab – ta wnęka wskazuje kierunek Mekki. To właśnie w jego stronę zwracamy się podczas modlitwy. Po prawej stronie znajduje się minbar – podwyższenie, z którego imam wygłasza kazanie podczas piątkowych modlitw lub świąt. W meczecie nie ma żadnych przedstawień postaci – islam zakazuje wizerunków ludzi i zwierząt w miejscach świętych. Zamiast tego mamy cytaty z Koranu zapisane w kaligrafii arabskiej – to, co widzimy nad mihrabem, to fragment szahady, czyli wyznania wiary.

To wszystko, o czym opowiada mi przewodnik, jest mi doskonale znane. Pierwszy meczet (w Stambule) w swoim życiu zobaczyłem już 25 lat temu. Od tamtego czasu odwiedziłem ich setki.

– Jak dużo was tu pozostało? – wtrącam się.

– Wieś jest zdominowana przez prawosławnych i katolików. Nas zostało tylko 8 osób, To tylko dwa domy. Ale więcej Tatarów mieszka w Białymstoku oraz w Gdańsku. Tu przyjeżdżają się modlić.

– W każdy piątek?

– No nie. Ale kilka razy w roku są tu tłumy – wyjaśnia Dżamil i ciągnie swą opowieść – Ściany pokryte są drewnem – nie ma tu przepychu. Kobiety modlą się oddzielnie – tam, za tą zasłoną. To wynika z zasad skromności i skupienia podczas modlitwy. Proszę też zauważyć dywany – ich kierunek również wskazuje Mekki. Przed wejściem do sali modlitwy zdejmujemy buty – to wyraz szacunku i symboliczne oczyszczenie przed modlitwą.

– Jasne. Byłem w wielu krajach muzułmańskich, znam zasady. Parę dni temu wróciłem z Bośni. Zauważyłem, że tu nie ma minaretu…

– Tak, tam islam rozwijał się pod wpływem Imperium Osmańskiego. Nasz islam – tatarski – przystosował się do realiów europejskich. Tu nigdy nie było minaretu. Nie było też publicznego wezwania do modlitwy. Nasi przodkowie modlili się w ciszy, często w domach, zachowując religię, ale nie narzucając jej otoczeniu. To cecha charakterystyczna polskich Tatarów – lojalność wobec państwa i szacunek dla sąsiadów, niezależnie od wyznania.

Islam opiera się na pięciu filarach. Po pierwsze – szahada, czyli wyznanie wiary. To fundament – uznanie, że nie ma boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem. Drugi filar to modlitwa pięć razy dziennie. Trzeci – jałmużna, obowiązek pomocy potrzebującym. Czwarty – post w Ramadanie, czyli powstrzymywanie się od jedzenia i picia od świtu do zmierzchu. I wreszcie piąty – pielgrzymka do Mekki, choć dla wielu to jedynie marzenie – wymagające i kosztowne.

– Ramadan to chyba trudny czas, szczególnie tu, gdy dni są długie?

– Tak, to wyzwanie. Latem post trwa nawet 18 godzin. Ale w tym trudzie jest sens – uczymy się dyscypliny, cierpliwości, ale też współczucia. Wieczorne iftary – czyli wspólne posiłki po zachodzie słońca – są momentem radości i integracji. Tu w Kruszynianach często spotykamy się w domach, ale też w meczecie. Przyjeżdżają rodziny z całej Polski – święta są okazją do spotkań. Świętujemy Eid al-Fitr – na zakończenie Ramadanu – i Eid al-Adha, czyli Święto Ofiarowania. To drugie przypomina historię Abrahama, który miał złożyć w ofierze syna, ale Bóg zesłał baranka. Dziś symbolicznie ofiarowujemy zwierzę i dzielimy się mięsem z potrzebującymi. Tak było tu zawsze – niezależnie od polityki i granic.

– To wszystko robi ogromne wrażenie…

– Dziękuję. Dla nas to nie muzeum – choć często tak jest traktowane przez turystów – to miejsce żywej pamięci i wiary. Czasem przychodzę tu sam, tylko się pomodlić lub posiedzieć. Proszę spojrzeć jeszcze na sufit – proste belki, bez ozdób. Nasza wiara ma być skromna, ale głęboka. I choć jesteśmy mniejszością, czujemy się u siebie. Islam i polskość nie muszą się wykluczać. W Kruszynianach to widać najlepiej.

Dziękuję za wizytę i żegnam się z sympatycznym przewodnikiem. Co dalej? Jak się można spodziewać, we wsi zdominowanej przez ludność prawosławną znajduje się również cerkiew prawosławna. Świadomie ją jednak odpuszczam, chciałbym, by Kruszyniany kojarzyły mi się z meczetem i polskimi Tatarami.

Zaczynam łapać stopa. Trzeci przejeżdżający samochód zatrzymuje się, a kierowcą okazuje się przewodnik z muzeum. Rozmawia się w dalszym ciągu bardzo miło. Podrzuca mnie na rondo w Krynkach. O tyle to warte wspomnienia, że rondo jest wyjątkowe za sprawą tego, że odchodzi z niego 12 ulic. Można powiedzieć, że tu w Krynkach, wszystko kręci się wokół ronda. Pośrodku znajduje się niewielki park i na tym kończą się jego atrakcje. Kieruję się do cerkwi pod wezwaniem Narodzenia NMP. To zaledwie parę kroków stąd, świątynia jest widoczna z miejsca, gdzie wysiadłem. Niestety jest zamknięta, mogę tylko obfotografować jej białą bryłę z kilkoma wieżami obchodząc wokół budynek po starannie utrzymanym ogrodzie. Wybudowana w 1864 roku w stylu eklektycznym służyła mniejszości prawosławnej. Mniejszości, bo Krynki zdominowane były przez Żydów, którzy stanowili ponoć 80% mieszkańców.

Zaglądam jeszcze do jednej z żydowskich bożnic znajdujących się w Krynkach. Synagoga Kaukaska „Beth Midrasz” przy ulicy Piłsudskiego została zbudowana w 1850 roku na potrzeby miejscowych garbarzy. Tu również modlili się mieszkańcy Kaukazu – biednej dzielnicy żydowskiej. Żydzi osiedlali się tu już w pierwszej połowie XVII w., a rozrost społeczności żydowskiej nastąpił po 1662 roku, kiedy otrzymali przywilej zbudowanie synagogi, mykwy i kirkutu. Zarastający lasem cmentarz znajduje się na północnych obrzeżach miejscowości (przy ul. Legionowej), ale nie mam specjalnej ochoty tam chodzić. Skupiam się na synagodze, przed którą stoję. Po zakończeniu wojny synagoga stała opuszczona i niszczała. W latach 50. Urządzono tu kino a później zorganizowano miejski ośrodek kultury. Źródła podają, że jest dobrze zachowana, ale widzę, że obecnie dwukondygnacyjny budynek jest obecnie odnawiany. Pod kopertowym dachem biegnie fryz i gzyms, kilka półokrągłych okien zdobi fasadę. Przez niedomknięte drzwi wchodzę do środka i nie niepokojony przez robotników zaglądam do głównego pomieszczenia. Wnętrze wygląda jak po wojnie: ściany mają skute tynki, trwa generalny remont. Zapewne znalazły się środki na finansów. Swoją drogą obserwuję, że w ostatnich latach wiele zrujnowanych synagog jest w Polsce odbudowywanych, ot choćby w „moim” Rymanowie. Tu w Krynkach znajdują się jeszcze dwie świątynie żydowskie: Wielka Synagoga "Beth Ha Kneseth" przy Garbarskiej i Synagoga chasydów ze Słonimia przy ul. Czystej.

Wybieram jedną z dróg odchodzących z ronda i po przejściu 500 metrów próbuję swojego szczęścia w autostopowaniu. Zaczynam machać i po 5 minutach już jadę dalej. Tym razem wiezie mnie młody 25-letni mężczyzna, jak się okazuje, leśniczy pracujący w nadleśnictwie Krynki.

– Spotkał pan kiedyś imigrantów w lesie? – dopytuję.

– Tak zdarzyło się raz, ale to już dawno.

– I co? Spokojnie spotkanie się skończyło?

– Tak, w gruncie rzeczy, tak. Natknąłem się na nich w lesie, to była cała grupa. Zacząłem z nimi rozmawiać normalnie, spokojnie. To byli młodzi ludzie w wieku studenckim. Okazało się, że ściga ich straż graniczna i po chwili ich faktycznie pojawili się mundurowi.

– Może obserwowali ich z dronów?

– Nie. Szli za nimi przez las po śladach. Czasem gubili go, potem odnajdywali. Oczywiście, zapakowali ich i gdzieś zawieźli.

– A żubry też pan spotyka w lesie?

– Oczywiście.

– Bo ajw włąśnie chciałbym je zobaczyć. Wiem, że jest zagroda pokazowa żubrów w Kopnej Górze.

– Ja jadę tylko do Poczopka.

– To gdzieś przed Supraślem? Bo ja właściwie chciałbym po drodze do Białegostoku zajrzeć do ośrodka z żubrami w Kopnej Górze.

– No to może pan zajrzeć do Poczopka, tam pracuję.

– A co tam jest?

– Takie centrum edukacyjne. Silvarium. Trochę taki ogród botaniczny z małym muzeum i innymi atrakcjami. Za darmo.

– Ciekawe.

– Tak że warto tam pojechać, zatrzymać się. Dużo ludzi tam przyjeżdża.

– Świetnie! Chętnie zobaczę, jeśli nadarza się okazja.

– Trzeba korzystać.

– A jak z tymi żubrami? Można w tym ośrodku w Kopnej Górze oglądać?

– No, żubry widziałem dwa dni temu właśnie w Poczopku. A najlepiej to przyjechać tu w październiku, listopadzie. Wtedy niech pan przyjedzie. Można tam zobaczyć na łące 50-80 żubrów. Tam jest taka wieża widokowa – uściśla. – Ale w tym ośrodku też można oglądać?

– Tak, tak.

Żegnam się przy wjeździe do parku w Poczopku. Kręta ścieżka prowadzi mnie w głąb lasu. Przechodzę przez Kcymaerxthaere – punkt w alternatywnej rzeczywistości stworzonej przez Eamesa Demetriosa – nieco nawiedzonego Geografa na Wolności. Zdaje się to coś dla miłośników Tokliena, Pottera i w ogóle fantasy. Znacznie ciekawsze jest to, co spotykam po chwili. W pobliżu budynków gospodarczych ustawiono niezwykłe zegary słoneczne. Jeden z nich odwzorowuje analemmę ze wskazówką, której cień należy obserwować o tej samej godzinie w ciągu roku. Jest i inny botaniczny „poromierz”, kalendarz pór roku, który polega na obserwacji przyrody – wypuszczania pędów, kwitnienia oraz owocowania – i na tej podstawie określania pór roku. Są tu miniaturowe stanowiska z torfowiskiem niskim i wysokim, a wszystko to w otoczeniu obrośniętego roślinami wodnymi strumyczka z mostkami. Bardzo interesujące jest ekspozycja przedstawiająca pnie (oraz ich przekroje) ułatwiające rozpoznawanie różnych gatunków drzew.

Parę kroków dalej znajduje się tak zwana galeria, w której na dwóch kondygnacjach zgromadzono wypchane zwierzęta w leśnej scenerii. Jest tu i wilk, i ryś, są i sarny. A także dwa olbrzymie żubry. To jest okazja do porównania wielkości zwierząt, które można spotkać na łonie natury. Żubr to jednak olbrzym, nie musi bać się innych drapieżników. Natomiast na piętrze galerii znajduje skromna kolekcja owadów: ciem, motyli i chrząszczy z naciskiem na te owady, które są szkodnikami lasu. W sumie – całkiem interesujące zbiory. Wykręcam w stronę jeziorka z Wyspą Łabędzią. W pobliżu znajduje się grupa zwiezionych z okolic kamieni narzutowych. Nazwano to szumnie Parkiem Megalitów, a nawet kilka ustawiono tak, by stworzyć dolmen. W drodze do głównej szosy natykam się jeszcze na trzy krzyże, jak sądzę, również przywiezione z okolic. Między innymi jest tu interesująca kapliczka kłodowa wykonana z grubego ociosanego pnia drzewa z wyrżniętą miniaturową wnęką.

Staję na stopie. Początkowo nikt się nie zatrzymuje, samochody przylatują dużą prędkością, ale liczę na kogoś wyjeżdżającego z parku Silvarium. W ciągu kwadransa łapię okazję. W dalszą drogę do ośrodka hodowli żubrów zabiera mnie czterdziestolatek.

– Mamy agroturystykę. Potem dam panu wizytówki – mężczyzna zaczyna ubijać swój interes.

Także i on jest sympatyczny. Okazuje się być obywatelem polskim, ale narodowości białoruskiej. Rozmawiamy o regionie. Porzuca mnie pod samą bramę ośrodka w Kopnej Górze, biorę wizytówki i dziękuję za podwózkę.

Wejście na teren pokazowej zagrody jest bezpłatne, dla wygody przyjezdnych gości urządzono tu nie tylko parking ale i toalety. Widzę powracającą z obserwacji starszą parę.

– Zobaczę chociaż kawałek żubra? – pytam z uśmiechem na twarzy mężczyznę trzymającego w ręku aparat z dużym teleobiektywem.

– Tak, są tam. Zaraz panu pokażę, gdzie.

Podchodzi do planu ośrodka, wskazuje mi miejsca, w których widział zwierzęta.

– To było 5 żubrów, a po drugiej stronie jeszcze dwa. Z wieży widokowej niewiele widać, las zasłania widok.

– Domyślam się, że zimą jest dużo lepiej. A zdjęcia udane?

– Tak. My tu jesteśmy już kolejny raz, tak że...

– …że odwiedzacie swoich znajomych – dopowiadam.

Śmiejemy się.

– Do widzenia.

– Do widzenia, powodzenia.

Teren, na którym znajdują się żubry, jest oddzielony od drogi, po której idę, podwójną stalową zaporą, do konstrukcji której użyto kilkucentymetrowych belek. Wyższy płot ma wysokość dwa metry, a dodatkowo, dla odstraszenia zwierząt, zainstalowano elektrycznego pastucha. Mogłoby się wydawać, że to przesadne środki bezpieczeństwa, jednakże, zważywszy na 700-900 kilogramów żywej wagi u dorodnych samców, które rozjuszone, w okresie rui mogłyby napierać na płot, to taka ochrona wydaje się uzasadniona.

No dobrze, ale gdzie są te żubry? Wchodzę na tak zwaną mniejszą wieżę widokową, Stąd faktycznie niewiele widać. Po przejściu kilkuset metrów przez las dochodzę do odkrytej przestrzeni i tu dostrzegam te przepiękne zwierzęta. Są jakieś 200 metrów ode mnie, ale z niewiadomych powodów kolejno podchodzą w moim kierunku i ostatecznie mogę je fotografować z odległości trzech metrów. Skubią trawę to kilku kilka rzeczy do dwóch chyba wielkich samców czy samice i jedno ciele. Poruszają się powoli można powiedzieć dostojnie czasem potrafią się poskrobią się tylną racicą po boku systematycznie powoli wyrywają Kępki trawy a odgłos chrupania rozlega się daleko wokół. Być może większą satysfakcję miałbym inne spotkania z podglądania żubrów w puszczy na niekontrolowanym nieogrodzonym terenie, ale jestem i tak zadowolony. Bardzo dawno temu oglądałem żubry w Puszczy Niepołomickiej. Niewiele pamiętam z tamtej wycieczki rowerowej, teraz z przyjemnością spotkałem się z tymi najpotężniejszymi polskimi ssakami.

Wychodząc z ośrodka jeszcze nieco się odświeżam i skręcam do miejscowego arboretum. Nie spodziewam się tam jakiś cudów, to raczej las edukacyjny dla dziatwy szkolnej dziatwy szkolnej. Dróżka idąca w głąb lasku upstrzona jest tabliczkami z napisami "Kolekcja sosen”, „Kolekcja jałowców”, „Kolekcja rododendronów” i tak dalej. Na próbę biorę jałowce. No cóż: kolekcja może jest urozmaicona, ale eksponaty nie robią zbytniego wrażenia. Miejsce z pewnością jest interesujące dla kogoś kto pasjonuje się lasem drzewami. Po obejrzeniu ja i tak wiem że nauczył się tu rozpoznawać a nie odróżniać poszczególnych odmian i gatunków drzew. A są wśród nich i tutaj nazwy jakieś...

Teraz czas na Supraśl. Zanim zacznę machać, by złapać kolejną okazję, sprawdzam w słowniku, czy miasto jest rodzaju męskiego czy żeńskiego, nie chcąc popełnić gafy. Internet podpowiada, że mam jechać do Supraśla (a nie Supraśli, może zapamiętam**/).

Zatrzymuje się 45-letnia kobieta, bardzo sympatyczna i gadatliwa. Mówi, że jedzie z Sokółki. Opowiadam jej o swojej trasie, o tym, co widziałem do tej pory.

– Polecam meczet w Bohonikach – mówi kobieta. – Przejeżdżałam właśnie dziś koło niego. A pan skąd?

– Z Krakowa.

– Ja w Krakowie mieszkałam 5 lat.

– Na studiach?

– Tak. Wcześniej mieszkałam w Krynkach, a teraz...

– ...we Wrocławiu – uzupełniam, pamiętając rejestrację samochodu.

Notabene, zdaje się, że najłatwiej liczyć na podwózkę przez turystów z innych regionów (chociaż nie jest to regułą). Pani wypytuje mnie, czym się zajmuję, przyjemnie się rozmawia.

– Może się jeszcze kiedyś spotkamy – stwierdza na koniec.

– Całkiem możliwe. Spotykam czasem ludzi, kiedyś poznałem kiedyś w czasie podróży…

– No właśnie. Albo gdzieś się spotkamy w Krakowie, a może we Wrocławiu.

Mam wrażenie, że spodobałem się jej. No, ale sorry.

Wysadza mnie na wprost supraskiego soboru. Żegnamy się.

– Było bardzo miło, dziękuję uprzejmie, do widzenia.

Od razu powiem, że zespół klasztorny podoba mi się od pierwszego wejrzenia. Prezentuje się fantastycznie na tle błękitnego nieba z białymi murami i okazałą bramą wejściową, za którymi widoczne jest ceglany budynek świątyni z wieloma wieżami i wieżyczkami.

Gdy podchodzę do bramy, natykam się znów na dużą wycieczkę, która oczekuje na godzinę 14:30, kiedy po przerwie otwierany jest klasztor. Zwiedzenie, jak się zorientowałem, odbywa się z przewodnikiem. Nie wiem, czy wstęp jest płatny, czy aby nie trzeba rezerwować wizyty, umawiać się. Po prostu podłączam się do grupy. Ktoś otwiera bramę prowadzącą na klasztorny dziedziniec. Ukazuje się nam wysoki czerwony budynek cerkwi, w górnych partiach otynkowany na biało i z dachem pokrytym czarną blachą.

– Będziemy zwiedzać dwie cerkwie – mówi zakonnik. – Możecie robić zdjęcia kręcić filmy, proszę tylko nie używać lamp błyskowych i nie wchodzić za ikonostas. Najpierw kierujemy się do Cerkwi Zwiastowania NMP, potem przejdziemy do Cerkwi Św. Jana Teologa – mężczyzna wskazuje niższy budynek po lewej stronie.

Wchodzimy do środka. Słońce wpada przez wysokie okna, kładąc smugi światła na złoconych ikonach. Grupa turystów milknie, spoglądając z zachwytem wokół. Młody zakonnik, w ciemnobrązowym habicie, o pogodnej twarzy i spokojnym głosie, staje przed nami i zaczyna mówić.

Opowieść zakonnika jest również podobnie interesująca jak Tatara z Kruszynian. Mówi o życiu zakonników, o historii tego miejsca, omawia elementy cerkwi.

– Witam serdecznie w sercu naszego monasteru – w Cerkwi Zwiastowania Najświętszej Bogurodzicy. Choć to, co widzicie dzisiaj, to rekonstrukcja – bo oryginalna cerkiew została zniszczona przez Niemców w 1944 roku – to jednak duch tego miejsca przetrwał. Każda cegła opowiada tu historię modlitwy, walki i nadziei.

Zastanawiam się, ile razy w życiu oglądałem zrekonstruowane od podstaw zabytki.

– Monaster został założony w 1498 roku przez księcia Aleksandra Chodkiewicza i mnicha Józefa Sołtana. Już wtedy wiedziano, że miejsce to ma w sobie coś szczególnego — ciszę, która nie jest pusta, ale pełna obecności. Gdy Supraśl znalazł się pod zaborem rosyjskim, w 1824, klasztor został przejęty przez Rosyjski Kościół Prawosławny. Męski monaster funkcjonował do 1915, gdy mnisi przyłączyli się do bieżeńców.

Bieżeńców? – ktoś cicho pyta.

– Gdy wiosną 1916 roku Niemcy zaczęli napierać na froncie wschodnim, w zachodnich guberniach Imperium Rosyjskiego zaczęła się panika podsycana przez rosyjskie władze. Gubernię grodzieńską opuściło 800 tysięcy mieszkańców, w tym urzędników, kolejarzy, lekarzy, by znaleźć schronienie w głębi Rosji. Bieżeństwo pochłonęło masę ludzkich istnień głównie wśród Białorusinów i Rusinów.

„No, cóż” – myślę sobie. – „Trzeba było nie zabierać polskich ziem”. W okresie międzywojennym monaster został przekazany Kościołowi rzymskokatolickiemu zaś po odbudowie ze zgliszczy, w latach 90. zeszłego wieku – oddany Polskiemu Autokefalicznemu Kościołowi Prawosławnemu.

– Spójrzcie na ten ikonostas – kontynuuje zakonnik. – Zwróćcie uwagę na centralne wrota, to tak zwane Carskie Wrota. Tylko kapłan może przez nie przechodzić podczas liturgii, a za nimi znajduje się ołtarz, miejsce najświętsze. Tu wschodnia tradycja wciąż tętni życiem.

Powietrze przesycone jest zapachem płonących świec i kadzidła.

– To kadzidło, zapach modlitwy. – nasz przewodnik uśmiecha się lekko, widząc turystki wdychające delikatną smużkę. – Zawsze mówimy, że kadzidło to dym, który niesie nasze modlitwy ku niebu.

Cerkiew bardzo mi się podoba, z przyjemnością oglądam różne sceny religijne i rodzajowe namalowane na ścianach. Najciekawsze są te w kruchcie, przedstawiają sceny piekielne i cały szereg siedmiogłowych smoków. Niektóre ze smoków mają gadzią łuskę, inne są opierzone lub pokryte sierścią. Rogate kozie głowy nie sprawiają jednak wrażenia groźnych. Przynajmniej w stosunku do tych gadzich łbów. Ale nawet i wtedy takiego ziejącego ogniem potwora można oswoić, o czym świadczy wizerunek pięknej królowej dosiadającej siedmiogłowego rumaka.

Po drugiej stronie przedsionka umieszczono sceny dla grzecznych dzieci – grupki aniołów i anielic fruwają nad pobożnymi wiernymi, którzy bądź leżą pokotem, bądź właśnie zostali wskrzeszeni i, nieco demolując nagrobki, udają się przed oblicze Boga.

W głównej nawie malunków na ścianie nie jest mniej. Pokrywają zarówno sufit, jak i kolumny i ściany. Tu z kolei dominują święci i patriarchowie. Najbardziej podoba mi się postać świętego Onufrego z brodą zwisającą do ziemi.

Chociaż mam świadomość, że całe wyposażenie jest w miarę nowe, nie ma więcej niż 100 lat, to jednak mnogość zgromadzonych ikon, barwne malunki na ścianach, srebrne kadzielnice zwisające z sufitu, rozstawione przed ikonostasem analogiony, ustawiony na klirosie dzwon z inskrypcją zapisaną cyrylicą, dziesiątki palących się świeczek – to wszystko nadaje chramowi niepowtarzalny nastrój.

Przechodzimy do Cerkwi Świętego Jana Teologa, nieco mniejszej, ale pełnej ciepła. I tu ściany pokryte są malowidłami, na których widać starotestamentowe sceny.

– To miejsce było kiedyś refektarzem – jadalnią mnichów – a dziś jest miejscem modlitwy. Święty Jan Teolog to patron kontemplacji i głębokiego poznania Boga, dlatego wybraliśmy go na opiekuna tej części klasztoru.

Wskazuje na fresk przedstawiający Chrystusa Pantokratora.

– Zobaczcie, jak oczy Chrystusa patrzą wprost na was, ale jednocześnie jakby przenikały duszę. To cel ikon – nie tylko ozdabiać, ale prowadzić. One nie są obrazami w naszym rozumieniu – są oknami do wieczności. Życie mnicha to nie ucieczka od świata, ale droga w głąb – modlitwa, cisza, wspólnota. Dzień zaczynamy o czwartej rano – od jutrzni. Potem praca – czy to w ogrodzie, czy w bibliotece, czy w ikonografii. Każda czynność ma znaczenie, bo każda może być modlitwą.

Turyści słuchają w skupieniu, niektórzy robią zdjęcia, inni patrzą z zadumą. Cicho dźwięczy dzwonek – jakby echo modlitwy sprzed stuleci.

– A na koniec dnia – wieczernia. Cisza. Noc. I tylko światła oliwnych lamp w cerkwi, jak małe gwiazdy... I wtedy łatwiej zrozumieć, że tu, w Supraślu, czas płynie inaczej. Nie do przodu – ale w głąb.

Wychodząc z cerkwi słyszę rozlegające się bicie dzwonów, jakby wzywających kolejną grupę do wejścia. Później, stojąc nad niewielkim stawem, delektuję się piękną panoramą monasteru.

Kieruję się teraz do centrum miasta, po drodze zaglądam do tężni solnej, ale nie za bardzo czuję tam zapach soli. Idąc ulicą 3 Maja i, patrząc na parterową drewnianą zabudowę, ugruntowuję swą opinię o prowincjonalnym charakterze 4-tysięcznego miasteczka. I gdy już myślę, że nic ciekawego tu zobaczę, trafiam na okazały Pałac Buchholtzów. Rezydencja niemieckiej rodziny fabrykanckiej została zbudowana na przełomie XIX i XX wieku w stylu eklektycznym z licznymi secesyjnymi elementami. Czterokolumnowy portyk z dwoma „diabelskimi” atlasami podtrzymuje balkon, nad którym góruje szczyt z blendą okienną ujętą w parę pilastrów i wolut. Ponad drugą kondygnacją biegnie ozdobny fryz, a wyżej znajduje się mansardowy dach kryty miedzianą blachą. Budynek otynkowany jest na biało, znajduje się w starannie utrzymanym ogrodzie z marmurowym kobiecym posągiem i gazonem, całość więc wygląda elegancko i dostojnie. Obecnie mieści się tu Liceum Sztuk Plastycznych. Od razu powiem: gdybym był licealistą, chętnie bym się tu uczył. Sam chodziłem do ponadstuletniego liceum im. Sobieskiego w Krakowie i chociaż budynek „Sobka” nie jest tak piękny, to potrafiłem docenić wyjątkową atmosferę tego miejsca.

I to tyle Supraśla. Do Białegostoku jest około 20 km, ale zostałem uprzedzony, że jest tu już komunikacja podmiejska. Miejscowe dziewczę wskazuje mi przystanek autobusowy i dodaje:

– Bilet kosztuje tylko 6 zł.

Nie wiem czy autobusy często kursują, W każdym razie po kilku minutach podjeżdża N6. Pół godziny później jestem już w Białymstoku.

Wieczorem w kuchni przy kolacji rozmawiam z sympatyczną rzeszowianką. Przyjechała tu na parę dni, zwiedza okolice, dziś była w Tykocinie.

– Bardzo mi się tam podobało. – opowiada – Przewodnik mówi, że jeszcze parę lat temu była to totalna ruina. A teraz jest pięknie odbudowany.

– To podobnie jak Pałac Branickich, też był całkowicie zniszczony w czasie II wojny światowej.

Miło się rozmawia, ale czas już iść do spania. To był udany dzień.

______________________________

*/ Wikipedia i inne źródła w sieci podają, że cerkiew ma 6 kopuł. To bzdura wynikająca z nieumiejętności odróżnienia hełmu od kopuły.

**/ Można natomiast spędzić czas nad rzeką Supraślą.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej