Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23-24]
Plażowania ciąg dalszy | Chłodzimy się w centrum handlowym | Nerwy na lotnisku
Śniadanie faktycznie jest bardziej niż skromne: cienki omlet z miniaturową porcją dżemu oraz dwie grzanki do kawy. Trudno. Mając trochę czasu przed odlotem, idziemy znów na plażę. Pogoda jest fantastyczna i być może fajnie by było spędzić tutaj więcej wakacji. No cóż, zachciało się nam Australii! Zjadamy na plaży obiad zawinięty w kawałek papieru pakowego. Ryż w kształcie robaków Robakowo listopodobny listopadowy makaron z warzywami i jajkiem (10 000 IDR). Koło godziny 15:00 zbieramy się.
– Trzeba byłoby zrobić jakieś zakupy.
– Ja bym kupiła jakąś pamiątkę.
W nieodległym markecie kupujemy kawę ... A z tej chwili dodatkowo olejek cytrynowy Ja z kolei wypatrzyłem owoce wężowe i długo zastanawiam się czy je zjeść.
– Przecież go nie zawieziesz do Polski – upomina mnie Cecile. – Zjedz.
Ano. Trzeba zjeść owoce – przecież do Australii ich nie wwieziemy.
Skórka owocu salaka wężowego (Salacca zalacca) jest twarda niczym u fistaszków, ma łuskowatą fakturę i brązową kolor. W dotyku i z wyglądu przypomina skórę węża, a w środku kremowy miąższ o słodko-kwaśnym smaku, przypominającym mieszankę jabłka, ananasa i gruszki, z chrupiącą konsystencją.
Spędzamy jeszcze trochę czasu w pełnym uroku zielonym atrium.
Czas przetransferować się na lotnisko. Ku naszemu zaskoczeniu taksówki, które jeszcze wczoraj występowały na ulicy w olbrzymich ilościach, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle zniknęły. Idziemy w kierunku drogi do lotniska machając ręką na z rzadka przejeżdżające samochody oznakowane jako taxi. Dopiero po dłuższej chwili ktoś się zatrzymuje (50 000 IDR). Nasz samolot do Sydney odlatuje o 22:35, mamy sporo czasu.