Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Darjeeling - Siliguri - Kakarvitta

sobota, 17 III 2007


Moje Himalaje (z daleka) |W lamajskim klasztorze |Spacer z aparatem po Darjeelingu |Welcome to Nepal


Darjeeling: wschód słońca pod Kanczendżongą

Chłodny poranek w Darjeelingu. Właściwie jest noc, przecież to 4.30. Przy kawie, w telewizji oglądamy wiadomości z Kalkuty i Zachodniego Bengalu: demonstracje i spalone autobusy. O godzinie 5.00, wraz z nepalską rodziną i czwórką Hiszpanów jedziemy na Tiger Hill. Górka ma 2590 m n.p.m., lecz w skali tutejszych gór w zasługuje ledwie na swe określenie "wzgórze". Dojeżdżając na miejsce przeciskamy się między setką innych dżipów. Ho, ho, kto by się spodziewał, że to takie popularne miejsce do wypadów o świcie. Trzeba jeszcze zapłacić za wstęp na szczyt i już mieszamy się z rozgorączkowanym - choć zmarzniętym - tłumem. Zostało jeszcze trochę czasu do pojawienia się słońca, turyści przygotowują swe teleobiektywy i zwykłe kompakty. Starsze Nepalki kręcą się z termosami i zachęcają: "Czai, czai!, kofi, kofi! " Przed nami - jak okiem sięgnąć - Himalaje. Jeszcze szare, uśpione, ciche... Ale oto wychyla się pomarańczowa tarcza słońca, oświetla zbocza potężnej Kanczendzongi (8586 m n.p.m.). Zewsząd słychać okrzyki zachwytów i trzaski migawek. Choć od tej wspaniałej góry leżącej na granicy nepalsko-sikkimskiej dzieli nas kilkadziesiąt kilometrów, to przejrzystość powietrza sprawia, że góra wydaje się być tuż tuż. Darjeeling: klasztory lamajskie
W kilka chwil później pojawiają się różowo-niebieskie refleksy na zboczach Makalu (8475 m n.p.m.), Lhotse (8501 m n.p.m.) i odległego o, bagatela, 198 kilometrów Mt. Everestu (8848 m n.p.m.). Hanka wypytuje innych o nazwy szczytów, ja spokojnie wszystko uwieczniam w zakamarkach karty flash.

Trzeba przyznać, że to naprawdę duża przyjemność ujrzeć Himalaje. Co prawda, są w sporej odległości, jednak sama świadomość, że się widziało najwyższe góry świata jest bardzo miła. Liczę na to, że w Nepalu będzie nam dane zbliżyć się do tych szczytów jeszcze bardziej. Przypomniał mi się obraz Roericha "Kanczendżonga". Gdy pomyślę sobie, że ten mój ulubiony przedstawiciel "Mira iskusstwa" siedział gdzieś w pobliżu 80 lat temu i malował swe piękne obrazy - robi mi się miękko na sercu. Stojąc przed jego obrazem w Galerii Tretiakowskiej (w 2003 roku), doprawdy nie spodziewałem się, że tak szybko zobaczę te widoki! Marzenia się spełniają czasem :-) Darjeeling: Yogachoeling Gompa

Dżip już czeka. Wracamy do Darjeelingu i zatrzymujemy się pod lamajskim klasztorem Ghoom zwanym też świątynią Yogachoeling Gompa. To moje kolejne zetknięcie z buddyzmem tybetańskim - pierwsze było w Mongolii, drugie - dwa lata temu w Chinach. Ta świątynia na pierwszy rzut oka niewiele się różni od tamtych. Ten sam Budda Maitreya, podobnie malowane Tary, kolorowe frędzle, pięciobarwne flagi. Obchodzimy wnętrze wokół, w przedsionku kręcimy dużym młynkiem modlitewnym i to właściwie tyle... Aha, no tak nie zdążyłem się przyjrzeć samemu budynkowi świątyni, ale teraz widzę, że to nic nadzwyczajnego. Za to panorama gór - ho ho ho!

Podjeżdżamy jeszcze do innego punktu widokowego, znajduje się tu jakiś pomnik, zdaje się nikogo on nie interesuje. Hanka kupuje trzy czerwone wełniane czapeczki dla dzieci i ogląda Kanczendzongę przez lunetę (20 INR).

W hotelu zrzucamy trochę ciepłych ciuchów i idziemy na spacer po mieście. Kwitnące rododendrony i inne drzewa owocowe są najpiękniejszym akcentem Darjeelingu. Oczywiście są tu Nepalczycy i Tybetańczycy, i przedstawiciele innych mniejszości narodowych (Lepcha, Bhutia, Limbu, Rai, Yamloo, Damai, Kamai, Newarów i Szerpów) wyraźnie odróżniających się od Indusów. Darjeeling: rododendrony
Złoszczę się. Łażę z aparatem za Nepalczykami przez godzinę i nie jestem w stanie zrobić dobrych portretów. Wszystko przez to ostre słońce, które daje tak duże kontrasty. Poza tym oni jakoś nie lubią widoku obiektywu... Bardziej wdzięczne i cierpliwe są himalajskie zbocza udekorowane rododendronami.

Około południa opuszczamy Darjeeling. Umawiam dżipa za 80 INR od osoby, jedziemy w nieco mniejszym tłoku. Ładna pogoda sprawia, że 2.5-godzinna droga wśród bujnej przyrody, plantacji herbaty i powiewających na wietrze kolorowych chorągiewek jest przyjemnością.

Kolejny etap drogi w kierunku Nepalu pokonujemy równie łatwo. Główną ulicą w Siliguri co chwilę jedzie autobus do Panitanki - granicznej miejscowości. Tam przesiadka na rikszę (5 minut, 10 INR) i jesteśmy na posterunku indyjskim. Jest kilku białasów i, niestety, 30-osobowa grupa młodych mężczyzn z Bangladeszu. Jadą do Nepalu niby turystycznie, lecz wcale bym się nie zdziwił widząc ich za kilka dni pracujących w polu lub zmywających miski w kathmandzkiej restauracji. Indyjski urzędnik jest zasadniczy, skrupulatnie pilnuje kolejności podawanych mu paszportów. Dopiero interwencja Hanki radykalnie skraca nasz pobyt w Indiach ;-) Kolejną rikszą (10 min, 10 INR) jedziemy przez długi most do Kakarvitty. Zdjęcie, formularz, 30 USD i jesteśmy w Nepalu. Na dobrą sprawę moglibyśmy dostać zniżkę za dobrowolne poddanie się procedurze imigracyjnej - tu praktycznie nie ma kontroli granicznej. Darjeeling: ojciec z dziećmi
W bankowym kantorze wymieniam 50 USD na 3450 NPR (rupii nepalskich) i zaczynam szukać hotelu w miasteczku. A z tym jest rzeczywiście kłopot. Hanka zażyczyła sobie bowiem pokoju z ciepłą wodą. No, rozumiem, raz na tydzień można chcieć luksusów ;-) Oblatuję chyba z dziesięć hoteli, ceny umiarkowane 200-300 NPR. Ciepła woda jest tylko w dwóch hotelach, wybieram pokój za 400 NPR. Autobusów do Kathmandu jest sporo, od biedy moglibyśmy wsiąść do stojącego na placu autobusu już dziś i jechać przez noc do stolicy. Zasłużyliśmy jednak na odpoczynek, pojedziemy o 5.30 (bilet 670 NPR).

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej