Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]


Quba – Xinaliq

niedziela, 25 IX 2011


Świadectwa historii | Organizuję przejazd w góry | W dolinie Qudiyalcay | Mój g.... apartament | W kamiennej wiosce | Trek we mgle | Zimny wieczór


Wstaję koło szóstej i, starając się nie budzić domowników, pakuję się. Gospodarz śpi w ubraniu na kanapie w pokoju przechodnim. Sądząc po stanie, w jakim się znajduje, myślę, że i huk armaty by go nie ruszył. Kobiecina natomiast już krząta się po kuchni, przygotowuje mi czaj. Zjadam szybkie śniadanie, żegnam się z Lezginką i, odprowadzany do drzwi tęsknym wzrokiem, opuszczam to dziwne miejsce.
Transferuję się na dworzec autobusowy. Marszrutki do Quby są, a jakże. Cztery manaty, za chwilę odjeżdżamy. Opuszczam Baku bez większego żalu. Nie zachwyciło mnie specjalnie. Owszem, podobało mi się stare miasto i nowoczesna architektura, ale szału nie było. Po przekroczeniu granic miasta kierujemy się na północny-zachód. Do Quby (wymawianej: Guba) jest około 160 kilometrów.
Po drodze mijamy instalacje petrochemiczne, kominy, wieże i zbiorniki. Wszystko pordzewiałe i zdewastowane. Wygląda to tak, jakby przemysł Azerbejdżanu zakończył swój żywot wraz z rozpadem ZSRR. A przecież było to tak dawno... Wczoraj prezydent Alijew przemawiał w telewizji z okazji 20-lecia odzyskania niepodległości. I było to wystąpienie pełne dumy z powodu osiągnięć. Świadectwem epoki, która odeszła, są przygnębiające widoki ziłów i gazów leżących na złomowisku. Dalsza droga jest przyjemniejsza, lecz monotonna: po prawej towarzyszy nam linia kolejowa i Morze Kaspijskie. W odległości stu metrów po lewej też pociągnięta jest linia kolejowa z nieskończenie długimi rzędami wagonów towarowych. Trzy kilometry za nimi znajduje się pasmo bezleśnych gór. Trochę przysypiam, trochę uzupełniam notatki; później rozmawiam z pasażerami.
Ja choczu pojechat’ w Xinaliq...
Tiebia nada jechat’ w Qubu i dalsze na maszinie.
Maszyny tam budut a marszrutki toże?
Da, marszrutki toże...
Czyżby sytuacja z transportem aż tak się poprawiła po zbudowaniu nowej drogi w 2006 roku? Zobaczymy.
– Skąd jesteś? Turysta? Ile dni tu już jesteś? Na jak długo przyjechałeś? A potem, gdzie jedziesz? Azerowie chcą wiedzieć wszystko.
– Podoba ci się Azerbejdżan?
– No, jasne. Bardzo mi się to podoba – odpowiadam.
Bo to prawda. Wszakże nie zachwycił mnie jeszcze, ale krajobrazy i ludzie są ok. Wszystko idzie dobrze. Jak dotąd. 😉
W miejscowości Gilazi odchodzi w lewo droga do Khizi (Xızı). Jadąc nią, na 15 kilometrze dotarłbym do bajecznych gór Şəkər əsası dağları, trafnie nazwanych po angielsku Candy Cane Mountains z racji pasiastych, czerwono-białych warstw. Niestety, nie wszędzie dam radę dojechać, a szkoda. Z perspektywy czasu żałuję, że przed wyjazdem do Chin, nie słyszałem o Tęczowych Górach koło Xining*/.
Im bliżej Quby, tym więcej lasów. Region słynie z wyrobu dywanów i obfituje w sady owocowe.

Po trzech godzinach jazdy jesteśmy na miejscu. W mieście są dwa interesujące meczety, może oglądnę je w powrotnej drodze, dziś priorytetem jest dostać się do Xinaliq.
Kuda jediosz? – pyta mnie facet wyglądający na taksówkarza.
Rozmowa jest krótka. Sorry, za 40 manatów, które chce ode mnie – nie pojadę. Ludzie podpowiadają mi, że masziny stoją za bazarem. Na razie idą rozeznać miejscowy rynek. Na pierwszym planie stoiska "ze wszystkim", dalej ryby, sery i owoce. W drugim szeregu sprzedawcy ziarna, mąki, grochu i słoików z miodem. Dziękuję, nie trzeba. Kupuję pomidory i chleb. Fotografuję dwudziestocentymetrowe kostki sera i spełniam życzenia sprzedawców, dołączając ich do mojej fotogalerii. Na przybazarowej ulicy stoją łaziki. Wezmą mnie do Xinaliq bez problemu, jasne.
Tol’ko ja odin, poka – robię smutną minę.
Łazi za mną facet, proponując transport za 10 manatów. Okazuje się, że ma już dwóch innych chętnych Azerów. Ja byłbym trzeci.
10 manatow dorogo, budu żdat’ czetwertogo – mówię.
Raznica wsego 2 manata! – tłumaczy kierowca.
Może dla ciebie żadna różnica, myślę sobie, ale ja wolę za 8.
U mienia mnogo wremeni – wzruszam ramionami.
Kierowca ustępuje, jadę za 8. Wsiadamy do wypasionej bryki mitsubishi pajero. Chłopcy 25- i 20-latek byli w górach jakiś czas, teraz tylko wracają po rzeczy. Są sympatyczni, ale młodszy już z pokolenia bez kontaktu z rosyjskim w szkole. Początkowo jedziemy przez podmiejski las. O tyle ciekawy, że pozbawiony całkowicie poszycia, za to z rozstawionymi altankami i knajpkami. Zapewne miejsce weekendowych wypadów mieszkańców Quby. Wkrótce kończy się świeży asfalt, droga staje się bardziej górska. Pogoda się popsuła, nad górami mgła i chmury. Dolina, w którą skręciliśmy, ma pionowe wapienne skały na przeciwległym brzegu potoku. Po serii zakrętów zwęża się jeszcze bardziej. Przekraczamy przełęcz, kolejna dolina, znów w górę i w dół, i znów pod górę. Niepostrzeżenie nabieramy wysokości. Opuściliśmy już pasmo nadmorskich wzniesień, jedziemy serpentynami po zboczu. Dolina po prawej jest szeroka i głęboka, lasów już tu nie ma, za to skały są bajecznie kolorowe, niczym w Atlasie. Nie mogę się powstrzymać i trzaskam zdjęcia to z prawej to z lewej strony dżipa.

Czas biegnie, droga dłuży się. Na szczęście wyjrzało słońce, a błękitne niebo dodało kolorytu krajobrazowi. Po drugiej stronie doliny widzę jakąś osadę na zboczu. Nie jest to Xinaliq – inaczej go zapamiętałem na zdjęciach zamieszczonych w sieci. Przekraczamy most na Qudiyalcay, później przejeżdżamy obok Bostankes. Za kolejnym grzbietem zjeżdżamy na dobre do szerokiej doliny rzeki Qudiyalchay. Nowa droga poprowadzona po zboczu na lewym brzegu rzeki, która tworzy dziesiątki koryt i odnóg, częściowo tylko wypełnionych wodą o tej porze roku. Podobne widoki na wpół wyschniętych rozlewisk rzek pamiętam z Nepalu. Warkocze wody lśnią w słońcu nisko zawieszonym nad górami. Widok jest zachwycający.
***
Przypomina mi się dyskusja na temat fotografowania z pewną osobą uważającą się za znawczynię. "Nie można robić setek zdjęć, to bez sensu. Trzeba poczekać na dobre światło, ustawić lustrzankę na statywie, a nie tak na łapu-capu"– mówiła kobieta o duszy artystki.
***
Ależ się cieszę, że tędy jadę. W takich momentach łatwiej zapominam o przepłaconych (czasem) cenach za przyjemności. Asfalt jest wąski, tyle, co na jedną ciężarówkę. Mijające się samochody muszą zjeżdżać na osuwające się pobocze. Na szczęście ruch jest bardzo mały. Do czasu! Za kolejnym zakrętem droga jest całkowicie zatarasowana. Na wprost naszego mitsubishi stanęła setka owiec. Stado zajęło całą drogę, rozlało się na pobocza. Pomiędzy owcami dostrzegam kilka czarnych kozłów z powyginanymi rogami. Dwóch pasterzy z wątłymi patykami w dłoniach próbuje przegnać zwierzęta obok samochodu. Trwa to dobre 15 minut, nim możemy ruszyć w dalszą drogę. W Xinaliq jesteśmy o 15:00. Zatrzymujemy się na krzyżówce u podnóża wzgórza, na którym tak malowniczo wyrasta wioska.
– Mogę ci załatwić hotel – mówi kierowca.
– Nie, dziękuję, poszukam sobie na miejscu – odpowiadam.
– Mam nocleg za 20 manatów...
– Nie, dziękuję, za drogo.
– Bez jedzenia jest za 10 manatów – facet nie ustępuje.
– Nie, dziękuję.
– To za ile chcesz nocować? W twojej książce napisali, ile kosztuje nocleg. To cenę znasz – kierowca jest wyraźnie rozgoryczony, że nie udało mu się złapać klienta.

Żegnamy się i ruszam drogą w stronę wsi. Pytam pastucha spędzającego owce z gór, gdzie by tu można było zanocować. Prowadzi mnie do gospodarstwa otoczonego kupą gówna. Precyzyjnie ujmując: wususzone krowie placki tworzą tutaj mury wokół domów. Wchodzę więc przez gównianą bramę na podwórze. Dom, jakich tu wiele: kamienny, częściowo otynkowany. Zjawia się 40-letnia kobieta, zapewne gospodyni.
Zdrawstwujte!
Salam viridaz! – odpowiada po lezginsku.
Komnata u was jest? – pytam.
Kobieta z zaciekawieniem mi się przygląda. Najwyraźniej nie rozumie po rosyjsku. Przechodzę na język migowy.
Ja – pukam się w pierś – choczu spat’ – przykładam złożone dłonie do głowy.
Lezginka kiwa głową.
Dwa dnia – pokazuję dwa palce i wodzę nimi za bladym słońcem. Skol’ko manatow? – pocieram kciuk palcem.
Kobieta rozcapierza dwie dłonie. Ok, może być. Co prawda nie wiem, czy tyle chce za jedną czy za dwie noce, ale miejscówka mi się podoba.
Gospodyni prowadzi mnie do środka. Ściągam naturalnie buty przed wejściem do pokoju, w którym mam spać. Siedzi tu dwójka dzieciaków przy laptopie. Muszę przyznać, że te kontrasty robią wrażenie. Komórki i laptopy z jednej strony, opalanie krowimi plackami i brak bieżącej wody – z drugiej strony. Pokoik wyścielony jest kilkoma wzorzystymi dywanami, w głębi dwa wysokie łóżka załadowane kolorowymi poduszkami i kołdrami pod sufit. W drugim kącie drewniana malowana skrzynia z kłódką i napisem "Tobun Mubarok". Na skrzyni, jak w każdym porządnym domu, Koran na drewnianym stojaku. Z sufitu zwisa nieosłonięta, naga żarówka. Moje posłanie jest na sienniku rozłożonym na podłodze. Zwijam niepotrzebną mi barwną pościel – wolę puchowy śpiwór. Tu w górach noce są zimne!
W pokoju obok bawi się trójka dzieciaków w wieku 3 do 5 lat. Są roześmiane i zaciekawione obecnością gościa. Ubrane w kolorowe wełniane sweterki chodzą po domu – tak jak ja – w skarpetach. Chciałbym dowiedzieć się więcej o możliwości umycia się i transporcie powrotnym, ale zarówno gospodyni jak i jej córka Chanida praktycznie nie mówią po rosyjsku. Odpuszczam dalszą rozmowę na migi i na razie idę zwiedzać wioskę.

Wioska, wybudowana na wzgórzu, obecnie rozrosła się, nowe, brzydkie budynki powstały u jego stóp i w otaczających dolinach. Domy na wzgórzu wciąż pozostają kamienne, przypominają te z Kazbegów w Gruzji. I tu widać biedę, wiele domów jest zrujnowanych. Dachy mają płaskie, pełnią funkcję tarasu dostępnego z wyższego poziomu, podobnie do tych z wioski Masuleh w Iranie. Chodząc po uliczkach, staram się wyszukiwać lokalne odmienności lub choćby ozdobne detale architektoniczne. Niewiele tu tego. Ledwie w kilku domach ładniejsze ganeczki i okiennice z rzeźbionymi w drewnie ozdobami w formie rozet i motywów geometrycznych. Obok wielu domów lub na dachach różnych przybudówek zgromadzono tysiące placków krowich. Będzie czym palić w zimie! W oknach narożnego budynku suszy się mięsko; niestety nie potrafię odgadnąć, z jakiego zwierzęcia. Ostatni raz chyba widziałem ten sposób konserwacji mięso u Caatanów w północnej Mongolii. Wieś jest, oczywiście, zelektryfikowana. Gdzieniegdzie widać zardzewiałą anteną satelitarną a nad domami góruje maszt anteny sieci komórkowej. Spaceruję po cichych uliczkach tej osady, podglądając codzienne życie. Jakaś kobieta wyszła przed dom, robi przepierkę w plastikowych miednicach. Starsza kobieta, w gumiakach, w barwnej chuście i długiej spódnicy niesie wodę w wiadrze. Stukając podkowami o kamienny bruk, czasem przejedzie koń ze swym jeźdźcem. Pomiędzy domami powiewa na wietrze rozwieszone pranie. Pod szczytami dachów niektórych domów wiszą czaszki kozłów górskich z imponującymi rogami. Tu i ówdzie suszą się na sznurku owoce, a po podwórkach smętnie łażą kury. Kolorytu dopełniają kilkuletnie dzieci bawiące się na ulicy. Na krzesłach wyniesionych z domu na obszerny taras siedzą mężczyźni. Średnia wieku – 70 lat. Ubrani w znoszone marynarki narzucone na stare swetry, na głowach filcowe kapelusze lub barankowe czapy. Palą jeden za drugim papierosy i rozmawiają. Wygląda na to, że ten taras – tak malowniczo położony nad okolicznymi dolinami – jest stałym miejscem spotkań staruszków. Przypominają mi się scenki z Corleone na Sycylii – tam starsi mężczyźni – również w marynarkach i białych koszulach – spędzali popołudnia, paląc tytoń na krzesłach ustawionych wzdłuż ulicy. Rozmawiam później z jednym z tych mężczyzn. Opowiada o ich trudnym życiu w górach, o braku pracy, o ucieczce młodych z wioski.
U was tieper’ nowaja choroszaja doroga – mówię – ran'sze siuda nel'zja było popast' zimoj – dodaję tonem nieco pytającym.
Niet, masziny chodili zimoj. Łoszadi toże – zaprzecza starik.
Tieper’ u was mobilnyje tielefony – pokazują maszt przekaźnika – i satelitarnoje televidenie. Legcze żit’...
Ech! – macha ręką staruszek.
Turisty prijezżajut... – podpowiadam – można postroit’... lift... no... dla katanija na łyżach... podjomnik...
Tak, wiem, niełatwo zrobić ośrodek turystyczny w takim miejscu. Zresztą – czy tego by mieszkańcy chcieli? Można wszak tutaj żyć tak jak dotąd, po swojemu. Żegnam się z miłym Azerem, czas na krótki trekking po okolicy.

Niestety, nie mam dokładnej mapy. Idę ścieżką w stronę najbliższych gór – to pasmo Mychtonian. Wznosi się na około 3700 m n.p.m. Doganiam mężczyznę idącego na swoje pastwisko – będzie naprawiać zniszczone ogrodzenie. Rozmawiam z nim o moich planach.
– Chcę wejść na ten wysoki szczyt – pokazuję ręką charakterystyczny trójkątny wierzchołek w odległości może siedmiu kilometrów na południe od Xinaliq (jak później sprawdzę, również o nazwie Xinaliq). Inny, alternatywny i, jak się wydaje, łatwiejszy cel mojej wędrówki znajduje się nieco na prawo, na zachód. Gdzieś na zboczach tej drugiej góry znajduje się jednostka wojskowa, której patrole kontrolują drogę ku Sahdag (4243 m n.p.m.).
Oba szczyty, jak stwierdza pasterz, są osiągalne, trzeba tylko uważać na dzikie psy.
– Byłem tam w zeszłym tygodniu. Psy mnie napadły, pięć psów, wielkich jak niedźwiedzie – mówi – ledwo uciekłem!
Pytam go o dalszą drogę w kierunku Kizyła (Qizilgaja Dagi).
– Tam psów na ma – zapewnia.
Robimy sobie pamiątkową fotkę i ruszam w dalszą drogą. Ścieżka przez łąki prowadzi dalej cały czas w górę. Xinaliq został daleko w dole a do doliny Qudiyatcay zaczęły napływać niskie chmury. Z tej perspektywy kamienna wioska wygląda wprost cudnie. Postanawiam wejść na widoczny na północnym zachodzie szczyt poniżej skalistych grani Qizilgaja Dagi (3726 m n. p. m.), na które – to dla mnie jasne – dziś nie zdążyłbym dojść. Po kolejnych 30 minutach dochodzę do stada owiec pilnowanych przez sympatycznego 20-letniego chłopaka. W czapeczce i z radiem tranzystorowym przewieszonym przez ramię bardzo pasuje do tej scenerii. Ma na imię Weseł. Rozmawiamy przez chwilę.
Eto twoi barany? – pytam na koniec.
Niet, moich tolka piat’ baranow... – mówi z żalem w głosie, a ja robię kolejne pamiątkowe zdjęcie.
W dalszej drodze towarzyszy mi tylko wzmagający się z każdą chwilą wiatr. Przechodzę przez boczną kotę i ostro podchodzę po piargu w górę na grzbiet. Orły, które wcześniej krążyły nade mną, gdzieś odleciały, widzę kłęby chmur zbliżające się od strony Xinaliqa, wypełniają już całą doliną. Chmury nade mną płyną na wysokości 3–4 tysiące metrów raz po raz przysłaniając górę Xinaliq i pozostałe szczyty Grzbietu Kajtar Nodża. Dochodzę do wyraźnej wyniosłości na bocznym grzbiecie schodzącym z Qizilgaja Dagi. Wystarczy na dziś! 3200 metrów. Nade mną i pode mną chmury. Uwielbiam to! Wykorzystując chwilę przejaśnienia, robię szybko panoramiczne zdjęcie, a następnie, starając się, aby aparat nie wypadł mi z ręki i przygładzając targaną wiatrem czuprynę, usiłuję zrobić sobie selfie. Gubię przy okazji dekiel od aparatu. Zaczyna padać drobny deszcz. Jeszcze ostatni rzut oka na okolicę i zbiegam po łące. Mikroskopijny Xinaliq rośnie w oczach. Mżawka wkrótce ustaje, więc już na spokojnie schodzę w dolinę. Przy potoczku napotykam na dopiero co obgryziony szkielet wołu. Z ciekawością mu się przyglądam. Na pomazanych krwią kościach wciąż tkwią kawałeczki mięsa. Część kręgosłupa z czaszką jakieś zwierzęta odciągnęły kilka metrów dalej. Niewiele by ze mnie pozostało, gdyby mnie napadły dzikie psy. Miejscowego chłopaka pracującego w polu wypytuję o nazwy okolicznych szczytów; potwierdza również, że na Xinaliq (3714 m n.p.m.) idzie się około pięciu godzin i z powrotem ze trzy godziny. Myślę, że jutro się tam wybiorę.

Schodzę do wioski. Teraz spotykam więcej osób koło domów. Widocznie część mieszkańców wróciła z pracy, może byli w polu a może gdzieś w Qubie. W moim "apartamencie" jest przeraźliwie zimno, to przecież już koniec września a znajdujemy się na wysokości 2100 m n.p.m. Mam nadzieję, że nie będzie w nocy tak źle, jak w Dardżylingu (Indie), kiedy to musieliśmy wstawiać do pokoju wiadra z gorącą wodą. Jest po 18:00. Nie na tyle ciemno, by się kłaść się do spania. Wybieram się więc na przechadzkę w dół wsi, w kierunku hoteliku, o którym wspomina Lonely Planet. O tym, że piętrowy, ponury budynek jest hotelem, można się domyślić tylko na podstawie podniszczonej tablicy z nazwą tego locum. Jakiś mężczyzna akurat wychodzi z domu.
– 10 manatów – mówi.
Wracam do swojego domu za "gównianym" murem. Zjadam kolację i rozkładam swój puchowy śpiwór. Wychodzę na podwórko i podejmuję próbę umycia się – ciężko egzystować bez wody. W osobnym budynku pełniącym funkcję kuchni świeci się światło. Zaglądam tam i pytam starszą kobietą o wodę. Pokazuje mi na migi, bym szedł za nią. Woda, faktycznie, jest. Kobieta schyla się i podnosi gumowy wąż doprowadzający z jakiegoś ujęcia powyżej wodę do sąsiadów znajdujących się poniżej. Teraz wystarczy rozłączyć dwa kawałki węża i umyć się. Dobrze, że mam czołówkę. Ze względu na siąpiący deszcz i temperaturę bliską zera, moja ablucja jest bardzo skromna. I tak jest lepiej niż mycie się w lodowatym strumieniu pod Ich Uuł w Mongolii. Zziębnięty wracam do pokoju, rozgrzewam się kolejną herbatę i wskakuję do śpiwora.
__________________________
*/ Nie dotarłem również do Vinicunca, tęczowej góry w pobliżu Cuzco w Peru. Ale widziałem tęczowe góry Aladaghlar w północnym Iranie i byłem w Górach Tęczowych w Nowej Zelandii. Dobre i to! Staram się spokojnie podchodzić do sytuacji, że czegoś na trampingu nie widziałem czy nie zrobiłem. Uważam, że moje wyjazdu są bardzo intensywne i w praktyce zawsze jest coś za coś – kosztem innych miejsc lub aktywności.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej