Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Międzygórze - schr. pod Śnieżnikiem - Lądek Zdrój - Jawornik - Złoty Stok - Paczków

piątek, 4 VI 2010


Szelest dartej książeczki GOT | Kijkowcy na Śnieżniku | Żmijowiec: obrazy wiatrem malowane | Czarna Góra: jak tu ładnie! | Dalej, wciąż dalej... | W Górach Złotych | Zaczyna się wyścig z czasem | Meta w Paczkowie


Igliczna 5:10 - Międzygórze 6:30-45 - schr. pod Śnieżnikiem 9:05-20 - Czarna Góra 10:15 - Lądek Zdrój 14:00 - Jawornik 17:20 - Złoty Stok 18:55-19:05 - Paczków - 22:00 Wdp. Wilczki

Dziś ostatni dzień wędrówki. I bez wątpienia będzie to najbardziej słoneczny dzień na trasie. O 4:30 pobudka. Nie ma lekko, mam wszak do przebycia sześćdziesiąt kilometrów. Zagotowuję wodę na kawę, zjadam jakąś kanapkę i zbieram porozrzucane po całym pokoju rzeczy. Żegnam się z sympatycznym gospodarzem i wychodzę.

Plan na dziś jest następujący. Najpierw spacer do Międzygórza, potem pod Śnieżnik i sru! do Złotego Stoku. No i Paczków. Ale to dopiero za kilkanaście godzin. Póki co schodzę z Iglicznej w kierunku wodospadu Wilczki. O 6.00 staję na mostkach przerzuconych nad rwącym potokiem. No... tłumów tu nie ma. Mam wodospad wyłączne dla siebie.

Międzygórze. Kiedyś, wiele lat temu, zawędrowałem pod Śnieżnik z grupą licealistów. Kilku z nich zbierało punkty na GOT niemiłosiernie naciągając przy tym przebyte trasy, kombinując z pieczątkami ze schronisk i sklepów z datami i godzinami. W pewnym momencie - a było to w międzygórskim schronisku PTSM - usłyszałem głębokie westchnięcie chłopaka i szelest targanych kartek. Książeczka GOT zakończyła swój żywot. A chłopak trochę wydoroślał.

Zapatrzony na drewnianą architekturę miejscowości zapuszczam się w niewłaściwym kierunku. Wracam na skrzyżowanie w centrum i tu robię zakupy. Ruszam w góry. Żmijowiec

Droga wzdłuż Wilczki wznosi się coraz wyżej. Szumiące kaskady i słoneczne plamy między drzewami uprzyjemniają wędrówkę. Za kolejnym mostkiem zaczyna się strome podejście. Po kilkunastu minutach zbliżam się do piątki młodych ludzi siedzących przy leśnym stoliku. Mam ochotę do nich podejść, tak rzadko mam okazję pogadać z kimś na mojej wycieczce. Ale - powstrzymuję się. Kilkaset metrów dalej, w kolejnym miejscu odpoczynkowym "przewijam" stopy. Grupka skończyła posiłek, powoli nadchodzi. Stopień ukijkowania 80%, mam więc do czynienia z nowoczesnymi ludźmi. Ruszam za nimi.
- Na Śnieżnik? - pytam ostatniego z grupy.
- Na razie na Śnieżnik, a potem dalej, ale to już trzeba pytać naszego przewodnika - pokazuje głową chłopaka na przedzie.
- Przydają się kijki?
- O tak, dużo łatwiej się idzie! - odpowiada z żarem neofity.
No dobrze. Wyprzedzam ich. Szlak idzie dróżką, którą upodobał sobie również strumyk spływający ze zbocza Średniaka. Muszę uważać, by nie zmoczyć butów, dziś chcę mieć suche nogi! Na łące przed schroniskiem spotykam kilku młodzieńców w paramilitarnych ubiorach i wielkich plecakach ze stelażem. To właściwie jedyne osoby (prócz chłopaków z
Zieleńca), co do których nie mam wątpliwości, że wybrali się na wielodniową wycieczkę). Dzieło wiatru-malarza

W schronisku milutko. Ostatni raz byłem tu 3 lata temu z Sergiuszem. Proszę o wrzątek i kawałek sznurka. Uprzejmy gospodarz przynosi mi pół metra dratwy - będę mógł rozwiesić pranie na plecaku. Wpisuję się do księgi pamiątkowej.

Godzina 9:20. Zbieram się. Pod schronisko, ciężko posapując, wspina się spotkana piątka kijkarzy. Ja natomiast idę w kierunku Żmijowca.

Ładnie tu. Ścieżka biegnie przez pofałdowany teren między małymi świerkami porastającymi wiatrołomy. Między nimi kępy dojrzewających borówek. Kałuże, na które tyle razy tak psioczyłem, okazują się czasami dziełami sztuki. Oto pędzel wiatru-malarza uformował niezwykłe esy-floresy z pyłku drzew, który osiadł na powierzchni wody. Śliczne.

O niecałą godzinę drogi stąd znajduje się Czarna Góra (1205 m n.p.m.). Widzę już jej charakterystyczną sylwetkę i budynek na północnym zboczu. Zanim tam się dostanę, muszę zejść na Przełęcz pod Jaworową Kopą. Od tego momentu zaczynam spotykać więcej osób. Wybrali się na spacer z Przełęczy Puchaczówka lub wyjechali na szczyt Czarnej... wyciągiem. Czarna Góra

Stroma ścieżka została zaanektowana przez strumyk spływający po zboczu. Wymywa coraz bardziej glebę odsłaniając śnieżnobiałe okruchy kwarcu. Może gdybym bliżej Sudetów mieszkał lub miał więcej czasu, to bym pochodził tu z młotkiem. Ale zbieranie kamoli nie jest w moim życiu już tak ważne. Wystarczy mi, że troszkę zaraziłem mineralogią syna - przywiózł mi właśnie z Etny kilkukilogramowy kęs lawy.

Im wyżej - tym ładniejsze widoki! To zasłużona nagroda za moje wczorajsze moczenie nóg. Błękitne niebo poznaczone lekkimi muśnięciami cirrusów. Dokąd okiem nie sięgnąć - góry... góry... góry. A u mych stóp - skałki i krzaczki borówkowe. Mniam!

O 10:15 jestem na szczycie Czarnej Góry. Kilka osób tłoczy się na wieży widokowej, jakiś psiak przyplątał się do mnie i z nadzieją patrzy na moją kanapkę. Będzie szedł za mną aż na Przełęcz Puchaczówka! Odnajduję czerwony szlak po drugiej stronie szczytu i szybkim krokiem schodzę.
- Dzień dobry, dalej na szlaku też takie błoto? - pyta mnie jakaś para wchodząca na Czarną.
- E nie... Spokojnie, da się zejść.
- Bo tu jest tragicznie! - tłumaczą mi.
No, wiem ;-) Błoto, kałuże i strumyki na drodze. Przyzwyczaiłem się już. Inna rzecz, że te szykany spowalniają mi tempo marszu. Nie da się zbiegać ze zbocza, wciąż trzeba szukać bocznych ścieżek.
Widok z Czarnej Góry

Na przełęczy jestem przed jedenastą. Nie mam stąd dobrych wspomnień. Zjeżdżałem z Puchaczówki kiedyś na rowerze, gdy na zakręcie taksówkarz zajechał mi drogę. Hamowanie na piasku zakończyło się kilkumetrowym lotem nad asfaltem. Obandażowałem sobie rozharatany łokieć, ale połamanych szprych nie miałem jak naprawić. Zjechałem jeszcze kawałek w stronę Bystrzycy, ale gdy zaczęły pękać kolejne szprychy, musiałem zsiąść i poprowadzić rower aż do Wójtowic. Jeździłem później po te szprychy aż do Kłodzka i w końcu z trudem udało mi się wyremontować tylne koło. Stare czasy.
Akurat na przełęcz podjechała samochodem rodzinka.
- To na tą górę mamy dojść? Wykluczone! - oznajmia paniusia.
- Ależ kochanie, mieliśmy zrobić górską wycieczkę - tłumaczy kierowca.
Kłócą się. Ostatecznie wsiadają do auta i podjeżdżają wyżej, do miejsca, gdzie zaczyna się szlak na Czarną Górę.

Mijam kilka góralskich domków, kobiecina siedzi z koszykiem i czeka z oscypkami na wygłodniałych turystów. Sorry, nie jadam. Przede mną wzgórza i górki ciągnące się aż do Lądka Zdroju. W lesie pod Wilczyńcem (881 m n.p.m.) szlak czerwony skręca w prawo tak niespodziewanie, że nie zauważam tego i kontynuuję drogę na wprost. Dopiero po pewnym czasie orientuję się, że mam szczyt po prawej ręce. Trudno. Na szczęście, ścieżka, którą idę, jest równa i mało zarośnięta. Wychodząc z lasu dostrzegam w dolinie drogę prowadzącą na Przełęcz pod Chłopkiem. Wracam na szlak sudecki i kontynuuję marsz do Lądka. Słyszę narastający terkot. Nowozbudowaną drogą (Trasa Śródsudecka R60) nadjeżdża chłopak na traktorze. Na błotniku tylnego koła siedzi jego dziewczyna. Fajna randka :)

Coraz częściej na widnokręgu pojawiają się szczyty Gór Złotych. Schodzę coraz niżej, wkrótce zobaczę ślicznie położone wśród gór Kąty Bystrzyckie. Wydłużam krok. Teraz trochę wzgórz i upragniony asfalt na szosie kłodzkiej. Przeł. Pod Chłopkiem

W Lądku jestem o 14:00. W miasteczku długoweekendowa atmosfera. Turyści spacerują po rynku, jedzą lody, fotografują się. Doznaję jakiegoś zaćmienia umysłu i zamiast również kupić sobie coś dobrego do jedzenia lub picia - idę dalej. Na początku - trochę nerwowego łażenia po bukowym lesie. Zdaje się, że w szale rżnięcia drzew padło i to z czerwonym znakiem. Przechodzę Przełęcz Pod Konikiem, schodzę do Wojtówki. Tu znów chwila niepewności - szlak skręcił chwilę wcześniej w lewo, cofam się ciut do mostku poniżej, przekraczam potok i ruszam do Orłowca. Po drugiej stronie Rasztowca skręcam w górę doliny Orliczki. Przed kościółkiem ponownie skręt w lewo i w górę.

Uff...! Gorący dzień. Wykorzystuję chłodny strumień i obmywam się nieco. Muszę zebrać siły na wejście na Jawornik Wielki (870 m n.p.m.) Patrzę co chwilę na zegarek - chcę przed nocą zajść do Paczkowa. Wkrótce osiągam węzeł szlaków, na tabliczkach jakieś nienormalne, niespójne czasy. Ale nawet nie mam sił się tym denerwować. Byle do przodu. Szlak żółty skręca w lewo i do góry, ja trawersuję zbocza Jawornika z prawej. Na razie trasa po płaskim, ale to żadna "oszczędność", bo wkrótce muszę wdrapywać się stromą ścieżką na grzbiet.

Teraz zbiegam w stronę Trzebonia, a z niego znów w dół do doliny Złotego Potoku. Las tu ciemny, przepastny. Strumienie spływają ze stoków, zalewają drogę to z prawej, to z lewej strony. Ugh! Ileż muszę się naskakać! Mijam pensjonat "Złoty Jar", potem wylot sztolni "Gertruda". Jeszcze kamieniołom i już maszeruję przez miasteczko. Jest 18:55. Lądek Zdrój

W Złotym Stoku byłem kilkukrotnie, kopalnia złota i spływ podziemną "rzeką" są zaliczone. Wpadam do sklepu spożywczego:
- Dzień dobry, do której otwarte?
Uff... Do dwudziestej. Na razie nie mam sił na... zakupy. Padam przed sklepem i przez kilka chwil odpoczywam. Potem kupuję sok, kawę i lody. Konwersuję z 10-latkami. Są ciekawi, skąd idę, dokąd idę, po co idę. Fajni są.
- No, dobra chłopaki. Bawcie się dobrze, czas na mnie.
Maszeruję szybko w stronę placu Mickiewicza i dalej wzdłuż głównej szosy do Paczkowa. Kładziona jest tu nowa nawierzchnia, ruch odbywa się wahadłowo.
Idę więc z półtora kilometra drogą, potem skręcam na Błotnicę. Powiedzieć, że szlak jest tu poprowadzony dziwacznie - to za mało! Na mojej starej mapie szlak opuszczał Złoty Stok tuż obok stacji kolejowej.
Jest już grubo po siódmej, muszę przyspieszyć kroku. Podobno autobus, który jedzie z Kłodzka do Warszawy będzie w Paczkowie o 22:00. Jeśli zdążę - będzie świetnie! Wychodzę z lasu, trafiam na jakiś asfalt. To Kolonia Błotnicka. Trzymam się drogi, aż do Błotnicy. Mam już dość chaszczy. Niebo pociemniało, upał zelżał. Staram się utrzymywać dobre tempo, chociaż nogi już bolą. Mijam jeziorka po lewej, opuszczam rękawy polara - lepiej się spocić niż oddawać krew komarom!

Od Kozielna już prosta droga. Zbliża się dziewiąta, zaczyna się wyścig z czasem. Jak na złość, ruch samochodowy zerowy, nie ma szans na autostop. Trudno. Paczków

Widać już wyraźnie światła Paczkowa i sylwetki wież na tle granatowego nieba. O 21:50 jestem w rynku. W biegu pytam o dworzec autobusowy. Na miejscu okazuje się, że autobusu jeszcze nie było. Pewnie spóźnia się z powodu remontu drogi. A zatem udało się. Dotarłem do Paczkowa. Siedzę teraz na murku i wraz z kilkoma pasażerami czekam na przyjazd autobusu. Przyszedł do mnie młodziutki kotek, bawimy się przez chwilę.

O 22:10 odjeżdżamy do Opola. Tam, na dworcu spędzam ponad dwie godziny. O 1:50 ruszam nocnym autobusem do Krakowa.

Tak kończy się mój wiosenny spacer szlakiem Orłowicza. Siedem długich dni, trzysta pięćdziesiąt kilometrów wędrówki przez Sudety. Jestem zadowolony.

Postscriptum

Powrót do Wstępu Postscriptum Powrót do Strony głównej