Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Jaipur - Amber

Niedziela, 4 III 2007


Radosne święto Holi |Rikszą przez różowe miasto |Hobby radżastańskich książąt |Pierwsze spotkanie z dżinizmem |Piękny Amber |Hawa Mahal i Jantar Mantar |Z wizytą u hinduskiej rodziny |Świątynie i slumsy |Hanka robi zakupy |W świątyni "ojca" |Powrót do hotelu


Jaipur: Holi Festival

Wstajemy 7.00, poranna kawa. Umówiony rikszarz nie przyjechał, po kwadransie czekania bierzemy zwykłą rikszę rowerową i jedziemy na dworzec. Dla Hanki jest to pierwsza taka przejażdżka, płacze więc nad losem ciężko pedałującego chłopaka. A cóż on ma innego do roboty?

Na ulicach Jaipuru trwa święto Holi Festival (Phagwah). Mężczyźni i kobiety mają pomalowane włosy i twarze, poplamione ubrania. Śmieją się i cieszą, krzyczą do nas "Happy Holi!" Chcą nas smarować farbą, pozwalamy im tylko na umieszczenie niewielkich kropek na czole. Później sytuacja ze znakowaniem się powtarza, tak, że pod koniec dnia całe czoło i włosy mamy kolorowe. Młodzi hindusi szaleją po ulicach na motorach, dźwięki klaksonów i piszczałek tworzą hałas trudny do wytrzymania. Jaipur: Hawa Mahal

W biurze rezerwacji wypełniam formularze i kupujemy bilety na kuszetki (SL, sleeper class) na pociąg do Jaisalmeru. Teraz przynajmniej mamy jasność, jak będzie wyglądać nasz dzień. Trzeba jeszcze wynająć kolejną autorikszę (200 INR za objazd Amber i Jaipur), lecz zanim wynegocjujemy odpowiednią cenę sporo się zestresujemy.
Wsiadamy do rikszy i ruszamy. Musimy najpierw wymeldować się z hotelu, lecz kierowca ma - jak się okazuje - swoją koncepcję! Jedzie jak wariat w kierunku fortu Amber, trąbi na wszystkich, wyprzedza motocykle. Dopiero moja zdecydowana interwencja zmusza go do odwiezienia nas do "Pink Sun Hotel". Plecak zostawiam w hotelowej przechowalni (10 INR). Dobrze, teraz jazda do Amber! Jaipur: Holi Festival

Jaipur naprawdę robi wrażenie... Większość domów i pałaców starego miasta istotnie jest pomalowana na różowy kolor. To efekt pracy setek malarzy, którzy w 1876 roku na rozkaz maharadży Rama Singha błyskawicznie przemalowali miasto. Czy wizytujący wówczas Jaipur, 35-letni książę Walii, Albert Edward von Sachsen-Coburg-Gotha rozpoznał w tym kolorze symbol gościnności? Nie wiem, w każdym razie decyzja o nowym kolorze miasta okazała się korzystna dla stolicy Radżastanu.
Po kilku kilometrach szaleńczej jazdy po starym mieście przejeżdżamy bramę Zorawar i opuszczamy Jaipur. Mijamy kilka ładnie położonych pałaców nad jeziorem (m.in. Pałac Wodny), jeszcze tylko krótki wąwóz i pojawia się na wzgórzu Arawalili sławny fort. A właściwie kilka fortów pobudowanych na okolicznych szczytach i połączonych długimi murami przekraczającymi przełęcze. Fortów tu zresztą jest pełno: może się wydawać, ze budowanie ich było ulubioną rozrywką książąt radżastańskich. Jaipur: różowe miasto

Fort Amber ma naprawdę imponujące rozmiary. Położony za rzeczką, za książęcymi stawami zaprasza do siebie długim podjazdem ozdobionym krenelażem. Miejscową rozrywką jest wjazd do fortu na słoniu, jednak podawana przez Lonely Planet cena 400 INR skutecznie nas zniechęca. Zostawiamy rikszę i idziemy na wzgórze. W ogrodach położonych nad rzeką biegają małpy, tu też po raz pierwszy dostrzegamy pręgowce - małe gryzonie wielkości wiewiórki. Mają trzy jasne paski na grzbiecie i są dość płochliwe. Kilka kolejnych bram i długie schody wyprowadzają nas pod potężne zewnętrzne mury fortu. Budowla wykonana jest z różowego i żółtego piaskowca, wschodnie skrzydło to rząd wież, które zostały spięte murem ozdobionym smukłymi łukami niczym w katedrze gotyckiej. Zwracają uwagę rzeźbione balkoniki i zwieńczenia wież. Na prawo wielka brama z dwoma ganeczkami i wysuniętą ku przodowi basteją. Za bramą - na dużym dziedzińcu - pustki, ledwie kilku turystów snuje się z zawiedzionymi minami. Pałac maharadży jest dziś zamknięty, nie obejrzymy więc zachwycającej Sali Audiencji (Divan-i-Am) otoczonej podwójną kolumnadą, ani Sali Zwycięstwa (Jai Mandir) z lustrzanym sufitem, ani Sali Przyjemności (Sukh Nivas) z przepięknymi drzwiami z sandałowca, ani pewnie innych ładnych miejsc. Widok zewnętrznych murów i wież musi nam wystarczyć.

Na szczęście otwarta jest świątynia Kali. Nad srebrną bramą, poniżej rzeźbionego okapu znajduje się wnęka z niewielkim posągiem Ganeśi. Przystrojony girlandami żółto-pomarańczowych kwiatków spogląda na nas z uśmiechem. Ściągam buty i wchodzę do środka. To będzie moje pierwsze zetknięcie z dżinizmem. Amber: fort
Znajduję się na niewielkim perystylu - dziedzińcu otoczonym podwójnym rzędem kolumn. W głębi osobne pomieszczenie z ołtarzem i posągiem Wisznu. Siadam pod kolumną i przyglądam się dżinijskim zwyczajom. Właśnie weszła grupka wiernych, kolejno uderzają w dzwon zawieszony przed ołtarzem. Składają ręce do modlitwy i kłaniają się nisko. Za balustradką siedzi kapłan, podaje jakiś płyn w miseczkach, zaznacza kolorową farbką kropkę na czole. Niektórzy siedzą tak, jak i ja na posadzce, cicho śpiewają modlitwy. Z prawej i z lewej strony spoglądają na nich bogowie. Usta mają oblepione ciastem, na pewno są syci i zadowoleni. Wychodzę. Czekając na Hankę przyglądam się walce o okruszki między "wiewiórką" a majną - żółtodziobym ptakiem wielkości szpaka. Amber: fort

Dziedziniec, na którym się znajdujemy sam w sobie nie jest aż tak zachwycający: kilkanaście drzew owocowych pośrodku, wokół arkady ze zbawczym cieniem. Drewniane, rzeźbione okna są pomalowane na ciemnobrązowy kolor i estetycznie komponują się z ciepłą barwą żółtego piaskowca. Pełno tu architektonicznych drobiazgów, które tak bardzo lubię: a to ładna kolumienka a to ornamentowany gzyms, to znów ażurowe maswerki lub płyty z kwiatowymi motywami wykonanymi techniką pietra dura.
Z tarasu przy południowym murze rozpościera się panorama Amber: między żółtymi, kamiennymi domami strzelają w niebo wysokie wieże hinduistycznych świątyń, widać szkołę, mimo sporej odległości dobiegają nas śmiechy i krzyki uczniów biegających po szkolnym podwórku. W oddali, na prawie bezdrzewnych zboczach wzgórz, dumnie wznoszą się pałace i forty. Wysoko, po bezchmurnym niebie, szybują sokoły lub jastrzębie...

Mimo krótkości wizyty w Amber - wyjazd oceniam jako udany. Problem zaczyna się na postoju riksz, nasz kierowca twierdzi, że ma popsuty pojazd i wskazuje nam swego zastępcę. Byłoby OK, gdyby nie to, ze nowy chłopak chce nas wieźć do fabryki dywanów i kilku sklepów. Na razie wracamy do centrum mijając znów różową miejską bramę. Od tego momentu kolor różowy (także czerwony, bordowy, wiśniowy) towarzyszy nam na każdym kroku. Jaipur: brama Pałacu Miejskiego

Zaczynamy od XVI-wiecznego Hawa Mahal, czyli wybudowanego dla żon miejscowego maharadży Pałacu Wiatrów,. Budynek ma niezwykłą 5-piętrową fasadę, z wysuniętych na zewnątrz okien wyglądały na ulicę piękne mieszkanki pałacu. Patrzyły tak jak i my na coroczne święto Holi i podobnie cieszyły się wraz z rozentuzjazmowanym tłumem. Bo na ulicach istne szaleństwo. Hindusi rozłożyli stoiska z farbami we wszystkich kolorach tęczy. Proszek wystawiony jest w płóciennych workach, pudłach lub uformowany w kopczyki. Sprzedawcy - też oczywiście wymalowani - zachęcają nas do kupienia farby, lub przynajmniej próbują nas posmarować. Na szczęście robią to niezbyt nachalnie, z uśmiechem. Na ulicach spotykamy roześmianych turystów, którzy ulegli namowom i wzorem hindusów wysmarowali swe twarze i włosy. Trafiają się również słonie wymalowane farbami niczym stacja metra na przedmieściu. Jaipur: no... słoń

Podjeżdżamy teraz pod Pałac Miejski, przed niezbyt ciekawą bramą stoi dwóch umundurowanych Indusów. Nie obejrzymy dziś dziedzińców i budynków za bramą. Jedziemy więc pod XVII-wieczne obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar. Co prawda, też jest zamknięte, jednak przekonujemy strażników, że krótka wizyta jest nam niezbędna. Głównym obiektem - dobrze widocznym z daleka - jest tu 27-metrowy gnomon, odmierzający swym cieniem czas słoneczny z prędkością 4 metrów na godzinę... Jest tu również wiele mniejszych przyrządów, których przeznaczenie pozostanie dla mnie tajemnicą. Nie szkodzi.

Następnie przystajemy na skrzyżowaniu Tripolia Bazaar i Chaura Rasta z charakterystyczną Bramą Tripolia. W pobliżu znajduje się kilka świątyń hinduistycznych, wspinamy się schodkami do jednej z nich. Nie jest to obiekt typowo turystyczny, grupa hindusów się modli, kilka kobiet coś gotuje, jakiś mężczyzna karmi gołębie, które stadami okupują dach świątyni. Z wysokości trzeciego piętra, gdzie się wdrapaliśmy obserwujemy świętujące miasto. Cieszę się, że trafiliśmy tu, w ten szczególny dzień i wcale nie żałuję, że nie wszędzie możemy się dostać. Jaipur: pręgowiec

Rikszarz wciąż nas zachęca do odwiedzin w sklepie. Z drugiej strony - stwierdzamy, że riksza zupełnie nie jest nam potrzebna - wszędzie jest blisko, po co się stresować, że ktoś na nas czeka. Dziękujemy więc uprzejmie, dostaje połowę z umówionej kwoty 200 INR - w końcu miał nas wozić do godziny 16.00 a jest dopiero południe. Zmęczeni upałem i chodzeniem przysiadamy z butelką coli na schodach jakiegoś domu. Jak zawsze zbiera się dzieciarnia, coś tam mówią po swojemu, Hanka usiłuje nawiązać kontakt w języku uniwersalnym. Z drzwi naprzeciw wygląda zaciekawiona kobieta, wysyła córkę do nas z zaproszeniem do domu. Przedstawiamy się, poznajemy męża Induski, resztę dzieci. Wkrótce w pokoju gościnnym zbiera się cała rodzina, przyprowadzają nawet stuletnią babcię. To rodzina muzułmańska, nie uczestniczą w święcie Holi. On jest urzędnikiem państwowym, ona prowadzi dom. Koślawe rozmowy przy herbatce i ciasteczkach kończą się sesją fotograficzną, obiecujemy wysłać z Polski zdjęcia. Jaipur: obserwatorium Jantar Mantar

No dobrze, kontynuujemy systematyczne zwiedzanie. Zaglądamy do kolejnej świątyni zbudowanej ponad maleńkim targiem przy Tripolii. Witają nas dwa kamienne słonie. Przed nami otwarte wnętrze świątyni. Kolorowe sklepienie podparte jest rzędem podwójnych kolumn, kilka skromnych rzeźb i malunków na ścianie to wszystko, co można tu zobaczyć. Znacznie ciekawszy jest stojący w kącie posąg Garudy. Uskrzydlony wierzchowiec Wisznu przyklęknął na jedno kolano, trzyma w dłoniach dziwny kwiat. Wokół dużych oczu ktoś dorysował czarny makijaż. Interesujący widok...

Przechodzimy teraz obok Iswari Minar Swarga Sal - Minaretu Przeszywającego Niebo. Co za poetycka nazwa! Darujemy sobie wizytę w meczecie skrytym gdzieś między zabudowaniami i bocznymi uliczkami - wciąż wzdłuż czerwono pomalowanych budynków - podchodzimy kolejny raz pod Hawa Mahal. Oglądamy budynek od tyłu, muzeum mieszczące się w pałacu jest zgodnie z przypuszczeniami zamknięte, pozostaje nam pośmiać się do skaczących wśród drzew makaków. Znów skręcamy pod Pałac Miejski, nigdzie się nie spieszymy. Zresztą - upał jest już okropny i musimy chronić się wciąż w cieniu. Na placu otoczonym przez mało ciekawe budynki odpoczywa stado krów. Są wychudzone, zastanawiam się, co one jedzą tu przez cały dzień? Na chodniku tu i ówdzie leży jakiś Indus. Trudno ocenić, czy bezdomny czy żebrak. Takie obrazki początkowo robią na nas wrażenie. I przyznam się, że do końca pobytu nie mogłem się do nich przyzwyczaić.
Jaipur: święto Holi Zapragnęliśmy odwiedzić świątynię Gowindy Dewji znajdującą się na północ od Pałacu Miejskiego. Ta część Jaipuru jest bardziej zaniedbana, mniej turystyczna. Slumsowate domy, brud i smród. Inne "Różowe Miasto", Marrakesz, które oglądałem kilka lat temu wyglądało o niebo lepiej. Nic to. Ludzie tu są mili i uśmiechnięci a to najważniejsze. Zaprowadzają nas pod świątynię, jest dla nas niedostępna, oglądamy więc ją jedynie z zewnętrz. Wycofujemy się.

Wzdłuż ulicy Siredeoli Bazaar pędzą na motorach wymalowani młodzieńcy. Trąbią i piszczą. Formują niekiedy z motocykli kawalkady i głośno oznajmiają światu są radość. Czasem grupki młodzieży zaczepiają nas przyjaźnie, ich fioletowe i zielone twarze radują się od ucha do ucha...

Hanka ciągnie mnie do sklepów z butami, koniecznie chce coś kupić. Tak jakby nie wzięła ze sobą już dwóch par butów! No, ale skoro tu tyle towaru i w takiej cenie...? Chodzimy zatem od sklepiku do sklepiku, przymierzamy dziesiątki butów. Mamy do czynienia z tym najgorszym przypadkiem, kiedy kobieta chce kupić coś konkretnego, lecz nie do końca jest zdecydowana ;-) W końcu coś tam kupujemy; jednak to nie koniec mojej męki. Jaipur: muzułmańskie dziewczęta
Co chwilę wstępujemy do sklepów z biżuterią. Jaipur słynie z jej produkcji, ceny powinny być więc niższe niż gdzie indziej. Hanka chce kupić koniecznie pierścionek z granatami, ostatecznie cokolwiek z granatami. Sprzedawcy traktują nas bardzo poważnie, wyciągają cacka o wartości naszego miesięcznego budżetu. Niektórzy są gotowi wykonać pierścionek według wzoru pospiesznie narysowanego na kartce papieru. Dopisują na niej koszt materiałów i robocizny, po zsumowaniu stwierdzamy, że... "przemyślimy to". W każdym razie muszę stwierdzić, że część biżuterii naprawdę mi się podobała i chętnie bym cos wybrał dla siebie.

Spacer wzdłuż wymalowanych na bordowo i różowo domów przerywamy na chwilę. Zaglądamy do świątyni hinduistycznej, nasze zawiedzione miny przyciągają uwagę 10-letniego chłopca, który zaprasza nas do innej świątyni. Przechodzimy przez jakąś bramę, stroma uliczka, wysokie mury, i przez kolejną bramę wchodzimy na czyjeś podwórko. Trzydziestoletni Indus zaprasza nas dalej, w ciemnych wnętrzach dostrzegamy jego żonę, skinieniem głowy pozdrawiamy. Przed nami całkiem spora świątynia, wybudowana przez praprapra-...dziadka Indusa, który przed nami stoi. "Dostałem ją od ojca" - mówi z dumą mężczyzna. No tak, fajnie mieć własną świątynię, zwłaszcza tak dużą. Wewnątrz cicho i spokojnie, kilka rzeźb w głównym ołtarzu i w bocznych wnękach: jest tu Śiwa, jest Ganeśa i Wisznu. Bardziej interesujący jest mały pawilonik w rogu podwórka. W środku, oświetlony światłem wpadającym przez ażurowe ścianki, stoi przepiękny marmurowy koń. Indus opowiada nam jakieś historie a ja się zastanawiam, ile będzie chciał za to oprowadzanie. Jest sympatyczny, robimy sobie kilka fotek. Dostaje kilkadziesiąt rupii, widać mało, bo pyta o słodycze dla dzieci. Obdarowujemy je polskimi herbatnikami. Jaipur: ulica Siredeoli Bazaar

Wracamy. Jest już późne popołudnie, kupuję jeszcze dla Sergiusza małą drewnianą figurkę Ganeśi i, rzuciwszy ostatni raz okiem na Hawa Mahal, wracamy pod bramę Tripolia. Na bazarku Hanka decyduje się jeszcze na niewielką buteleczkę z olejkiem jaśminowym, zaglądamy do jeszcze jednej świątyni. Również i ta znajduje się ponad poziomem placu, schodki wyprowadzają nas na niewielki placyk okupowany przez stado małp. Wewnątrz świątyni bogate, kolorowe wyposażenie, dużo rzeźb i ozdób. Kapłan urzęduje przy ołtarzu, czasem wchodzi ktoś, uderzy w dzwon, pomodli się, podejdzie do ołtarza, dostanie jakiś olejek lub znaczek na czole i wychodzi usatysfakcjonowany. Tu również spotykamy posąg klęczącego Garudy. Przy Johani Bazaar ma się znajdować meczet Jamma Masjid - dla urozmaicenia postanawiam tam zajrzeć, ulica ciągnie się daleko, domy, co prawda, wciąż przykuwają uwagę swymi ozdobnymi balkonikami i balustradami, ale upał daje się we znaki. Hanka jest już zmęczona i wiem, że powinniśmy już wracać. Zaglądam więc szybciutko do meczetu - jest nowoczesny i pusty, zaledwie jeden muzułmanin modli się w tej chwili. Jaipur: koń w świątyni ojca

Koniec zwiedzania. Bierzemy rikszę i drogą wzdłuż murów miejskich wracamy do hotelu. Odbieram bety z schowka i zasuwamy na dworzec. Pociąg z Delhi przyjeżdża z godzinnym opóźnieniem, wagony sleepera przypominają miejsca w płackartnym. Plecak przypięty do kraty w oknie, jedziemy!

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej

I jeszcze Jaipur

Jaipur: świątynia hinduistyczna