Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
Pociągiem na północ wyspy | Wspaniałe dagoby | | | | | | | | | | |
Dziś jedziemy do Anuradhapury, królewskiego miasta położonego w północnej części wyspy w głębi lądu. Decydujemy się na pociąg. Miasto jest oddalone o 220 kilometrów i bez względu na to, jaki środek podróży wybierzemy, droga nam zajmie pół dnia. Niestety nie tylko hotel, ale i ekspres w tym kraju może oznaczać inne rzeczy niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Podróż trwa ponad pięć godzin i jest dość monotonna. Krajobrazy? Pola ryżowe i wzgórza pokryte lasami. Czasem rozlewiska rzeki, czasem jakaś wioska.
Po opuszczeniu dworca w Anuradhapurze przechodzimy do większego centrum handlowo-usługowego, gdzie mamy zamiar zrobić zakupy i zorientować się w hotelach. Ku naszemu zaskoczeniu, na piętrze tego kompleksu znajduje się hotelik. Bardzo czysty, zadbany i w umiarkowanej cenie, bo 2000 rupii (15 USD). Kupujemy banany, dużą wodę, pół chleba.
– Potrzebuję jeszcze proszku do prania – mówi Cecile.
Najwyraźniej doszła do wniosku, że czas na pranie.
Idziemy teraz na spacer do największej atrakcji miasta, czyli kompleksu świątyń Abhayagiri (Abhayagiri Vihāra). Miejsce początkowo rozczarowuje: niewiele zostało z dawnego miasta, właściwie tylko fundamenty. Gdy staję przed tablicą podpisaną „Pałac królewski”, a przed sobą mam 50-centymetrowy murek i parę kamieni symbolizujących kolumny, czuję się niezbyt szczęśliwy. Przypomina mi się pałac Dariusza II w Choqa Zanbil, w Iranie, z którego również praktycznie nic nie zostało. Ale od czego jest wyobraźnia! Na szczęście w czasie tych wszystkich wojen toczonych przez Syngalezów i Tamilów oszczędzono (albo odbudowano) stupy zwane tu dagobami. I oto właśnie pierwszą z nich widzimy w parku. Jest zrobiona z cegieł i wznosi się na wysokość 75 metrów, a na jej szczycie znajduje się budynek z utrąconą olbrzymią kolumną czy czubkiem*/. Ponoć powstała w czasach królestwa Valagamba, czyli w I w p.n.e. Początkowo była wyższa o 25 metrów a na jej szczycie zamiast późniejszego czworokątnego budynku znajdował się strzelisty pinakiel. W przeciwieństwie do swych indyjskich, bardziej zaokrąglonych protoplastów, tutejsze dagoby mają kształt dzwonowaty.
Obchodzimy stupę wokół, oglądając w kilku miejscach ozdobne portale i płyty z płaskorzeźbami. Są tu przedstawienia bogów oraz królewskich kobr zupełnie jak w Angkor Wat. Przechadzamy się po parku, podchodząc do kolejnych niskich, kilkustopniowych platform, na których znajdowały się większe, zapewne, obiekty. Przy schodach znajdują się stele bądź płyty z postaciami bogów lub wojowników. Broniły zapewne wstępu tak, jak to widziałem w Katmandu i Bhaktapur w Nepalu. A oto kolejna dagoba, tym razem biała, również gigantyczna i jak zwykle otoczona wediką – murem z setką rzeźbionych słoni.
Właściwie poza nami nie ma w tych ogrodach innych turystów. Są tutaj natomiast liczne małpy i bezpańskie psy. Makaki wyskakują na kamienne kolumny, spuszczają ogon i siedzą tak, rozmawiając ze sobą.
– No, nie, przesadzili! – wskazuję ręką stado krów pasących się na trawniku i taplających się w rozlewisku – takie rzeczy w ogrodzie królewskim??!
Obok, przy stupie, znajduje się długi na kilkadziesiąt metrów hangar ze stojakami, na których umieszczono tysiące miseczek na olej modlitewny
Zerkamy jeszcze na zaniedbany wolnostojący budynek w parku. Na pierwszy rzut oka przypomina klasycystyczny kościół. Znajdowała się tu jednak… biblioteka. Budynek pochodzi z czasów kolonialnych, podpisany jest „Mahavihara Oriental Library” i ozdobiony swastyką. Wybudowany w roku 2476, oczywiście według kalendarza buddyjskiego, co odpowiada naszemu rokowi 1931.
______________________________________
*/ Czubek został zrekonstruowany parę lat po naszym trampingu.