Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Biszkek – Bałykczy – Barskoon

niedziela, 24 VI 2018


Biszkek – miasto bez wyrazu | W drodze nad "morze" | Na cmentarzu muzułmańskim | Zabawne kałpaki | Kręcę nosem | Szukam noclegu | Dlaczego nie pracujesz w kopalni złota? | Wśród niebotycznych gór | Grzejemy się w jurcie | Jak to z wódką było | Trudne początki nowego państwa


Dziś ruszamy nad jezioro Issyk Kul. Będziemy starali się wyruszyć jak najszybciej, czeka nas kilkaset kilometrów drogi, a nie znamy do końca realiów kirgiskiego transportu publicznego. Pozostaje kwestia zwiedzania Biszkeku. Rano, wymęczony po krótkiej nocy, zwlekam się z wielkiego łoża i nie budząc Marzeny ubieram się. Jeszcze wczoraj wieczorem wpadłem na pomysł, by o świcie pobiec na główny plac miasta, Ala-Too i zrobić parę fotek.

O szóstej schodzę na podwórko. Do dalszych działań zniechęca mnie obecność groźnego brytana spuszczonego na noc z łańcucha. Ani chybi zanim bym dopadł bramy, pies skosztowałby polskiego mięsa. Odpuszczam. Zresztą gospodarz niezbyt zachwalał uroki stolicy. Przewodnik z ciekawszych miejsc w mieście wymienia neoklasycystyczny ratusz, remontowany pałac rządowy i kilka muzeów, z których część jest zamknięta.

Jak wspomniałem, przed nami długa droga, zresztą nie wiemy, o której godzinie coś pojedzie w kierunku Bałykczy. Śniadanie jest całkiem znośne, kilka bułek, dżemik, plasterek wędliny, do tego jakiś owoc i wodnista kawa. Nie wybrzydzamy, musimy wziąć pod uwagę, że posiłek przygotował kawaler. Płacimy 700 somów (41 PLN) za nocleg i się, żegnamy. Dworzec autobusowy jest w odległości 20 minut spaceru. Widzę, jak Marzena idąca przede mną ugina się pod ciężarem plecaka. Trudno, na drugi raz weźmie mniej rzeczy; poza tym nie wygląda na chucherko. Może nie weźmie ponad kilograma kosmetyków, może zredukuje liczbę par butów...?

Marszrutek do Bałykczy jest pełno. Kupuję w kasie bilety po 230 somów i ruszamy. Z pewnym zainteresowaniem oglądam Biszkek. Miasto jak miasto, nic nadzwyczajnego. Czasem mignie w oddali minaret lub kopuła meczetu, czasem przemkniemy obok bardziej reprezentacyjnego budynku. Ot, chociażby taki jak dom uroczystości (дом торжеств, салтанат үйү) z wielkim „złoconym” napisem Vavilon. W takich miejscach organizowane są wesela, rocznice i imprezy firmowe. Zazwyczaj sala bankietowa urządzona jest z przepychem, aczkolwiek często trąci minioną radziecką epoką. W sumie jednak miasto nie zachwyca. Przestaję żałować, że nie zatrzymaliśmy się tu na dłużej.

Wygodna, dwujezdniowa droga wyprowadza nas za miasto. Zdaję sobie sprawę, że tak dobrze później nie będzie. Za to krajobrazy robią się coraz ciekawsze. Mkniemy wzdłuż linii kolejowej, wygląda na nieużywaną. Zastanawiam się, czy aby w tym kraju transport kolejowy nie jest w zaniku. W oddali, za szeroką doliną rzeki Czu (Чүй) towarzyszą nam Góry Kirgiskie (Кыргыз Алатоосу). Najwyższy szczyt tego pasma Pik Semionova Tien-Shanskogo (zwany również Alamüdünem Zachodnim) wznosi się na wysokość 4.875 m n.p.m. To już coś! Natomiast po lewej stronie drogi ciągną się niższe górskie grzbiety Północnego Tian Shanu. Tam już Kazachstan.

Podobnie jak w Kazachstanie i tu widoczne są na skraju wsi muzułmańskie cmentarze. Czasem migają skryte wśród drzew i domów srebrne kopuły meczetów. Mijamy Tokmok i Kemin, opuszczamy Czuską Dolinę i wjeżdżamy do wąwozu Boom (Боо́мское уще́лье). To malownicze zwężenie doliny rzeki Czu, która na odcinku 30 kilometrów przeciska się między pasmami Kirgiskiego Ała-Too i Kiungej Ała-Too. Na marginesie – można tu uprawiać rafting.

Po jakichś dwóch godzinach od opuszczenia Biszkeku zatrzymujemy się w ładnym widokowym miejscu. Czas na chwilę wytchnienia dla kierowców, a dla nas okazja, by spróbować miejscowych placków i ciasteczek, których pełno w sklepach przy parkingu. Są z różnym nadzieniem: z mięsem. z ziemniakami, jest też słodkie ciasto. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej. Teren znów się wypłaszcza, w oddali już widać lśniącą taflę „kirgiskiego morza” – jeziora Issyk Kul. Po niemal czterogodzinnej podróży docieramy do Bałykczy. Jak zwykle na dworcu obskakują nas taksówkarze, proponując przejazd. Nie potrzebujemy ich, stoi przecież obok autobus.

Zdecydowaliśmy się na odwiedzenie południowej części jeziora Issyk-Kul, stąd łatwiej będzie nam jechać dalej w stronę Tadżykistanu. Zanim jeszcze wyruszymy do Barskoon – to nasz dzisiejszy cel – robię krótki spacer na pobliski cmentarz muzułmański. Grobowce tuż za meczetem mają duże rozmiary, są to właściwie budynki na planie kwadratu 4 × 4 metry i wysokości 2 do 4 metrów w kolorze wysuszonej gliny, której użyto do pokrycia murów z cegieł suszonych na słońcu. Notabene, w Kirgistanie wciąż stosuje się antyczną metodę wznoszenia murów. Stosy takich gotowych cegieł widziałem wczoraj przy dojeździe do Biszkeku. Część z grobowców jest zniszczona lub zdewastowana, nie sprawiają jednak wrażenia starożytnych. Swoją drogą powinienem się dokształcić z architektury cmentarzy. Na marginesie, te wielkie grobowce – zapewne rodzinne – nie są czymś spektakularnym. Bardziej dekorowane, wręcz wypasione miejsca pochówku widziałem choćby na cmentarzach chińskich w Manili.

Wracam do autobusu, kierowca zbiera od pasażerów po 200 KGS i ruszamy. Droga wiedzie wzdłuż Issyk-Kul, którego spokojne wody połyskiwały już z daleka, gdy dojeżdżaliśmy do Bałykczy.

– Pogoda się psuje – mówię do Marzeny – nie wiem, czy coś wyjdzie dziś z naszej górskiej wycieczki.

Istotnie, nad górskim pasmem okalającym jezioro od południa zbierają się ciężkie chmury. Robi się ponuro, wody jeziora przyjmują szarą barwę.

– Nie wykąpię się dzisiaj – wzdycha Marzena.

Zamarzył się jej kiedyś odpoczynek nad największym kirgiskim jeziorem. Już przed wyjazdem zaakceptowała tylko półdniowe plażowanie. Teraz wygląda na to, że i z tego nici.

Pożywiom uwidim.

A propos rosyjskiego: podstawowym językiem komunikacyjnym jest tu język Dostojewskiego i Tołstoja. Nieco inaczej będzie w Uzbekistanie, gdzie częściej można zamienić parę słów po angielsku. Marzena trochę gorzej mówi po rosyjsku niż ja, ale radzi sobie w marszrutkowych dialogach, czasem tylko podpowiadam jej brakujące słówko. Uśmiecham się na wspomnienie koślawego rosyjskiego, który u Grzegorza, z którym byłem w Mongolii prowadził do zabawnych sytuacji.

Przestajemy w Tong (Тоң). To jedna z miejscowości, w których moglibyśmy przenocować. Wszędzie – potencjalnie – są noclegi, kawałek plaży i górska dolina, wzdłuż której moglibyśmy zrobić sobie spacer. Trudno mi jednak powiedzieć, gdzie byłoby optymalnie. Owszem w pobliżu jest to skalny rezerwat "Skazka" ("Bajka"), miejscowa atrakcja, ale zdecydowaliśmy się na Barskoon, gdzie ponoć są wodospady. Tymczasem rozglądamy się wokół. Tu już wyraźnie widać lokalny koloryt. Wielu mężczyzn nosi wysokie białe czapli z czarnym tradycyjnym wzorkiem. Kałpaki (калпак) wykonuje się zazwyczaj z filcu zszywając cztery kliny a ich kształt rzekomo symbolizuje kirgiskie góry. Kałpaki traktowane są z szacunkiem (starannie go zakładają a później odkładają na specjalne miejsce w domu).

– Podobno Kirgizi traktują te czapki jak majtki. Nikomu nie pożyczają ani nie oddają. – mówię do Marzeny.

– Zabawnie w nich wyglądają. Ale zdaje się większość woli bejsbolówki…

– Czytałem, że odradza się tradycja noszenia kałpaków. Zrobili sobie nawet święto kałpaka w marcu. Wtedy musi być biało na ulicy, gdy wszyscy założą białe ak-kałpaki.

Wielu turystów przywozi sobie taką pamiątkę z Kirgistanu. Wątpię, żebym do nich dołączył, zazwyczaj nie kupuję tak mało użytecznych rzeczy. Przecież nie będę po rynku w Krakowie paradował w kałpaku*/. Natomiast tu, widok Kirgiza w kałpaku trzymającego przy uchu smartfon jest pięknym połączeniem tradycji i nowoczesności. Ta nowoczesność i tradycja lub też współczesność i przeszłość mieszają się na każdym kroku. Obok reklam kirgiskiej Coca-coli, która i tu dotarła, stoisko z podgrzewanymi na mikrofali tradycyjnymi ciasteczkami i przeżarte rdzą tablice z zatartymi hasłami o przodownictwie pracy. Naprzeciw sklepiku dostawcy internetu – намазкана, czyli pokój do modlitw w meczecie.

Nakrycia głów kobiet są zwykłe: mniej lub bardziej wzorzysta chusta jest niemal obowiązkowa u Kirgizek w średnim i starszym wieku. Do tego najczęściej barwna spódnica lub sukienka do połowy łydki. Dostrzegam również starszą panię w czyptamie (чыптама) – czarnej, aksamitnym bezrękawniku haftowanym złotą nicią. Podobno i mężczyźni takie noszą, nie mogę potwierdzić.

Po kwadransie ruszamy dalej. Cały czas niepokoją mnie ołowiane chmury nad górami, spada nawet parę kropli deszczu. Kierowca kiwa do mnie głową.

– Barskoon!

Wyciągamy plecaki wepchnięte z tyłu marszrutki i rozglądamy się.

– Nic tu nie ma – stwierdza Marzena.

Z opisu wynika, że jesteśmy jakieś dwa kilometry od wsi. Nie chce się nam iść, zwłaszcza że znów zaczęło mżyć.

– Spoko, zaraz coś złapię – mówię i ustawiam się na krzyżówce.

Istotnie, po chwili podjeżdża samochód osobowy prowadzony przez miejscowego.

– Nie wiem, czy się zmieścimy – Marzena powstrzymuje się przed wejściem do łady, widząc chłopaka i dziewczynę na tylnych miejscach.

Kierowca jednak zachęca, ruszamy. Młodzi są z Niemiec, zatrzymali się w hostelu należącym do Kirgiza prowadzącego auto. Po przejechaniu kilometra zatrzymujemy się i kierowca przesadza nas do innego samochodu. Wszystko wygląda na zorganizowaną akcję, chyba uzgodnioną telefonicznie. W każdym razie kolejny kierowca wiezie nas do swojego guest-house’u.

Po chwili jesteśmy na miejscu. Deszcz nie ustaje, zaciągamy ortaliony na głowę. Przemykamy do położonego w głębi ogrodu budynku.

– Możemy zobaczyć pokój?

Gospodarz prowadzi nas na piętro drewnianymi schodami z pachnącymi świeżością. Pokoik jest mały, ale komfortowy. Marzena rzuca się na łóżko, ja pytam o cenę.

– 2000 somów, śniadanie w cenie.

To trzy razy więcej niż w Biszkeku, a miejsce bez atmosfery.

– Okej – mówię do Marzeny – zostań tu, ja idę się rozejrzeć.

Nieco się przejaśniło, nad górami unosi się mgła. Przeskakuję nad kałużami, idę w stronę głównej drogi, wypatrując kogokolwiek na podwórku. Zaczepiony Kirgiz udziela wskazówek, gdzie znajduje się jakaś tania kwartira. Przyjmuje mnie starsza pani o wyglądzie nauczycielki. Pokój jest bardzo duży, wygląd ma w stylu FWP – z czterema łóżkami.

– 1600 somów.

– Ze śniadaniem?

– Tak.

– Dobrze. 1500 i biorę!

Obiecuję wrócić za pół godziny z bagażami. Dla spokoju sumienia idę poszukać jeszcze innej miejscówki. Zachodzę na jakieś podwórko, siedząca tam kobiecina ani w ząb po rosyjsku. No ja nie mogę! Tak jak w Xinaliq (Azerbejdżan). Woła 5-letnią córkę i ta służy nam za tłumaczkę.

– Tu noclegu nie znajdziecie, ale może u cioci – mówi rezolutna dziewczynka.

Idę więc z małą Kirgizką przez wieś, jak się jednak po chwili okazuje w gospodarstwie jej krewnych nie ma nikogo ze starszych. Wracam więc szybkim krokiem do Marzeny.

– Okej, mamy nocleg, zwijamy się stąd – mówię zdyszanym głosem.

Marzena nie do końca jest zadowolona, ale ustępuje. Nowe miejsce jednak podoba się jej.

– Jaki fantastyczny widok z tego okna – mówi. – Moje łóżko pod oknem!

Niech jej będzie! Dopytujemy gospodynię o transport do wodospadów. Marszrutek nie ma, ale może zamówić taksówkę. Dobrze jej z oczu patrzy, sądzę więc, że nie ma układu z taksówkarzem. Dzwoni zresztą na centralę. Kurs kosztuje 600 somów, z tym, że kierowca wróci się po nas, gdy skończymy wycieczkę.

Zabiera nas w krótką podróż rozmowny 60-latek. Zaczynamy turystyczną gadkę:

Otkuda?

– Z Polszy

– Muż, żena?

– Konieczno, da konieczno.

Potem pytania o imiona, liczbę dzieci.

– Wiecie, że tu jest kopalnia złota?

– Tak, słyszeliśmy o niej.

– Kopalnia jest własnością Kanadyjczyków, duże pieniądze tam ludzie zarabiają 2000 dolarów na miesiąc.

– A ty, dlaczego tam nie pracujesz? – podpytuje Marzena.

– Ja jestem taksówkarzem, zarabiam taksówką na dom. Buduję nowy dom. Tam trudno pracę. Trzeba dać łapówkę. Cała całe rodziny zbierają pieniądze.

Wspomniana przez kierowcę kopalnia to Kumtor (Кумтөр) – wybudowana w 1997 roku na zboczu pasma górskiego Ak-Shyirak na wysokości 3900–4150 m n.p.m. Wyżej znajduje się tylko kopalni Yanacocha w Peru. Jak dotąd wydobyto tutaj ponad 10 milionów uncji, czyli ponad 320 ton złota. Wydawać by się mogło, że odkrycie złoża w latach 70. zeszłego wieku przez radzieckich geologów będzie początkiem złotego interesu. Młoda republika, po uzyskaniu niepodległości w 1991 roku była jednak zbyt biedna, by podjąć się wydobywania swego skarbu narodowego. Stąd szukanie inwestora i utworzenie spółki z Kanadyjczykami. Niestety zasoby złota nie są niewyczerpane. I chociaż odkrywano kolejne złoża, to ocenia się, że większość złota już wydobyto w tym miejscu.

W tle pozostają wieloletnie spory dotyczące własności kopalni, oraz kwestie środowiskowe. Sądowe przepychanki na arenie międzynarodowej ostatecznie się zakończyły, ale niechcianym rezultatem były represje wobec protestujących robotników, zaś zniszczenie i skażenie środowiska wciąż jest niezałatwioną do końca sprawą.

Dolina zwęża się, droga nie jest najgorsza. Kiedyś była asfaltowa, teraz jest rozjeżdżona gruzawikami obsługującymi kopalnię. To jednak drobiazg wobec piękna otaczających nas gór. Niebotyczne szczyty pokryte wiecznym śniegiem toną w chmurach, soczyste łąki doliny i ciemna zieleń lasów iglastych porastających regle nadają widokom niepowtarzalny, bajkowy charakter.

Zatrzymujemy się przy skupisku jurt. Ani chybi to miejsce odpoczynku i rekreacji dla turystów. Umawiamy się z kierowcą na powrót za 4 godziny, na wszelki wypadek fotografuję tablicę rejestracyjną. Wspomniane jurty są pokryte białym płótnem, niektóre ozdobione czerwonym szlaczkiem. Są mniejsze, ale wyższe od jurt, które spotykałem w Mongolii. Natomiast jurty Ujgurów, które widziałem w Chinach były jeszcze bardzie spiczaste i bardziej bogato ozdobione. Zapewne jurty w Kirgistanie mają trochę inną wewnętrzną konstrukcję, ale będę to mógł ocenić dopiero jak wejdę do środka. Na razie decydujemy się na górką wycieczkę.

Ścieżka prowadzi nas stromo w górę. Gdzieś tam wysoko znajdować się mają wodospady. Radzimy sobie całkiem nieźle, niestety, nie mamy pełnej wiedzy o szlaku, nie wiemy, jak długo się tam idzie. Po drodze spotykamy paru miejscowych turystów, rozłożyli się w punktach widokowych. Przyroda wokół jest przepiękna, bujna. Na łąkach i w lesie kwitnie dużo kwiatów, staram się wszystkie sfotografować ;-). Są wśród nich szarotki (tu: Leontopodium ochroleucum), którymi tak zachwycałem się w mongolskim stepie, są dzikie kosaćce (Iris ruthenica) astry alpejskie (Aster alpinus) i bodziszki iberyjskie (Geranium ibericum). I wiele innych, których nie udało mi się zidentyfikować.

Wkrótce dochodzimy do pierwszego wodospadu (Барскоон шаркыратмасы, 2.500 m n.p.m.), struga wody spada tu kaskadą. Nie robi wyjątkowego wrażenia, ot siklawa jakich wiele w Tatrach. Pchamy się wciąż ku górze, odsłaniają się widoki na dolinę. Między strzelistymi świerkami widzę mikroskopijne jurty i wąską strużkę rzeczki Barskoon. Po drugiej stronie doliny wznoszę się pionowo skały. Osypujący się ze zboczy materiał utworzył w dole piargi ułożone serię trójkątnych stożków. Przystaję na chwilę, by Marzena mnie dogoniła.

– Daleko jeszcze?

– Nie mam pojęcia.

– To może ty idź, a ja tu poczekam.

Bez zwłoki ruszam dalej szybkim krokiem. Pospiesza mnie również psująca się pogoda. Zza kolejnego zakrętu na grzbiecie, który trawersuję dostrzegam już wyższy wodospad. Jest jeszcze w sporej odległości ode mnie, ale już słyszę łoskot spadającej wody. Wodospad (Vodopad Bryzgi Shampanskogo, Водопад Брызги Шампанского, 2.720 m n.p.m.) zasilany jest przez inny bardziej zasobny w wodę potok, a spływająca z góry woda na skalnym progu wylatuje z impetem do przodu, tworząc imponujący wodny wachlarz. Zaczęło kropić. Osłaniam obiektyw aparatu dłonią, robię jeszcze kilka zdjęć i zbiegam do Marzeny. Na szczęście mamy ortaliony na sobie, zresztą deszcz poniżej ustaje.

Jesteśmy znów w dolinie. Nasz kierowca zniknął gdzieś, nie wiem, czy wrócił do wioski. W każdym razie jego samochodu nie ma.

– Spokojnie, pojawi się, jeszcze mu nie zapłaciliśmy – uspokajam nas.

Z zainteresowaniem przyglądam się jak młody Kirgiz, przyklęknąwszy na jedno kolano, doi klacz. Klepie ją potem przyjaźnie po szyi i puszcza wolno. Jego stado liczy kilka zaledwie kilka koni i, jak się zdaje, służą one turystom do przejażdżek. Ja już to mam ze sobą: co nieco sobie pojeździłem w Mongolii.

– A ja bym chętnie pojeździła – mówi Marzena.

– Chcesz? Zaraz go zapytam, ile to kosztuje.

– Nie, może innym razem – dziewczyna się wycofuje.

Specjalnie ją nie namawiam. Dużo fajniej jest pojeździć na koniu wziętym "od chłopa”, a nie z wypożyczalni koni.

Zaglądamy do jurt. Nie są to jurty mieszkalne, raczej urządzone pod turystów. W jednej znajduje się miejsce noclegowe, stoi tu kilka pryczy i właściwie nie ma żadnego innego wyposażenia. Ściany obwieszone są wzorzystymi, kolorowymi kocami i narzutami. Komercja :-(.

– Zmarzłaś? – pytam, widząc, że Marzena zaciera ręce.

– No… ochłodziło się, to w końcu góry.

Zaglądamy do kolejnej jurty. Tu dla odmiany... punkt gastronomiczny. Pośrodku pomieszczenia ustawiono długi stół z ławkami po obu stronach. W głębi przy ścianie na kilku półkach ciasteczka, na ziemi kontener z colą i wodą.

Zdrastwujtie! – witam się uprzejmie – U was czaj jest?

Kirgiz gładko przechodzi na rosyjski.

Da, czaj jest – uśmiecha się i woła coś do gospodyni skrytej za zasłonką.

Po chwili na stole pojawia się czajnik z wrzątkiem i herbata ekspresowa. Gospodarzy dołączają do nas, a nawet zjawia się ich 10-letnia córka. Staje skromnie z boku i z ciekawością patrzy na nas.

Odkuda wy?

– Iz Polszy.

Opowiadam co i jak, rozmawiamy o Kirgistanie. Że jest ładnie, że się nam podoba, że ludzie są mili. Gospodarz przeprasza nas na chwilę, po chwili wraca z wódką i kieliszkami w drugiej ręce.

Chołodno segodnia – stwierdza tytułem wytłumaczenia.

Skoro stawia – pijemy za zdrowie wszystkich.

Lubię te rosyjskie i poradzieckie klimaty. Tę otwartość ludzi, tę chęć do poznawania się, goszczenia innych. A że temu towarzyszy wódka? No, cóż w tym klimacie trudno uprawiać winną latorośl, łatwiej o ziemniaki lub żyto. W Rosji tradycja picia wódki jest silna, głęboko zakorzeniona w kulturze i codzienności. Władza nie negowała, że wódka jest częścią kultury. W filmach radzieckich często pojawiała się scena biesiady, ale w sposób „kontrolowany” i „kulturalny”. Dla ludzi radzieckich była codziennym elementem życia, sposobem na radzenie sobie z rzeczywistością. Była przyjacielem, który „nie zdradzi, nie wyda, zawsze wysłucha”. Wódka stała się „народным наркотиком” („narodowym narkotykiem”), „smarem” relacji międzyludzkich, walutą, za którą można było „kupić” usługi: naprawę auta, dostanie się do lekarza, załatwienie deficytowego towaru.

W byłych republikach azjatyckich ZSRR (Kazachstan, Uzbekistan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan) stosunek do wódki jest trochę inny niż w Rosji – bo miesza się tu radziecka tradycja picia z lokalnymi, często muzułmańskimi obyczajami. Wódka wprowadzili tu Rosjanie i o to Lokalesi mogą mieć do nich pretensje (tak samo jak Indianie, których częstowano „wodą ognistą”) – przed XIX wiekiem w większości islamskich Azji Środkowej alkohol nie był powszechny, pito raczej lokalne napoje fermentowane: kumys (szczególnie w Kazachstanie i Kirgistanie), bozę (w Turcji) i arak (na Bliskim Wschodzie). W Kazachstanie i Kirgistanie wódka jest nadal popularna, szczególnie w miastach i wśród mężczyzn; w pozostałych byłych republikach – picie wódki jest bardziej dyskretne ze względu na silniejsze normy religijne, ale w kręgu znajomych czy w rodzinie nadal obecne (zwłaszcza wśród pokolenia wychowanego w ZSRR).

Po dwóch kieliszkach atmosfera w jurcie staje się bardziej domowa. Pytam córkę, jak ma na imię, czy chodzi do szkoły. Rozmawiamy o życiu.

– Jak wam się żyje? – pytam.

– Nie lekko, ale dobrze jest. Dom jest, praca jest. Czego nam więcej potrzeba?

– A jakaś rozrywka?

– No, co wy? Tu na wsi?! Dawniej był kino w miasteczku i festyny różne, święta były.

– A teraz?

– Teraz to każdy ma telewizor albo nawet satelitę i siedzi w domu – wtrąca kobieta.

– Podróżowanie takie? – Kirgiz kiwa głową na nas. – Byłem w sowieckich czasach w Batumi. Pięknie tam jest.

– Ale góry małe! – śmieję się.

– No, nie. Góry też tam duże. Kaukaz!

Nie wiem, czy tęsknią za Związkiem Radzieckim. Byli wówczas małymi dziećmi i nie wyobrażali sobie innego świata.

Kuszajte! – kobieta podsuwa nam ciastka podane na tacy.

– Ale teraz Kirgistan jest niepodległy – zauważam – macie paszporty, możecie jeździć po świecie, w sklepach wszystko jest.

Mężczyzna krzywi się i milknie.

– Nie jest tak? – naciskam.

– Możemy jechać, ale za co? – patrzy na mnie z wyrzutem, jakbym ja był winny tego, że średnie wynagrodzenie miesięczne wynosi 15.000 KGS (750 PLN)?

Kiwam głową ze zrozumieniem.

– Rząd wszystko bierze dla siebie, a w dodatku korupcja, urzędnicy, szkoda gadać. – mężczyzna dolewa sobie wódki.

Faktycznie, nowy rozdział historii Kirgistanu pełen był wyzwań i trudności.

– Wiesz, po tym jak nasz kraj odzyskał niepodległość, było dużo zmian. Najpierw mieliśmy prezydenta, który wydawał się być w porządku, ale z czasem zaczął robić różne rzeczy, które nam się nie podobały. Zaczął być bardziej jak dyktator, a nie lider, który dba o ludzi. Ludzie się zebrali i powiedzieli "dość". Doszło do wielkich protestów i w końcu w 2005 roku Akajew musiał odejść. To była taka mała rewolucja, nazywano ją "Rewolucją Tulipanową". Pamiętam, że było dużo emocji, ludzie byli naprawdę wzburzeni.

Hm. Jakoś o niej nie słyszałem. Co ja wtedy robiłem, czym byłem pochłonięty, staram się przypomnieć. Tak! Jechałem wtedy w lipcu drogą lądową przez Kazachstan do Chin. A na forach była wówczas dyskusja, czy da się przejechać przez przełęcz Torugart (3752 m n.p.m.) zamykaną na przemian przez Kirgizów i Chińczyków. Faktycznie to był niespokojny czas.

– Chcecie kumysu? – proponuje Kirgizka.

Ja dziękuję, w Mongolii już piłem, jakoś nie polubiłem. Marzena chce spróbować.

– Po nim przyszedł kolejny prezydent, ale on też nie był idealny – kontynuuje Kirgiz – Bakijew zaczął robić różne rzeczy, które nie podobały się ludziom, i znów było dużo niezadowolenia. Doszło do kolejnych protestów i on też musiał odejść. Potem mieliśmy nowego prezydenta, który wydawał się być kimś, kto naprawdę chce dobrze dla kraju. Atambajew próbował zrobić różne rzeczy, aby kraj był lepszy, ale wiadomo, że nie wszystko od razu idzie gładko. No i tak jakoś to było. Dużo zmian, dużo zamieszania, ale liczymy, że nasz kraj będzie się rozwijał i będzie lepiej dla wszystkich.

Czas nam szybko zleciał. Dziękujemy gospodarzom za herbatę i wódkę, płacimy i żegnamy się.

W pobliżu dostrzegam jakiś pomnik. Zaciekawiony, podchodzę do monumentu, spodziewając się, że pomnik przedstawia jakiegoś narodowego przywódcą. A nie! Oto przede mną popiersie Jurija Gagarina. Skąd ten pomysł, żeby uhonorować kosmonautę w takim miejscu?

Moje dywagacje przerywa trąbienie samochodu. Nasz kierowca zjawił się, wsiadamy i pędem z górki wracamy do wioski. Rozliczamy się, płacąc 600 somów.

Chociaż nasza wycieczka nie była długa, to jestem nią usatysfakcjonowany. Poczułem bliskość i potęgę kirgiskich gór, a spotkanie z miejscowymi Kirgizami było całkiem miłe. Robimy sobie kolację i wskakujemy do łóżek.

____________________________

*/ Inna rzecz, że w swej kolekcji pamiątek mam wełnianą czapeczkę z Dardżylingu, chustę z Amritsaru noszoną przez Sikhów, dzianinową czapeczkę kufi z Dohy, także arafatkę i kilka chust dla kobiet: z północnego Wietnamu i z Azerbejdżanu.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej