Przebierańcy? | | | |
Wstaję przed 7:00, ogarniam wzrokiem dormitorium z wciąż śpiącymi Brytyjczykami. W kuchni robię sobie kawę i zjadam śniadanie. Dawno już nie jeździłem po polskich hostelach i nie spałem w dormach, nie wiem więc, kim obecnie są bywalcy takich przybytków. W każdym razie tutaj młodzi ludzie, którzy śpią w dormitorium zupełnie nie wyglądają na backpackersów, ani nawet na turystów. Mam wrażenie, że to pracownicy sezonowi albo młodzi ludzie, którzy postanowili spędzić parę dni bez kontroli rodziców, uciekając z domu rodzinnego. Z pewnością ich bagaże nie przypominają ekwipunku plecakowicza, mają jakieś torby pasujące bardziej na do wizyty na siłowni lub boisku. Natomiast sam hostel jest w porządku: typowy hostel dla backpackersów. Wielkie (kupione zapewne na wyprzedaży) fotele z pseudoskórzaną tapicerką, kilkadziesiąt reklam piwa, samochodów i linii lotniczych na ścianach. Generalnie klimatyczne miejsce.
Rano zaglądam jeszcze do dzielnicy chińskiej. Wygląda to bardzo skromnie, zwłaszcza że żywego ducha o tej porze tu nie ma. Trochę czerwonych lampionów rozwieszonych ponad ulicami, czerwone słupy, no i, oczywiście, sklepiki z chińską żywnością. Generalnie niewiele tu ciekawego.
Idę na dworzec, a właściwie na Brunei Street, skąd o 8:35 odjedzie mój Megabus. Po ponaddwugodzinnej jeździe docieram do Manchesteru. Przy wyjściu z dworca mijam stanowisko z tablicą „Join the Socialist Socialist Party” z dwoma aktywistami zachęcającymi do wstąpienia do partii. Mam około 6 godzin na poznanie miasta.