Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Singapur – Johor Bahru

niedziela, 8 II 2015


Stopem na lotnisko | Wrażenia z Borneo – podsumowanie | Pierwsze kroki w Singapurze | | | | | | | | | |


Budzimy się o 6:00. To była kolejna męcząca noc w tropikalnym klimacie z kumkającymi żabami i szumem wentylatora w tle. Robimy kawę i w ciągu godziny osiągamy sprawność bojową. Gdy wychodzimy z bungalowu, oczywiście bez śniadania, jest jeszcze ciemno, choć niebo na wschodzie zaróżowiło się i zbłękitniało.
Stajemy na szosie i łapiemy okazję. Jest ciężko. Samochody jadą głównie z Miri, w przeciwnym kierunku, trafia się zaledwie kilka ciężarówek. Denerwuję się, bo jest już po 7:00, i chociaż ruch się wzmógł, nic się nie zatrzymuje.
– A niech to trafi – mruczę do siebie – trzeba było wstać wcześniej.
Ale przecież wiem, że bez sensu. W nocy mało kto by się zatrzymał w środku lasu. Mija nas sporo samochodów z wolnymi miejscami, może autostop nie jest tu zbyt popularny? Ale przecież wcześniej tak dobrze nam szło!
Wyjeżdża busik z naszego ośrodka, przystaje. Tłumaczę, że śpieszymy się na lotnisko.
– Can you wait for a while?
– Sure!
Kierowca odwozi kogoś, a gdy wraca za pół godziny, mówi:
– 80 ringgits.
Zwariował! Nie mam zamiaru mu tyle płacić, to tylko 20 kilometrów, autobus do Miri kosztuje 5 MYR. Zdaje się, że niepotrzebnie wspominałem mu o lotnisku. Żegnam go po polsku niezbyt wyszukanymi słowami. Szczęśliwie skąpstwo moje zostaje nagrodzone. Po chwili siedzimy w samochodzie i jedziemy z malezyjską rodzinką. Kierowca wypytuje nas, jak nam się podoba. Tradycyjnie wciskamy kit (i widokówkę) Zbacza i zawozi nas pod samą halę odlotów. Dzięki (10 MYR).
Cecile jest głodna, a że tu na lotnisku jest, jak zwykle, drogo, idziemy do oddalonej o 300 metrów chińskiej knajpki.
– Chcemy coś zjeść, na szybko, w 5 minut – mówię do gościa.
Po chwili pałaszujemy makaron-z-czymś-tam, z przystawką w postaci wodnistego rosołu podanego w czarce. Zaopatruję się jeszcze w herbatniki (wiadomo, Singapur nie będzie nas rozpieszczać cenami). Odlot jest nieco opóźniony, ale ja jestem w dobrym humorze: kończymy przygodę z Borneo, przynajmniej ta część trampingu przebiegła bez spóźnień na samolot i innych komplikacji. Jeszcze powrót do Indii i Sri Lanka, ale to już inna bajka.

Jakie było Borneo? Cóż... 5 dni to stanowczo za mało na malezyjską część wyspy. Nie wchodziliśmy na Kinabalu (extra 2 dni), nie byliśmy w jaskiniach Mulu i w rezerwacie orangutanów. Ale z drugiej strony wykorzystaliśmy czas do maksimum. Trzy parki narodowe, kilka innych atrakcji, w tym Brunei. Pogoda też nam sprzyjała. Krótki deszcz w pierwszym dniu przyniósł przyjemną ulgę. Było dobrze!
Startujemy przy zachmurzonym niebie. Lot nad Morzem Południowochińskim odbywa się ponad śnieżnobiałym dywanem chmur. Gdzieś tam w dole spoczywają szczątki zaginionego rok temu samolotu Malaysia Airlines, który odbywał feralny lot MH370. Gdy wybudzam się z drzemki, widzę przez okno fascynujący widok: Singapurskie wieżowce wyłaniają się z chmur, a po sekundzie znikają. Daję znaki Cecile siedzącej po drugiej stronie, by robiła zdjęcia. Nic nie widzi poza chmurami! Później okaże się, że to był tylko mój sen.
Na lotnisku w Singapurze oferowane są darmowe wycieczki po mieście. Pani pyta nas, kiedy mamy dalszy lot. Wygląda na to, że atrakcja nie jest dla nas. To nieważne, chcemy być niezależni. Wymieniam 8 dolarów Brunei na 8 dolarów Singapuru oraz sprzedaję 20 dolarów USA. Z takim majątkiem przystępujemy do podboju państwa-miasta ;-). Aha! Dostajemy jeszcze sześciogodzinny kod do lokalnego WiFi i zmieniam banknoty tak, by mieć monety na zapłacenie za przejazd autobusem do centrum. Żwawa staruszka próbuje nam pomóc w wyborze linii autobusowej, ale my sami nie wiemy, dokąd chcemy jechać. Wybieramy autobus A3 w Lonely Planet (4 MYR).

Singapur już w pierwszej chwili sprawia przyjemne wrażenie. Na długim odcinku 20-kilometrowej drogi dzielącej lotnisko od centrum jedziemy szeroką aleją obsadzoną rozłożystymi akacjami. Wszędzie pełno kwitnących krzewów. Na trawnikach oddzielających ulicę od plaży trafiają się namioty – widać, że młodzi ludzie żyją tu na luzie.
Wysiadamy przy nowoczesnym centrum handlowym. Nasz priorytet – odnaleźć dworzec autobusowy przy Queen Street, zostawić tam bagaż i szybko zwiedzić miasto. W praktyce plan okazuje się trudny do realizacji. Najpierw błądzimy po galeriach handlowych, które oszałamiają wielkością (i cenami). Trudno uniknąć wstępowania do nich, gdyż kładka dla pieszych przerzucona ponad arteriami komunikacyjnymi prowadzi wprost do wnętrza tych centrów handlowych. A skomplikowany układ ciągów wewnątrz skutecznie uniemożliwia ich szybkie opuszczenie, co zapewne zachęca do robienia zakupów. Po godzinie wędrówki zmachani jesteśmy przy Queen St. Bus Station. No i szok! Nie ma tu przechowalni bagażu. W sąsiednim białym kościółku katolickim próbujemy szczęścia.
– It is not possible – mówi kobieta w budynku administracyjnym – security reasons.

[opis Singapuru]
[przejazd do Johor Bahru]

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej