Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Queenstown - Ben Lomond - Queenstown

piątek, 4 IX 2015


Dokąd na wycieczkę? | Sympatyczna obsługa w hostelu | Uwielbiam cmentarze! |Rozrywka na Bob's Peak | Góry, góry wokół! | Ben Lomond zdobyty :) | Nowa Zelandia zachwyca kolorami | Sergiusz tropi świergotka


Cmentarz w Qeenstown

Nie chciało mi się czytać przewodnika po Nowej Zelandii. Sergiusz – tym bardziej nie zawracał sobie głowy opisami Queenstown. A przecież mieliśmy udać się na krótki trek po górach. Gdy wczoraj wieczorem na horyzoncie ujrzałem ośnieżone góry, zdałem sobie sprawę z tego, że wycieczka na Mount Crichton będzie nierealna o tej porze roku – nie tylko ze względu na zaśnieżone szlaki, ale i krótki dzień: jasno się robi koło 7:00 a zmierzch zapada około 18:00. Dodatkowo musielibyśmy łapać stopa, by podjechać kilkadziesiąt kilometrów. W informacji turystycznej powiedziano nam, że najlepiej zrobić sobie rundkę po podmiejskim parku. W żadnym wypadku nie wchodzić na Ben Lomond ze względu na śnieg. Spośród różnych wariantów tras wybraliśmy... oczywiście Ben Lomond.
– Wchodzimy przynajmniej na przełęcz – zadecydowaliśmy zgodnie czytając opis szlaku na otrzymanej mapce.

Rano pobudka o 6:30. Cicho opuszczamy dormitorium i pędzimy do kuchni. Kawa, herbata, kilka kromek z dżemem, pakujemy kanapki na drogę.
– Masz mapkę Queenstown? – pytam.
– Zostawiłem w pokoju...
Ach, to moje dziecko! Bierzemy z recepcji kolejną mapkę informując personel dokąd się udajemy.
– Good luck! – uśmiecha się miła Nowozelandka.
– We’ll be back in the evening! See you.
W drodze na Bob Lemond Jeszcze trzeba zmienić pokój. Nie chcę być ofiarą azjatyckiej ptasiej grypy lub innego choróbska.
– Mam prośbę – zwracam się do drugiego recepcjonisty – Możemy zmienić pokój? Dwie osoby kaszlały przez całą noc i nie dawały spać.
– Nie ma sprawy – uśmiechnięty Nowozelandczyk wyszukuje wolne miejsca i daje nam klucze – Coś jeszcze?
Ładnie dziękujemy i szybko przeprowadzamy się do drugiego pokoju. Kilka warstw odzieży, którą dziś ubraliśmy, sprawia, że gdy stajemy przy wyjściu z budynku, jesteśmy już mokrzy. Jest wpół do ósmej.

W mieście panuje już ożywiony ruch. Kierujemy się w stronę kolejki gondolowej. Zwracają uwagę daszki ciągnące się nad chodnikiem na całej długości ulicy.
– Dla wygody kupujących – orzekamy – w tym kraju pada 200 dni w roku!

Kilka ulic dalej wyjaśnia się pochodzenie tajemniczych świateł zawieszonych na niebie, które oglądaliśmy wczoraj wieczorem, To zabudowania górnej stacji kolejki gondolowej. Wznoszą się 450 metrów powyżej miasta. Nieliczni o tej porze wycieczkowicze kierują się do kolejki, która za jedyne 32 NZD wyniesie ich w górę. Zanim i my ruszymy na szlak, zaglądamy na mały cmentarzyk. Potrzebna tu dygresja. Uwielbiam zwiedzać cmentarze. Są tak różnorodne, tak ciekawe! Moja fascynacja miejscami pochówku zaczęła się chyba w Damaszku, kiedy miejscowy staruszek zaprowadził mnie i Beatę do groby Fatimy. Potem były wykafelkowane nagrobki w Meknes, żelazne „kojce” w karelskich i gruzińskich wioskach, „ule” w Kaszgarze, miniaturowe domki na grobach w andyjskiej wiosce, bajecznie kolorowe stupy pod Siem Reap. Były również sławne nekropolie, choćby cmentarz w Petersburgu, w Wilnie a także wielkie grobowce w rodzaju piramid (Giza, Sakkara), mauzoleów (Moskwa, Hanoi, Pekin, Ułan Bator, Tirana), tolosy (Mykeny, Tyryns). Bez dwóch zdań w tych miejscach: na cmentarzach, w nagrobkach, stupach zawarta jest niesamowita historia ludzkości. Lubię patrzeć na cmentarne figury, krzyże, rzeźbione nagrobki, odczytywać na wpół zatarte napisy w różnych językach. Zgromadziła mi się niezła kolekcja cmentarnych fotografii z całego świata... Kiedyś nawet zrobiłem slajdowisko o cmentarzach i nekropoliach świata: od Andów po Indochiny... Przełącz

Ten cmentarzyk, pełen anielskich figur, przywołuje we mnie – ze względu na górskie otoczenie – wspomnienia z Boliwii.

Ruszamy szlakiem w górę. Trudno się zgubić. Tabliczki jasno wskazują kierunek, inne zakazują zbaczania z drogi. W prześwitach między drzewami błyszczy niebieska tafla jeziora Wakatipu okolonego górami z poszarpanymi graniami. Od połowy skalistych bezleśnych zboczy leży śnieg a ostra pozioma granica oddzielająca biel śniegu od brązu ziemi i skał wskazuje, że jest to świeży, może zeszłotygodniowy, śnieg. Widać, wiosna, która zawitała do Queenstown wciąż musi zmagać się z zimą.

Po godzinie docieramy do Bob’s Peak z górną stacją kolejki gondolowej. Z tego miejsca rozciąga się widok na miasto, jezioro i okoliczne góry. Na lewym, wschodnim brzegu Wakatipu widać rozciągające się południkowo pasmo Remarkables z kulminacją w Double Cone (2319 m n.p.m.). Wiem, że pomiędzy szczytami znajduje się szereg malowniczych jeziorek. Gdybym posiedział tu dłużej, z pewnością wybrałbym się tam - zwłaszcza latem... Na prawo, po drugiej stronie błękitnej wody wznosi się ośnieżone pasmo z najwyższym wierzchołkiem Cecile Peak (1978 m n.p.m.). Natomiast po lewej stronie Remarkables, bardziej na północ, wznosi się Coronet Peak (1649 m n.p.m.) położony ponad Arrow River, rzeczką znaną z gorączki złota z 1861 roku. Na szczycie góry znajduje się ośrodek narciarski od 70 lat dostarczający rozrywki Nowozelandczykom. Śnieg utrzymuje się tu wyjątkowo długo a liczne trasy narciarskie są oblegane nawet w nocy.

Na tych, którzy tu dotarli (głównie kolejką) czekają dalsze atrakcje: zjazd półtorametrowym niskim wózkiem po krętym torze liczącym 800 metrów długości. Deska z kółkami i kierownicą umożliwiającą sterowanie pojazdem cieszy się dużym powodzeniem: rozpędza się na prostych odcinkach do 30 km/h. Przyjemność ta jest w miarę tania – dokładając do ceny biletu za kolejkę gondolową jeszcze 23 NZD otrzymujemy 5 zjazdów wózkiem. Frajda trwa zaledwie parę minut, by przyspieszyć powtórny zjazd, można skorzystać z krótkiego wyciągu krzesełkowego. Odnoszę wrażenie, że Nowozelandczycy lubią rozrywkę, ale nie lubią wysiłku. My ruszamy w dalszą drogę. Alpy Południowe

Szlak znów zagłębił się w las a gdy wychodzimy na otwartą przestrzeń, sceneria robi się już całkiem zimowa. Ziemię pokrywa warstwa białego puchu, nie dość grubego jednak, by skryć wysokie trawy i zarośla. Przed nami wznosi się ostry grzbiet, którego kulminację stanowi szczyt Ben Lomond. Góra liczy sobie zaledwie 1748 metrów wysokości, ale zważywszy na to, że Queenstown leży na poziomie 300 m n.p.m., przewyższenie jest całkiem spore: mniej więcej takie, jak przy wejściu z Palenicy Białczańskiej na Rysy. Na razie zmierzamy na ośnieżoną przełęcz pozostawiając wierzchołek po lewej stronie. Pogoda się poprawia, na niebie pozostało zaledwie parę chmur. Słońce przygrzewa, trzeba ściągnąć jedną warstwę ubrań.

Ślady na śniegu wskazują, że przed nami idą dwie osoby. Wkrótce je dostrzegamy, również zmierzają na przełęcz. Wyprzedza nas 30-latek w rakach i z przytroczonym czekanem. Wygląda na to, że tego dnia na szczyt będziemy wchodzić jako 4 i 5 osoba. Tymczasem przysiadamy na ławce ustawionej na szerokim siodle i rozkoszujemy się widokami. A jest na co popatrzeć! To nie Tatry, w których, stojąc na Giewoncie, ujrzymy z jednej strony Czerwone Wierchy i Tatry Wysokie, ale z drugiej – już tylko płaskie Podhale. Tu góry otaczają nas ze wszystkich stron a szczytów są setki! Wszystkie ośnieżone lub tylko przyprószone śniegiem lśnią w słońcu lub szarzeją w dali ginąc w perspektywie powietrznej. To nie są łagodne zbocza lesistych Beskidów ani upstrzone skałkami trawiaste stoki Tatr Zachodnich. Tu granie pasm są ostre, poszarpane, dzikie. Zbocza wyłaniające się spod śniegu pokryte są jedynie skąpą roślinnością. O, jakże bym chciał po tych górach pochodzić!
- Głodny jestem... - słyszę.
- Masz tu kanapkę – podaję synowi woreczek z jedzeniem.
- A gdzie są czipsy?
Wzdycham. Góry nad J. Wakatipu

Czas ruszyć na szczyt. Teren jest odsłonięty, śnieg na 10 centymetrów. Wyraźne ślady wspomnianej dwójki turystów prowadzą ledwie widoczną ścieżką. Słońce nadtopiło białą pokrywę na skałach i spod śniegu wyłoniły się zielonożółte porosty i czerwonorude krzewinki. Ale mi najbardziej podobają się pióropusze wiecznozielonej juki. Ładnie tu musi być o każdej porze roku! Wierzchołek Ben Lomond jest nieco spłaszczony, niewidoczny przy podejściu, więc ciągle wydaje się nam, że to tuż-tuż. Niektóre odcinki szlaku są bardziej strome, nogi ześlizgują się na oblodzonym zboczu, ale dajemy sobie radę bez raków. Młody mężczyzna, który nas wyprzedził wcześniej, gdzieś zniknął, za to na szczycie dostrzegamy odpoczywającą parę. Wkrótce dołączamy do nich. Są Brytyjczykami. Robimy sobie zdjęcia i delektujemy się wspaniałymi widokami. Na północno-zachodniej grani wiatr uformował niebezpieczne nawisy ze śniegu i lodu. Zdaje się, można zejść tamtą stroną nad jezioro i dotrzeć do Queenstown. Być może tak postąpił młody człowiek z rakami.

Czas na powrót. Schodzimy trochę na skróty i cały czas rozglądamy się za jakimś osłoniętym miejscem, by zagotować wodę na herbatę. Rozkładamy się na stoku w niewielkim zagłębieniu terenu. Mniej tu wieje i nie widać, co robimy. Piszę to w kontekście licznych ostrzeżeń informujących o całkowitym zakazie niecenia ognia. Co prawda, powyżej linii lasów i suchych traw nic się nie może zapalić, ale jesteśmy w restrykcyjnym kraju – pełnym zakazów, nakazów i innych regulacji. Sergiusz trochę się denerwuje ale przypominam mu robienie zupki na Czerwonych Wierchach, Po chwili pijemy gorąca herbatę. Tego nam trzeba było!

Dalsza droga jest już na luzie. Na szlaku do przełęczy pojawiło się paru wycieczkowiczów, ale biorąc pod uwagę późną godzinę, nie sądzę, by zamierzali wchodzić na szczyt. W dolinie widoki są również zachwycające. Teraz mamy czas się nimi delektować. Czerwone, rude, żółte zielone i brązowe kolory traw i krzewinek pięknie komponują się z modrą taflą jeziora, bielą szczytów i błękitem nieba. Ja fotografuję głównie drobne roślinki, Sergiusz robi zdjęcia panoramiczne. Przyroda zachwyca

Wodę Wakatipu powoli przemierza statek. Z jego komina bucha szary dym. Ani chybi to TSS Earnslaw – duży dwuśrubowy parowiec pływający tu od przeszło stu lat. Dawniej statek kursował wzdłuż 80-kilometrowego jeziora, wożąc do Kingston rogaciznę, wełnę, masło i sery z okolicznych pastwiska a z powrotem zaopatrzenie do nadbrzeżnych miejscowości. Dziś, przerobiony na statek wycieczkowy, Earnslaw przewozi spragnionych atrakcji turystów.

W pewnym momencie Sergiusz, idący kilkadziesiąt kroków przede mną, przystaje i daje znaki, bym podszedł powoli. W zeschniętej trawie wypatrzył szarego ptaszka niewiele większego od naszego wróbla. To świergotek nowozelandzki – endemit z rodziny pliszkowatych. Upierzenie ptaka daje mu idealny kamuflaż. Zupełnie nie przejmuje się naszą obecnością, mimo że stoimy dwa metry od niego. Oczywiście, zastanawiamy się, czy nie spotkamy kiwi w naturze. Nie liczę na to. Ten nowozelandzki symbol jest nocnym ptakiem i w górach nie występuje.

Za lasem kolejna odsłona gór – teraz oświetlonych nisko już pochylonym słońcem. Dochodzimy do Bob’s Peak. Zabawa przy Skyline trwa na całego: mieszkańcy i goście z Queenstown szaleją na wózkach po krętym torze lub ze świstem zjeżdżają na linach. Trochę im zazdrościmy. Gdy dochodzimy do znajomego cmentarza koło dolnej stacji kolejki, zmierzcha już. Jesteśmy zmęczeni, ale zadowoleni z wycieczki. Trasa krótka, zaledwie 9-godzinna, ale dała nam pojęcie, jak wyglądają Alpy Południowe. Sił nam starczy tylko na przejście do hostelu, ciepłą kolację (makaron z serem) i gorący prysznic. Noc jest zimna za sprawą otwartego okna. Cóż – 10 osób w dormie...


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej