Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]
"O, nie! Pada!" | Zachwycająca architektura | W Gardens by the Bay
To już końcówka wyjazdu. Siedzimy teraz w Terminalu 1 w oczekiwaniu na lot Scoota do Berlina. Już wiadomo, że lot będzie opóźniony o kilkadziesiąt minut. Nie szkodzi. Dzień był męczący, głównie za sprawą niepogody. Ale po kolei.
Około 5:00 budzi mnie chrapanie Renaty. Czy wcześniej zbudziła innych w dormie – trudno mi powiedzieć. Delikatnie kopię ją w łydkę. Gdy nie pomaga, lekko popycham. Przed 7:00 ostatecznie wstajemy i po cichu pakujemy się.
– Gdzie zostawimy bagaże? – to pytanie zaprząta głowę Renacie.
– Nie wiem, zobaczymy.
Na razie trzeba opuścić to miejsce. Tu jest ciasno, a musimy spakować się i zjeść śniadanie. Zjadam chińską zupkę, popijam kawą. Renata wcina chleb z pomidorem. Plecaki rzucamy w kąt, mówiąc recepcjonistce, że odbierzemy je po południu. Już, już wychodzimy z hostelu, gdy Renata zatrzymuje się w bramie i mówi:
– Zdaje się zaczyna padać.
– O, nie! – jęczę – Muszę się wrócić po ortalion.
Niebo jest zachmurzone, siąpi deszcz. Od czasu do czasu wygląda jednak słońce i wciąż mam nadzieję, że pogoda się szybko poprawi. Do Marina Bay Sands mamy około dwa kilometry, to 25 minut drogi. W miarę jak zbliżamy się do celu, przypominam sobie miejsca, które odwiedzałem pięć lat temu. Moment! Przecież to było już dziewięć lat temu – reflektuję się. Jak ten czas leci!
Już z daleka widać diabelskie koło, potem wyłania się niezwykły budynek Marina Bay Sands, a w końcu ukazuje się doskonale wszystkim znany spiralny most (Helix Bridge), a obok – budynek Art Science Museum w kształcie kwiatu lotosu.
Cieszę się, że znów tu jestem. Tamten spacer po Singapurze, który odbyłem z Cecile w 2015 roku, był dość szybki, nie mieliśmy za dużo czasu. Dziś mamy na to cały dzień.
Zatrzymujemy się kilka razy na spiralnym moście. Z zachwytem patrzę na budynek muzeum i wznoszący się wysoko hotel Marina Bay Sands. Czasem sobie myślę jak niewiele(?) trzeba, by przyciągnąć do miasta tłumy turystów. Wystarczy zbudować wieżę Eiffla, Atomium (Bruksela), centrum nauki i sztuki (Ciudad de las Artes y las Ciencias w Walencji), wieżowiec Taipei 101 (Tajpej) lub Burdż Chalifa (Dubaj). Takie obiekty stają się wizytówką miasta. I zawsze powtarzam, że to wymaga (oprócz pieniędzy, oczywiście) wielkiej odwagi ze strony władz. Jeden niezwykły czy oryginalny budynek, a zmienia się wizerunek miasta. Czy Singapur byłby tak samo atrakcyjny bez Marina Bay Sands i ogrodów? Zdecydowanie nie!
– W tym budynku po lewej stronie znajduje się dżungla. To właściwie ogród botaniczny z tropikalną roślinnością – opowiadam.
Ale myślę, że nie ma sensu tam wchodzić, to raczej atrakcja dla mieszkańców tego miasta-państwa, w którym nie ma za dużo naturalnej zieleni. Bardziej atrakcyjny wydaje mi się sam budynek – Cloud Forest, przypomina te, które widziałem w Walencji. Wewnątrz urządzono ogród botaniczny z bujną roślinność z tropikalnych wyżyn. Utrzymywany jest tam klimat chłodny, ale bardzo wilgotny. Pośrodku znajduje się centralny element: 35-metrowa sztuczna góra z najwyższym na świecie "wewnętrznym" wodospadem. Dominuje górska tropikalna flora Andów i gór Azji Południowo-Wschodniej z niezliczonymi orchideami, paprociami i roślinami epifitycznymi.
Obok, w równie futurystycznym budynku – Flower Dome urządzono największy szklany ogród zimowy na świecie. Tu z kolei panuje klimat suchy, śródziemnomorski, a świat roślin został zaimportowany z regionu Kalifornii, Morza Śródziemnego, RPA i Australii. Pełno tu sukulentów, oliwek, lawendy, a nawet baobabów.
Przed nami prawdziwe ogrody na świeżym powietrzu. Gardens by the Bay – miejskie ogrody rozpościerają się na powierzchni 105 hektarów. To spory teren, chcielibyśmy spędzić tu trochę czasu. Przechodzimy parę alejek z pięknie urządzoną roślinnością, gdy zaczyna padać. Chronimy się pod pergolą, czekamy. Nie przestaje padać. Deszcz się nasila, czasem słabnie, ale wciąż pada.
– Dziękuję za taki spacer!
Nie mamy wyboru.