Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]


Nadżran – Al Harajah – Sarat Abidah – Abha

niedziela, 12 III 2023


Niespokojny zakątek królestwa | Ukhbu: niewiele pozostało, ale podoba mi się | Moknę w pałacu emira | Udzielam wywiadu sieci 1k | "Zawrociłem, bo musiałem ci pomóc" | Nocleg na pustyni


Nocleg pod Nadżranem

O 6:30 budzę się, nawet się wyspałem. Pakuję się i idę do głównej drogi. Po jej południowej stronie ciągną się wysokie skały, nie ma mowy o tym, żeby tędy przejść na skróty do Nadżranu. Łapię się na tym, że nie jestem dość przygotowany do wyjazdu: nie przestudiowałem topografii miast i nie przemyślałem optymalnych ruchów. Zaglądam do skserowanego fragmentów z Lonely Planet, mam tam plan miasta z zaznaczonymi zabytkami. Niestety, nie jestem w stanie skorelować tej mapki z lokalizacją na mojej Maps.me. Przechodzę kilkaset metrów drogą, mijam punkt kontrolny i łapię stopa. Jakiś gość zabiera mnie do miasta, to tylko cztery kilometry, lecz zatrzymuje się na przedmieściach przy alei wysadzanej plumeriami (Plumeria alba L.) i ozdobionej kwietnikami. Dobre i to.

Do mediny została mi jeszcze około godziny marszu. Z ociąganiem ruszam dalej, machając od niechcenia na samochody. Kolejny kierowca podrzuca mnie do centrum, wysiadam na samym początku mediny, popełniając tym samym błąd, bo główne atrakcyjne miejsca są parę kilometrów. No nic, idę sobie powoli, chowając się w cieniu przed prażącym słońcem. Miasto średnio ciekawe, uliczki, jakich tu wiele. Oglądam wystawy sklepów z ubraniami, fotografuję przepiękne suknie dla pań. Sięgają na ogół ziemi, są kloszowate, inne, bardzo wąskie, w różnych kolorach, ozdobione cekinami i innymi świecącymi elementami. Z pewnym zdziwieniem odnotowuję, że niektóre z nich pod warstwą półprzezroczystego tiulu skrywają dość kuse, bo sięgające do połowy ud sukienki, czasem nawet krótsze. Z pewnością tych sukien Saudyjki nie używają na publicznych imprezach.

Choć to dopiero poranek, temperatura przekroczyła 25 °C, narasta nieziemski upał. Według prognoz ma być dziś 33 °C. Wstępuje do większego marketu i kupuję litrową pepsi. Krzywię się na cenę 5 riali, ale nie mogę sobie odmówić. Skręcam w kierunku południowych dzielnic miasta, gdzie ma się znajdować stanowisko archeologiczne Al Ukhdud. Przekraczam na wpół wyschniętą rzekę. Za nią, w odległości sześciu kilometrów, wznosi się górskie grzbiet, tamtędy przebiega granica saudyjsko-jemeńska. A za nią znajdują się posterunki obserwacyjne i bazy wojskowe Huti. Tak, tych Huti, którzy zajęli we wrześniu 2014 roku stolicę Jemenu, a teraz przewodzą opozycji w toczącej się wojnie domowej. Dziś nie ma bezpośredniego zagrożenia ze strony Jemenu, ale nie zawsze tak było. 5 maja 2015 doszło do ataku moździerzowego przeprowadzanego przez Huti na Nadżran. Był to pierwszy atak w trakcie wojny na obiekty w Królestwie Saudów, później przeprowadzono ich setkę. Rakietami, dronami i pociskami moździerzowymi niszczono obiekty infrastruktury przemysłowej związanej z przetwórstwem ropy naftowej, porty i lotniska, a także bazy wojskowe. Saudyjczycy nie pozostawali dłużni: w październiku 2016 lotnictwo KAS uderzyło na Sanę podczas pogrzebu ojca Dżalala al-Rawiszana – ministra spraw wewnętrznych w rządzie Huti. W efekcie kilkaset osób zostało rannych i zabitych. Na szczęście dwa lata później podpisano w Szwecji "porozumienie sztokholmskie", wojsko wróciło do baz, zawieszenie broni było zasadniczo przestrzegane. Nadżran: sklep z odzieżą

Idę teraz wzdłuż długiego muru otaczającego sady owocowe. Pakistańscy robotnicy kładą asfalt na jezdni. Podziwiam trud ich pracy przy tak wysokiej temperaturze. Znów zagłębiam się w uliczki przedmieść, ale coś mi zaczyna się nie podobać. Według mojej Maps.me powinienem już dojść do ruin Ukhbud, a tu nic takiego się nie zapowiada. Pytam mężczyzn ładujących meble na furgon o to miejsce i muzeum.

– To około dwóch kilometrów stąd – pokazują mi zupełnie przeciwny kierunek.

Wycofuję się z osiedla i przy głównej drodze pytam wsiadającego do samochodu kierowcę czy dobrze idę. Ten oferuje podwiezienie do muzeum. Super! Na kolejnym zakręcie znajduje się muzeum, lecz przejeżdżamy obok, nie zwalniając.

– Spokojnie – mówi Saudyjczyk – to muzeum jest zamknięte, tam dalej jest to właściwe.

Faktycznie, w starym Lonely Planet czytałem, że planowane jest otwarcie drugiego muzeum w pobliżu i że będą wprowadzone bilety. Na miejscu okazuje się, że wstęp jest darmowy, trzeba tylko zostawić swoje dane paszportowe. Muzeum jest skromne, parę informacji o historii tego miejsca, kilka artefaktów.

Przechodzę na drugą stronę budynku, tam znajduje się wejście na obszar wykopalisk. To rozległy teren, miejscami zakrzaczony, a głównym, najbardziej interesującym miejscem, jest fort sprzed 2700 lat. Zbudowany na planie w miarę regularnego kwadratu o boku 250 metrów zajmuje obszar 650 arów. W VII wieku p.n.e. fort, wraz z otaczającym go miastem, stanowił najbardziej wysunięty na północ kraniec Królestwa Saby – zanim zostało ono podbite w 25 roku p.n.e. przez Rzymian. Przez wieki miasto, zwane ongiś Ragmatem, należało do Jemenu, tędy prowadził kadzidlany szlak, którym wędrowały karawany ze stolicy Maribu na północ. Tu szlak się rozwidlał, karawany mogły obrać odnogę zachodnią idącą przez Hidżaz do Morza Śródziemnego albo wschodnią – do Zatoki Perskiej i żyznych ziem Mezopotamii. Ragmat, podobnie jak inne miasta na szlaku, bogacił się dzięki podatkom nakładanym na wędrowców. Znalazło to odzwierciedlenie w potędze budynków w Al-Ukhdud, wciąż widoczne są pięknie obrobione kamienne ściany. Z pewnością miasto kiedyś robiło wrażenie na współczesnych, dziś niewiele z niego zostało. Ukhbud  - fort

Zwiedzając wykopaliska, ciężko mi się zorientować w terenie: fortu nie zbudowano, jak to często bywa, na wzgórzu, lecz w płaskim terenie. Wdrapuję się więc na mur, by ogarnąć sytuację. Odnoszę wrażenie, że saudyjscy archeolodzy w ogóle nie próbowali zrekonstruować budowli. Pod kiepsko zachowanymi murami zewnętrznymi piętrzą się stosy budulca, to samo dotyczy zabudowań wewnątrz fortu. Jedynie środkowa jego część została oczyszczona z gruzu i dziś widać, że w poprzek fortu prowadziła szeroka, główna ulica. Tu najlepiej zachowały się fragmenty ścian wykonanych z dość dobrze ociosanych i dopasowanych bloków kamiennych. Na niektórych z nich widoczne są różnego rodzaju ozdoby: petroglify i napisy. Podejrzewam, że te napisy nie są aż tak stare, są zbyt elegancko wykonane. W każdym razie, z tego co widzę, pojedyncze słowa są zapisane alfabetem południowoarabskim, bez użycia samogłosek – podobnie jak w innych klasycznych alfabetach semickich.

Upał jest potworny, kręcę się bezładnie po ruinach i staram się jak najszybciej stąd uciec. Gdzieś tam, na obrzeżu terenu wykopalisk, znajdują się ruiny małego meczetu oraz stanowisko z wielkimi kamieniami młyńskimi. Odpuszczam. W zamian trafiam na uboczu na fragment murów z kolejnymi napisami i rysunkami. Przez chwilę próbuję jeszcze wypatrzyć ptaszki, których śpiew towarzyszy mi cały czas, ale chowają się na krzakach wśród liści. Zawracam do budynku muzeum, tu w łazience dokonuje ablucji. Myję się i przy okazji piorę spodnie i koszulkę. Mokre rzeczy zakładam na siebie, odczuwam sporą ulgę.

Teraz muszę podejść do pałacu Amarah. Teraz muszę podejść do pałacu Amarah. Nieoczekiwanie zatrzymuje się jakiś samochód na ulicy, a kierowca spontanicznie proponuje podwiezienie. Jedziemy wprost do pałacowego muzeum i choć to zajmuje nam zaledwie dziesięć minut, to zdążymy miło sobie porozmawiać. Po drodze doświadczamy błyskawicznej zmiany pogody: chmurzy się i zaczyna padać deszcz. Zwiedzanie pałacu jest darmowe, trzeba tylko znów wypełnić formularz z danymi. Siedzący za biurkiem Saudyjczyk, widząc mnie zdyszanego, podaje wodę. Tym razem nie robię ceregieli, biorę butelkę ze sobą i dziękuję.

Qasr al-Imara, w którym się znajduję, został zbudowany na planie kwadratu nie tak dawno, bo w 1942 roku, ale z wykorzystaniem elementów tradycyjnej architektury regionu Asir. W 60 pokojach urządził się miejscowy książę z rodziną i służbą. Pałac wykonany jest w całości z materiału zwanego adobe, mury ma zwieńczone białymi blankami, a okna obramowane białymi paskami. Całość sprawia atrakcyjne wrażenie. Pałac-muzeum zwiedzam samodzielnie, nikt nie oprowadza ani nie pilnuje sal. Zresztą ilość i rodzaj eksponatów nie są oszałamiające. Obchodzę budynek metodycznie, zaglądając do wszystkich zakamarków. Łatwo się tu pogubić, pomieszczenia są podobne do siebie, nie można się dziwić, że do niektórych zaglądam dwa razy. Na wyższej kondygnacji można wyjść na ganek obiegający wewnętrzny dziedziniec. Zachwycałbym się widokiem miasta z tarasu, gdyby nie deszcz, który zmusza mnie do nieustannego chowania się wewnątrz. Większość pomieszczeń jest pusta, w innych tylko po kilka ozdób; w niektórych rozłożone są dywany i sofy; pod sufitami zawieszono ozdobne lampy. Na parterze spotykam grupę Hiszpanów, którzy przeczekują deszcz.

Powracam do zwiedzania. Fort nie mógł się obyć bez niewielkiego meczetu; zaglądam tam na chwilę. W jednej z kilku wież znajduje się interesująca drabina w postaci żerdzi wmontowanych w ścianę. Na dziedzińcu jest również studnia. Wciąż jednak pada, więc pospiesznie chowam się w jednej z sal. Przysiadam na dywanie wygodnie oparty o pufy. Chwilę odpoczywam. Muszę przyznać, że całość sprawia bardzo sympatyczne wrażenie i cieszę się, że tutaj dotarłem. Naprawdę super miejsce! Ukhbud - petroglif

W końcu opuszczam pałac, a ponieważ znów leje jak z cebra, chowam się w podcieniach przy kompleksie handlowym położonym naprzeciw. Tu w końcu zjadam śniadanie, to znaczy chlebki z pomidorem. Gdy przestaje padać, ruszam dalej w kierunku zachodnim. Tu, w centrum, znajduje się jeszcze wiele tradycyjnych domów; w większości są zniszczone, rozwalone, zamienione czasem na składowiska lub śmietnisko. Na dużym placu przekształconym w boisko do amatorskiego futbolu chłopcy trenują piłkę nożną. Czy wyrosną z nich zawodnicy na miarę napastnika Samiego Al-Jabera lub bramkarza Mohammeda Al-Deayea’i? Reprezentacja Arabii Saudyjskiej nie odniosła jak dotąd spektakularnych sukcesów (jest sklasyfikowana dopiero na 51 miejscu w rankingu FIFA). Może to się zmieni po sensacyjnym transferze Cristiana Ronaldo do Al-Nassr. Arabia Saudyjska to bogaty kraj…

Na planie miasta mam jeszcze jeden obiekt oznaczony jako atrakcja turystyczna. Podchodzę do niego, lecz okazuje się on w miarę współczesnym budynkiem, choć faktycznie o charakterze pałacu. Kręcę się jeszcze przez chwilę, zaglądam na różne uliczki. Trafiam na parę zabytkowych tradycyjnych domów z ozdobnymi blankami i rzędami okien ozdobionych drewnianymi kratkami lub żaluzjami. Tyle zwiedzania centrum.

Teraz ruszam w dalszą drogę na zachód w kierunku pałacu Al-Ain oddalonego od mediny o kilka kilometrów. Będzie to końcowy punkt programu w moim zwiedzaniu miasta. Stamtąd zamierzam przejść na północ przez fragment kamienistej pustyni do głównej drogi łączącej Nadżran z Abhą. I gdy tak idę przez przedmieścia, zatrzymuje się półciężarówka, a z kabiny wołają do mnie dzieciaki.

– Hello! How are you? Where are you going?

– To Al-Ain Palace.

Proponują podwiezienie.

– Shukran! – dziękuję i ładuję się do środka.

Kierowcą, ku mojemu zaskoczeniu, okazuje się podlotek, ma może 12 lub 14 lat. Cała trójka świetnie się bawi, puszcza muzykę, wygłupia się. Skręcamy na główną drogę prowadzącą do odległej o 15 kilometrów tamy na rzece. Za nią już Jemen. Jeden z chłopców odbiera telefon od rodzica. Rozmawiają, zdaje się, o mnie, z rozmowy wyławiam tylko słowo Bolanda. Widocznie tłumaczą, że podwożą białasa do Al-Ain. Chłopcy się śmieją, robimy sobie selfie. Pod pałac Al-Ain docieramy po 10 minutach. Również nie jest zbyt stary, zbudowany w tradycyjnym stylu charakterystycznym dla Wadi Najran. Niestety jest on niedostępny dla zwiedzających dla innych dla turystów. Dla porządku obchodzę go z trzech z dwóch stron, zaglądam również do sąsiadujących z nim tradycyjnych domów na zboczu. Gliniane dony w Nadżranie

Wracam już główną ulicą, gdy zatrzymuje się wypasiony samochód z dwoma młodymi ludźmi. Opuszczają szybę, pozdrawiają mnie i pytają, co i jak. Zapraszają mnie do środka.

– Wsiadaj, pogadamy.

– Ale wy jedziecie w tamtym kierunku, a ja w przeciwnym!

– Mamy czas, pojedziemy tam, gdzie chcesz.

Właściwie też mam czas, młodzi Saudyjczycy wyglądają bardzo sympatycznie, akceptuję zaproszenie. Podjeżdżamy na krzyżówkę, gdzie znajduje się elegancka, nowoczesna kawiarnia należąca do sieci 1K.coffee. Okazuje się, że jeden z tych mężczyzn, około 26 lat, jest właścicielem tej sieci kawiarń.

– To bardzo bogaty człowiek i w ogóle człowiek biznesu – mówi o nim drugi mężczyzna – a ja jestem jego bratem.

Wchodzimy do środka. Tu kawa nie jest po dwa-trzy riale, kosztuje 12 do 15 SAR. I jest w dużym wyborze. Zamawiam dla siebie kawę americano.

– Mój brat jest doktorem w Polsce – mówi Saudyjczyk.

– Doktorem?

– To znaczy, będzie doktorem, studiuje w Warszawie.

Na mojej twarzy chyba maluje się wyraz niedowierzania, bo chłopak łączy się z bratem na WhatsAppie. Pojawia się obraz z kamery. Chłopak przedstawia się i mówi, że jest w Łodzi.

– Jak szie maś? – pyta mnie po polsku i dodaje: zimno tu w Polsce!

Ma na sobie puchową kurtkę, w tle wirują płatki śniegu. Brrr!

Zamieniamy jeszcze parę słów i kończymy rozmowę. Szybko dopijam kawę i wychodzimy.

Jedziemy teraz na północ, jak się okazuje, zbudowano tu nową, dwujezdniową drogę. Chłopcy namawiają mnie, żebym wrócił z nimi do Nadżranu jeszcze na parę godzin albo został do jutra. Próbuję się jednak wymigać, tłumaczę, że muszę jechać do Abhy.

– Mam stamtąd samolot rano.

Przejeżdżamy na drugą stronę niewysokiego pasma górskiego. Parę kilometrów dalej przebiega trasa Nadżran-Abha. Nieoczekiwanie samochód skręca w stronę Nadżranu, próbuję protestować, ale Saudyjczycy mnie uspokajają.

– Odwieziemy cię tu na skrzyżowanie, nie martw się.

– Dobrze.

– Ale chcielibyśmy, abyś powiedział kilka słów do kamerki.

– To znaczy?

Fort w Nadżranie – No, o tym, że Nadżran jest ładnym miastem, my jesteśmy fajni, a kawa 1K jest najlepsza.

Po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji. Nagrywam krótką wypowiedź. Opowiadam, kim jestem, skąd się tu wziąłem i jakich to miłych chłopaków spotkałem w Arabii Saudyjskiej. Dodaję, że Nadżran jest najpiękniejszym miastem, jakie tu widziałem. Saudyjczyków to jakoś nie zadowala, chcieliby, żebym jeszcze powiedział o wyjątkowych walorach kawiarni 1K. Robimy powtórkę, opowiadam znów, że kawa jest świetna, że chłopcy są wyjątkowi, bardzo fajni i tak dalej. Mój pierwszy zagraniczny wywiad, LOL.

Zostawiają mnie na parkingu przed dużym marketem w miejscowości Bir Askar.

Jest już dość późne popołudnie, koło 16:00. Pogoda się wyraźnie popsuła, wieje wiatr. Zakładam swoją puchówkę, a gdy zaczyna padać – dodatkowo ortalion. Będę chciał stopować w kierunku Abhy aż do skutku. To znaczy, do momentu aż dojadę lub nikt nie będzie już chciał mnie w nocy brać (ale zabrzmiało!).

Staję ze wzniesionym w górę autostopowym kciukiem. Kilka samochodów się zatrzymuje, ale po wyjaśnieniach, że jadę za darmo, odjeżdżają. Zatrzymuje się kolejny samochód, młody człowiek uchyla szybę.

– Wróciłem się specjalnie dla ciebie, bo widziałem, że stoisz na deszczu. Jadę do Zahranu.

– For free? – upewniam się, a kierowca potwierdza.

– Już przejeżdżałem, ale coś mnie tknęło, że muszę zawrócić i ci pomóc.

– Shukran, shukran, bardzo ci dziękuję.

Prowadzimy początkowo zwyczajną rozmowę: kto, co i jak? Potem rozmawiamy o transferze zawodników w drużynach piłkarskich. Niewiele się na tym znam, ale rozmawiam.

– Ja bym cię odwiózł do Sarat Abidah – mówi w pewnym momencie – ale muszę pojechać po dziecko. Jest na lekcjach. Mam tylko jedną godzinę czasu, a z Zahranu do Sarat Abidah jest pół godziny w każdą stronę.

– Wszystko w porządku i tak mi bardzo pomogłeś, że mnie zabrałeś.

Hassan jest Egipcjaninem, przyjechał tu wiele lat temu.

– Byłeś w Egipcie?

– Tak, byłem w 2012 roku…

– Wtedy była rewolucja.

– Zgadza się. Pamiętam, wykrzykiwaliśmy hasła na placu Tahrir.

– Tak, tak.

Hassan nie podejmuje tego tematu. Może w związku z Arabską Wiosną musiał się wynieść z Egiptu, nie wiem. W każdym razie jest tutaj od 12 lat. Na ogół imigranci, których tu spotykam, mówią, że są tu trzy, cztery lata.

– Najpierw pracowałem w Dżeddzie, a potem w Sarat Abidah.

Fort w Nadżranie – Czym się zajmujesz?

– Jestem inżynierem budownictwa lądowego, teraz budujemy szpital – opowiada – Po kilku latach sprowadziłem tu żonę i dziecko. I teraz tutaj siedzimy, ale nie chcę, żeby żona była zbyt blisko mojej pracy. Mieszkamy w Harajat, a ja dojeżdżam do pracy pod Nadżranem.

– Znasz tani hotel w Sarat Abidah?

– No, nie. Mieszkałem tam przez rok, ale miałem apartament. Jak będzie czas, to poszukamy razem jakiegoś hostelu w Zahranie.

– Wiesz, nie ma sprawy, ja mam namiot ze sobą, mogę przespać gdziekolwiek.

– Jak to spałeś pod namiotem? Tutaj?

– Tak, dla mnie nie ma problemu. Spałem w bardzo różnych, dziwnych miejscach. Czasem w parkach, czy nawet na cmentarzu.

Opowiadam mu przygodę, jaką miałem w czasie wyjazdu z synem na Bałkany.

– Spałem również w Watykanie na schodach kościoła…

– Naprawdę? Tak można było?

– No, wiesz… Nie pytałem. Spałem również w slumsach… – wspominam nocleg w Hondurasie.

Chłopak jest bardzo rozmowny, ja zresztą też. Fajnie się nam rozmawia, czasem brakuje nam jakiegoś słówka, ale rozumiemy się dobrze.

– Wiesz, zadzwonię do żony, poproszę ją, żeby zatelefonowała do nauczyciela i spytała, czy będzie mogła odebrać syna później – mówi facet w pewnym momencie – A jeżeli tak, to cię odwiozę do Sarat Abidah. – Naprawdę nie potrzeba – protestuję.

– Nie, nie. Spokojnie ja zadzwonię, wszystko będzie dobrze.

– Jestem szczęśliwy, że mogę ci pomóc. Naprawdę, gdy zobaczyłem, że mokniesz na deszczu, to pomyślałem, że muszę ci pomóc.

Egipcjanin dzwoni do żony, dłuższą chwilę rozmawia, nie potrafię się zorientować, jaka jest sytuacja. W każdym razie jedziemy dalej. Po chwili żona oddzwania i chwilę konwersują.

– Jest problem? – pytam, gdy rozmowa jest skończona.

– Nie, nie ma problemu.

Jedziemy zatem do Sarat Abidah, następnego miasta na trasie, fajnie. Opowiadam Hassanowi o swoim mieście, pokazuję widokówki z Krakowa i wpisuję dedykację na odwrocie jednej z nich, dodając numer WhatsAppa. Za oknem całkiem ciemno, nie wiem czy będę mógł znaleźć okazję. Zatrzymujemy się przy stacji benzynowej, w centrum miasta. Chłopak prosi mnie o długopis, wyciąga banknot i próbuję pisać coś na nim pisać.

– Nie, nie! Nie możesz tego zrobić! – protestuję – Dam ci kartkę papieru, a najlepiej napisz to w moim notatniku.

Wpisuje mi krótką notkę, również zostawia numer WhatsAppa. Dziękuję mu serdecznie i żegnam się. To było jedno z najlepszych spotkań na trasie.

W budce, gdzie sprzedają kawę, pytam o hotele. Mówią, że w pobliżu jest hotel, sto metrów dalej, pokazują kierunek. Podchodzę, za bramą duże podwórze z wejściami do pokojów tonie w mroku. Nigdzie nie widzę recepcji, zasięgam języka w otwartej jeszcze firmie. Siedzący tam facet jest niestety Pakistańczykiem, nie rozumie arabskiego, również pisanego. Zaczepiam saudyjskie dziewczę, które właśnie przyjechało z matką do hotelu; również nie za bardzo może mi pomóc. Wracam przed hotel, zatrzymuje się jakiś samochód.

– Dokąd chcesz jechać?

– Do Abhy.

– 200 riali – mówi Saudyjczyk i widząc, że kręcę głową, wpisuje kwotę w komórce.

Nie mogę na to pozwolić! Biorę komórkę od niego i wpisuję „1000”.

– Zjeżdżaj! Yalla, yalla!

Panowie z punktu z kawą wskazują inny hotel gdzieś po drugiej stronie ulicy, za centrum handlowym. Tam jeszcze dopytuję o drogę. W hotelu za pokój chcą 100 riali, oceniam, że to za dużo. Trafiam później do innego hotelu, tutaj chcą 150 riali, również rezygnuję, bo wciąż jeszcze mam opcję autostopu i noclegu w namiocie. Idę dalej i w kolejnym sklepie – tym razem z dywanami – pytam o hotel przy głównej drodze zaznaczony na mojej mapie w Maps.me. Panowie coś tam sobie tłumaczą, starszy mężczyzna daje znak, żebym szedł za nim. Zaprasza do samochodu i podrzuca mnie pod hotel położony z kilometr dalej. Tu cena jest jeszcze wyższa: 200 riali. Trochę to dziwne: im dalej od centrum, tym droższe hotele? No, mniejsza z tym, rezygnuję z prób znalezienia tutaj noclegu. Chłopaki z 1K.coffee

Jest już 20:00, noc już całkiem zapadła, ale decyduję się na dalszy autostop. Pół godziny później zatrzymuje się samochód. Pytam się, czy jedzie do Abhy.

– Tak, do Abhy.

– For free?

– No – kręci głową i odjeżdża,

Po pięciu minutach podjeżdża znowu. Zawrócił.

– Ok, for free.

Jedziemy. Kierowca jest młody, siedzi nonszalancko z jedną nogą założoną prawie na deskę rozdzielczą. Mówi w miarę dobrze po angielsku, rozmawiamy sobie o różnych sprawach.

– Dlaczego w ten sposób podróżujesz, nie masz samochodu? – pyta mnie.

– No, nie mam samochodu, jadę stopem. A autobusem mógłbym jechać faktycznie, ale wiesz: gdy jadę stopem, to mogę z kierowcą sobie pogadać, jakoś ciekawie spędzić czas. Tylko raz jechałem autobusem z Dżeddy do Taif, ale tam właściwie nie było z kim rozmawiać. Ludzie albo spali, albo byli zajęci swoimi sprawami i ciężko było się do nich odezwać.

– W autobusie to chyba tylko cudzoziemcy byli? Tam Arabów nie spotykasz…

– No wiesz, jakby nie było, to i tam w autobusie jechali również Arabowie. Nie wiem, nie liczyłem, czy stanowili mniejszość, czy większość. Poza tym, generalnie, te autobusy nie są zbyt tanie…

– Arabowie najczęściej mają jednak samochody i tylko nimi się poruszają.

Przytakuję. Co mogę powiedzieć?

Saudyjczyk jedzie do Dżizan. Przez moment kusi mnie, by z nim jechać tam pojechać, byłbym również na wybrzeżu. Rozsądek bierze jednak górę. Jutro musiałbym wracać stamtąd do Abhy, a stopowania chwilowo mam dość. Zresztą… Dżizan nie jest jakimś spektakularnym miastem. Odpuszczam. Zastanawiam się tylko czy będziemy jechać przez Chamis, ale wybiera autostradę i jedziemy prosto do Abhy. Po drodze okresowo pada. Nie jest to zachęcające. Żegnamy się przed wjazdem do miasta.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej