Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]
Wczesna pobudka | Arriba y abajo | Kuna Yala – pod znakiem swastyki | Płyniemy na rajskie wyspy | Rzeczywistość bywa przykra | |
– Miałeś nie wstawać jeszcze – wita mnie Renata.
– Tak, ale twój budzik jest tak głośny, nie dało się spać dalej.
– Wiesz, że mam zatyczki w nocy.
Renata nie raz proponowała mi używanie stoperów, ale nie lubię niczego mieć uszach. Przed 5:00 schodzimy do recepcji i po 15 minutach oczekiwania wsiadamy do czarnej, 6-osobowej toyoty. Na razie z tyłu siedzą dwie osoby, jakaś para w średnim wieku. Ja zajmuję miejsce za kierowcą, Renata obok niego. Kierowca zdaje się nie zna angielskiego, w każdym razie z pasażerami porozumiewa się tylko po hiszpańsku. Podjeżdżamy jeszcze najpierw pod lepszy, pięciogwiazdkowy i tu, znowu po dłuższym oczekiwaniu, zabieramy jeszcze dwie osoby. No cóż, z pewnością nie wszyscy mają to samo poczucie obowiązkowości i czasem odbywa się to kosztem innych. Para, która siada koło mnie ma około 20 lat.
Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów jedziemy niemal w ciemnościach, potem przejaśnia się. Zauważam gigantyczne korki na drodze do stolicy. O 7:30 się zatrzymujemy się w miejscowości Chepo. Mamy niby 10 minut postoju, zobaczymy jak bardzo się to przedłuży. No niestety, nie lubię takich zorganizowanych tourów, gdy człowiek jest uzależniony od innych. Trzeba przemęczyć ten dzień.
Po 20 czy 30 km i zajeżdżamy na parking przed marketem (Estación Texaco Llano Cartí). Tu parkuje więcej podobnych do naszego samochodów 4WD. Po krótkiej rozmowie naszego kierowcy z kolegą odbijamy od głównej drogi w bok kierując się na północ.
Droga jest asfaltowa, poruszamy się dość szybko.
– Widzę, że wystarczy tu zwykły samochód – zwraca się do mnie Renata.
– Może w dalszej części droga będzie gorsza.
Też się dziwię, gdyż z opisów w sieci wynikało, że na karaibskie wybrzeże można się dostać tylko samochodem z napędem na cztery koła. Nieraz byłem w takiej sytuacji, kiedy mówiono, iż ze względu na stan drogi do określonego miejsca nie da się dojechać innym samochodem. Czasem to miało pokrycie w rzeczywistości, czasem nie. Kiedyś w Gruzji pojechaliśmy do Dawid Garedża zwykłą taksówką, starą Wołgą. Problemy z poruszaniem się po nieutwardzonych drogach faktycznie się pojawiły, lecz wynikało to przede wszystkim z wczesnowiosennego okresu roztopów i dużego błota. Również ostatnia wyprawa na wulkan Erta Ale w Etiopii moim zdaniem mogłaby się odbyć zwykłym samochodem (aczkolwiek napęd na cztery koła w naszym dżipie okazał się użyteczny w jednym czy w dwóch miejscach). Tu jednak, w Panamie, na razie takich wskazań nie widzę. Dziesięć minut później droga staje się bardziej górzysta i kręta. Pokonujemy zakręt za zakrętem, asfalt to pnie się do góry to stromo opada. Arriba y abajo.
– Czy nie potrzebujecie czegoś na nudności? – pyta nas kierowca.
Zdecydowanie zaprzeczamy. No bez przesady! A jednak musimy docenić doświadczenie kierowcy. Po chwili dalszej jazdy panienka obok mnie zaczyna wykonywać gwałtowne ruchy. Zatrzymujemy się na poboczu i dziewczyna zwraca część zawartości żołądka. Jakaś taka mało wytrzymała…
Wkrótce dojeżdżamy do najwyższej przełęczy w górach Cordillera de San Blas. Tu przebiega granica między prowincją Panamá a Guna Yala – comarca zamieszkałą przez Indian. Wjazd (Garita Kuna Yala) jest sformalizowany: jest tu budynek graniczny, umundurowani (aczkolwiek bez dystynkcji) mężczyźni, są flagi panamskie i indiańskie. Sprawdzane są też paszporty. Zdarzało mi się przekraczać wewnętrzne "granice” państwa, od choćby w Malezji, gdzie dokumenty były sprawdzane pomiędzy Sabah i Sarawak. Ta „granica” w Kostaryce jednak nie wzbudza mojego entuzjazmu: musimy zapłacić o 22 USD opłaty lokalnej. To oburzająco dużo, jeśli zważy się, że naszym celem będą skomercjalizowane wysepki San Blas, a tradycyjnej indiańskie kultury ciężko doświadczyć na zwykłych szlakach przemierzanych przez takich jak my podróżnikach.
Zjeżdżamy ku wybrzeżu. To wcale nie znaczy, że droga jest wyłącznie w dół. Wciąż wjeżdżamy i zjeżdżamy, a zakrętów jest pełno.
– Filmuj to wszystko, filmuj! – proszę Renatę, widząc, że chowa już smartfon.
Około 9:00 dojeżdżamy do małej osady Carti. Dopiero ostatnie kilkaset metrów ma nawierzchnię nieutwardzoną. To tu znajduje się port, a właściwie parę drewnianych pomostów, skąd odpływają kilkunastoosobowe łodzie. Mają daszki ochraniające pasażerów przed słońcem i deszczem, ale najciekawsze są powiewające na wietrze bandery. Lokalny patriotyzm nakazuje Indianom wywieszać flagi narodowe wszędzie gdzie się da: na podwórkach, na łodziach, nawet za szybą samochodów. W 1925 roku swym znakiem rozpoznawczym Indianie uczynili czarny znak swastyki na pomarańczowo-żółtym polu. Tak niecodzienny symbol z oczywistymi konotacjami musi wzbudzać żywe reakcje, więc i ja komentuję ich obecność i fotografuję.
Wysp i wysepek San Blas jest zdaje się ponad trzysta, wiele z nich jest zamieszkałych, a wszystkie są ponoć bardzo atrakcyjne. Mam nadzieję, że zaraz się o tym przekonamy. Renata jest nieco zrażona do rejsów po morzu. Wspomina często rejs na Komodo, który odbyliśmy dwa lata temu. „Tam było bardzo niebezpiecznie!” – tak przynajmniej wyglądała droga w jej oczach. Dziś jest idealna pogoda wiatr może 2-3 stopni w skali Beauforta, niewielkie fale. Zostajemy przydzieleni swojego pilota – niewysokiej młodej kobiety i wraz z 20 innymi pasażerami ładujemy się do łodzi. Początkowo płyniemy powoli i wydaje mi się, że będzie to dalej miarowe "pyr, pyr, pyr". Na pełnym morzu jednak bardzo przyspieszamy i pędzimy, mijając kilka najbliższych wysp. Łódź skacze na falach, Renata dopina kamizelkę ratunkową. Rozbryzgująca się fala co chwilę ochlapuje mnie, osłaniam ręką obiektyw aparatu.
Jak wspomniałem wcześniej, organizator obiecał odwiedzenie dwóch wysp. Zastanawiam się więc cały czas, do której z wielu wysp, które mam w zasięgu wzroku przybijemy. Mijamy jednak kolejne wyspy i wysepki, płynąc coraz dalej na północny wschód. Na niektórych z nich widoczne są zabudowania tworzące niewielkie osady. Inne, porośnięte gęstą roślinnością, spośród której strzelają w górę pióropusze palm kokosowych, zdają się być niezamieszkałe. Można się domyślić, ze taką wysepkę da się obejść w piętnaście minut lub pół godziny. Może to być jednak złudne, gdyż często mangrowce porastają brzeg, uniemożliwiając spacer wokół wyspy. Niektóre wyspy kuszą piaszczystymi łachami lub nawet dłuższymi plażami. Zwłaszcza te ostatnie są fotogeniczne.
I tu można się odnieść do będących udziałem wielu osób marzeń o życiu na takiej rajskiej wyspie. To pragnienie prostoty, wolności i bliskości natury. Wyobrażeń miejsca, gdzie dzień zaczyna się od szumu fal i ciepłego światła wschodzącego słońca. Gdzie powietrze pachnie solą morską i kwiatami, a zamiast hałasu miasta słychać tylko wiatr w palmach i śpiew ptaków. O wyspie na której czas płynie wolniej. O porankach spędzanych na spacerowaniu boso po miękkim piasku, obserwowaniu turkusowego morza, kolorowych rybach pływające przy rafie. O życiu bez pośpiechu i stresu. Prostym życiu: świeżych owocach zerwanych prosto z drzewa, rybach złowionych o świcie i rozmowach przy zachodzie słońca.
Dom mógłby być niewielką chatą z drewna i liści palmowych, stojącą kilka kroków od plaży. Z oknami zawsze otwartymi, by wpuszczać morską bryzę. Z werandą, na której wieczorami można posiedzieć, patrząc na rozgwieżdżone niebo i słuchając fal rozbijających się o brzeg.
Brzmi to wszystko kusząco, lecz rzeczywistość, która stałaby się udziałem rozbitka lub dobrowolnego banity, mogłaby okazać się dokuczliwie inna. Ograniczona przestrzeń, przy dłuższym pobycie zamienia się w więzienny spacerniak. Cisza, która z początku wydawała się kojąca, z czasem staje się ciężarem. Dni zaczynają być podobne do siebie, wschody i zachody słońca oglądane w identycznej scenerii przestają być wydarzeniem. Brak nowych miejsc, ludzi i doświadczeń sprawia, że życie może stopniowo stawać się monotonne.
Bliskość natury w rzeczywistości oznacza również konieczność nieustannego mierzenia się z jej kaprysami. Męczący, wilgotny i duszny tropikalny klimat z dokuczliwymi owadami, gwałtownymi burzami i długotrwałymi upałami przestają być romantycznym dodatkiem do krajobrazu, stają się codziennością, z którą trzeba sobie radzić. Zdobycie jedzenia, zapewnienie wody czy utrzymanie domu w dobrym stanie mogą wymagać znacznie więcej wysiłku, niż sugerują idylliczny obrazy. Z czasem zaczyna też odczuwać się brak wielu rzeczy, które w zwykłym życiu wydają się oczywiste i niemal niezauważalne. Dostęp do lekarza, możliwość zrobienia zakupów, naprawienia sprzętu, dostępu do kultury i rozrywki, czy zwykła podróż do innego miejsca przestają być prostymi czynnościami. To, co w cywilizowanym świecie trwa kilka minut, na odizolowanej wyspie może wymagać długiego oczekiwania lub okazać się wręcz niemożliwe.
Pojawia się również inny, bardziej subtelny brak. Człowiek potrzebuje przecież nie tylko pięknych krajobrazów, lecz także różnorodności doświadczeń, kontaktów z ludźmi, poczucia rozwoju i zmiany. Mała, bezludna wyspa lub z ograniczoną liczbą mieszkańców nie daje wielu możliwości spotykania nowych osób, poznawania innych środowisk czy realizowania bardziej złożonych ambicji. Z czasem może pojawić się wrażenie zamknięcia w niewielkim świecie, który choć piękny, pozostaje bardzo ograniczony.
W ten sposób marzenie o rajskiej wyspie okazuje się w dużej mierze obrazem chwilowego wytchnienia, a nie realistyczną wizją codziennego życia.