Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]
Wczesna pobudka | Arriba y abajo | Kuna Yala – pod znakiem swastyki | Płyniemy na rajskie wyspy | Rzeczywistość bywa przykra | Na Diabelskiej Wyspie | W podwodnym świecie | Czy to cepelia? | W betonowej dżungli | Bezpieczne zakupy
– Miałeś nie wstawać jeszcze – wita mnie Renata.
– Tak, ale twój budzik jest tak głośny, nie dało się spać dalej.
– Wiesz, że mam zatyczki w nocy.
Renata nieraz proponowała mi używanie stoperów, ale nie lubię niczego mieć uszach. Przed 5:00 schodzimy do recepcji i po 15 minutach oczekiwania wsiadamy do czarnej, 6-osobowej toyoty. Na razie z tyłu siedzą dwie osoby, jakaś para w średnim wieku. Ja zajmuję miejsce za kierowcą, Renata obok niego. Kierowca zdaje się nie zna angielskiego, w każdym razie z pasażerami porozumiewa się tylko po hiszpańsku. Podjeżdżamy jeszcze najpierw pod lepszy, pięciogwiazdkowy i tu, znowu po dłuższym oczekiwaniu, zabieramy jeszcze dwie osoby. No cóż, z pewnością nie wszyscy mają to samo poczucie obowiązkowości i czasem odbywa się to kosztem innych. Para, która siada koło mnie, ma około 20 lat.
Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów jedziemy niemal w ciemnościach, potem przejaśnia się. Zauważam gigantyczne korki na drodze do stolicy. O 7:30 się zatrzymujemy się w miejscowości Chepo. Mamy niby 10 minut postoju, zobaczymy, jak bardzo się to przedłuży. No niestety, nie lubię takich zorganizowanych tourów, gdy człowiek jest uzależniony od innych. Trzeba przemęczyć ten dzień.
Po 20 czy 30 km i zajeżdżamy na parking przed marketem (Estación Texaco Llano Cartí). Tu parkuje więcej podobnych do naszego samochodów 4WD. Po krótkiej rozmowie naszego kierowcy z kolegą odbijamy od głównej drogi w bok, kierując się na północ.
Droga jest asfaltowa, poruszamy się dość szybko.
– Widzę, że wystarczy tu zwykły samochód – zwraca się do mnie Renata.
– Może w dalszej części droga będzie gorsza.
Też się dziwię, gdyż z opisów w sieci wynikało, że na karaibskie wybrzeże można się dostać tylko samochodem z napędem na cztery koła. Nieraz byłem w takiej sytuacji, kiedy mówiono, iż ze względu na stan drogi do określonego miejsca nie da się dojechać innym samochodem. Czasem to miało pokrycie w rzeczywistości, czasem nie. Kiedyś w Gruzji pojechaliśmy do Dawid Garedża zwykłą taksówką, starą Wołgą. Problemy z poruszaniem się po nieutwardzonych drogach faktycznie się pojawiły, lecz wynikało to przede wszystkim z wczesnowiosennego okresu roztopów i dużego błota. Również ostatnia wyprawa na wulkan Erta Ale w Etiopii moim zdaniem mogłaby się odbyć zwykłym samochodem (aczkolwiek napęd na cztery koła w naszym dżipie okazał się użyteczny w jednym czy w dwóch miejscach). Tu jednak, w Panamie, na razie takich wskazań nie widzę. Dziesięć minut później droga staje się bardziej górzysta i kręta. Pokonujemy zakręt za zakrętem, asfalt to pnie się do góry to stromo opada. Arriba y abajo.
– Czy nie potrzebujecie czegoś na nudności? – pyta nas kierowca.
Zdecydowanie zaprzeczamy. No, bez przesady! A jednak musimy docenić doświadczenie kierowcy. Po chwili dalszej jazdy panienka obok mnie zaczyna wykonywać gwałtowne ruchy. Zatrzymujemy się na poboczu i dziewczyna zwraca część zawartości żołądka. Jakaś taka mało wytrzymała…
Wkrótce dojeżdżamy do najwyższej przełęczy w górach Cordillera de San Blas. Tu przebiega granica między prowincją Panamá a Guna Yala – comarcą zamieszkałą przez Indian. Wjazd (Garita Kuna Yala) jest sformalizowany: jest tu budynek graniczny, umundurowani (aczkolwiek bez dystynkcji) mężczyźni, są flagi panamskie i indiańskie. Sprawdzane są też paszporty. Zdarzało mi się przekraczać wewnętrzne "granice” państwa, od choćby w Malezji, gdzie dokumenty były sprawdzane pomiędzy Sabah i Sarawak. Ta „granica” w Kostaryce jednak nie wzbudza mojego entuzjazmu: musimy zapłacić po 22 USD opłaty lokalnej. To oburzająco dużo, jeśli zważy się, że naszym celem będą skomercjalizowane wysepki San Blas, a tradycyjnej indiańskie kultury ciężko doświadczyć na zwykłych szlakach przemierzanych przez takich jak my podróżnikach.
Zjeżdżamy ku wybrzeżu. To wcale nie znaczy, że droga jest wyłącznie w dół. Wciąż wjeżdżamy i zjeżdżamy, a zakrętów jest pełno.
– Filmuj to wszystko, filmuj! – proszę Renatę, widząc, że chowa już smartfon.
Około 9:00 dojeżdżamy do małej osady Carti. Dopiero ostatnie kilkaset metrów ma nawierzchnię nieutwardzoną. To tu znajduje się port, a właściwie parę drewnianych pomostów, skąd odpływają kilkunastoosobowe łodzie. Mają daszki ochraniające pasażerów przed słońcem i deszczem, ale najciekawsze są powiewające na wietrze bandery. Lokalny patriotyzm nakazuje Indianom wywieszać flagi narodowe wszędzie, gdzie się da: na podwórkach, na łodziach, nawet za szybą samochodów. W 1925 roku swym znakiem rozpoznawczym Indianie uczynili czarny znak swastyki na pomarańczowo-żółtym polu. Tak niecodzienny symbol z oczywistymi konotacjami musi wzbudzać żywe reakcje, więc i ja komentuję ich obecność i fotografuję.
Wysp i wysepek San Blas jest zdaje się ponad trzysta, wiele z nich jest zamieszkałych, a wszystkie są ponoć bardzo atrakcyjne. Mam nadzieję, że zaraz się o tym przekonamy. Renata jest nieco zrażona do rejsów po morzu. Wspomina często rejs na Komodo, który odbyliśmy dwa lata temu. „Tam było bardzo niebezpiecznie!” – tak przynajmniej wyglądała w jej oczach tamta droga. Dziś jest idealna pogoda, wiatr może 2-3 stopnie w skali Beauforta, niewielkie fale. Zostajemy przydzieleni do swojego pilota – niewysokiej młodej kobiety i wraz z 20 innymi pasażerami ładujemy się do łodzi. Początkowo płyniemy powoli i wydaje mi się, że będzie to dalej miarowe "pyr, pyr, pyr". Na pełnym morzu jednak bardzo przyspieszamy i pędzimy, mijając kilka najbliższych wysp. Łódź skacze na falach, Renata dopina kamizelkę ratunkową. Rozbryzgująca się fala co chwilę ochlapuje mnie, osłaniam ręką obiektyw aparatu.
Jak wspomniałem wcześniej, organizator obiecał odwiedzenie dwóch wysp. Zastanawiam się więc cały czas, do której z wielu wysp, które mam w zasięgu wzroku, przybijemy. Mijamy jednak kolejne wyspy i wysepki, płynąc coraz dalej na północny wschód. Na niektórych z nich widoczne są zabudowania tworzące niewielkie osady. Inne, porośnięte gęstą roślinnością, spośród której strzelają w górę pióropusze palm kokosowych, zdają się być niezamieszkałe. Można się domyślić, że taką wysepkę da się obejść w piętnaście minut lub pół godziny. Może to być jednak złudne, gdyż często mangrowce porastają brzeg, uniemożliwiając spacer wokół wyspy. Niektóre wyspy kuszą piaszczystymi łachami lub nawet dłuższymi plażami. Zwłaszcza te ostatnie są fotogeniczne.
I tu można się odnieść do będących udziałem wielu osób marzeń o życiu na takiej rajskiej wyspie. To pragnienie prostoty, wolności i bliskości natury. Wyobrażeń miejsca, gdzie dzień zaczyna się od szumu fal i ciepłego światła wschodzącego słońca. Gdzie powietrze pachnie solą morską i kwiatami, a zamiast hałasu miasta słychać tylko wiatr w palmach i śpiew ptaków. O wyspie, na której czas płynie wolniej. O porankach spędzanych na spacerowaniu boso po miękkim piasku, obserwowaniu turkusowego morza, kolorowych rybach pływające przy rafie. O życiu bez pośpiechu i stresu. Prostym życiu: świeżych owocach zerwanych prosto z drzewa, rybach złowionych o świcie i rozmowach przy zachodzie słońca.
Dom mógłby być niewielką chatą z drewna i liści palmowych, stojącą kilka kroków od plaży. Z oknami zawsze otwartymi, by wpuszczać morską bryzę. Z werandą, na której wieczorami można posiedzieć, patrząc na rozgwieżdżone niebo i słuchając fal rozbijających się o brzeg.
Brzmi to wszystko kusząco, lecz rzeczywistość, która stałaby się udziałem rozbitka lub dobrowolnego banity, mogłaby okazać się dokuczliwie inna. Ograniczona przestrzeń, przy dłuższym pobycie zamienia się w więzienny spacerniak. Cisza, która z początku wydawała się kojąca, z czasem staje się ciężarem. Dni zaczynają być podobne do siebie, wschody i zachody słońca oglądane w identycznej scenerii przestają być wydarzeniem. Brak nowych miejsc, ludzi i doświadczeń sprawia, że życie może stopniowo stawać się monotonne.
Bliskość natury w rzeczywistości oznacza również konieczność nieustannego mierzenia się z jej kaprysami. Męczący, wilgotny i duszny tropikalny klimat z dokuczliwymi owadami, gwałtownymi burzami i długotrwałymi upałami przestaje być romantycznym dodatkiem do krajobrazu, staje się codziennością, z którą trzeba sobie radzić. Zdobycie jedzenia, zapewnienie wody, czy utrzymanie domu w dobrym stanie mogą wymagać znacznie więcej wysiłku, niż sugerują idylliczne obrazy. Z czasem też staje się odczuwalny brak wielu rzeczy, które w zwykłym życiu wydają się oczywiste i niemal niezauważalne. Dostęp do lekarza, możliwość zrobienia zakupów, naprawienia sprzętu, dostępu do kultury i rozrywki, czy zwykła podróż do innego miejsca przestają być prostymi czynnościami. To, co w cywilizowanym świecie trwa kilka minut, na odizolowanej wyspie może wymagać długiego oczekiwania lub okazać się wręcz niemożliwe.
Pojawia się również inny, bardziej subtelny brak. Człowiek potrzebuje przecież nie tylko pięknych krajobrazów, lecz także różnorodności doświadczeń, kontaktów z ludźmi, poczucia rozwoju i zmiany. Mała, bezludna wyspa lub z ograniczoną liczbą mieszkańców nie daje wielu możliwości spotykania nowych osób, poznawania innych środowisk czy realizowania bardziej złożonych ambicji. Z czasem może pojawić się wrażenie zamknięcia w niewielkim świecie, który choć piękny, pozostaje bardzo ograniczony.
W ten sposób marzenie o rajskiej wyspie okazuje się w dużej mierze obrazem chwilowego wytchnienia, a nie realistyczną wizją codziennego życia.
Kapitan naszej łodzi zmniejsza nieco obroty silników. Zbliżamy się do wysepki. Obok pomostu, przy którym za chwilę zacumujemy, stoi drewniany budynek z dużym powitalnym napisem: „NIADUB Restaurante”. A zatem wiem, gdzie się znajdujemy. Wysepka położona jest w odległości około 15 kilometrów od lądu i nosi groźną nazwę Isla Diablo. Bez ociągania wyskakujemy z łodzi. Podchodzę do naszej pilotki.
– Ile mamy czasu?
– Trzy godziny. Potem popłyniemy dalej.
W porządku. Tyle nam wystarczy, by dokładnie obejrzeć i sfotografować wyspę.
Isla Diablo, na ile mogę się zorientować, ma może 150 metrów długości. Porośnięta jest palmami kokosowymi, ich długie, grzebieniaste liście wyginają się dziś na silnym wietrze. Brzeg jest w większości piaszczysty, co bez wątpienia spełnia nasze wyobrażenie o rajskich wyspach. Niestety w wodzie pływa sporo drobnych wodorostów, które, wyrzucone na brzeg, tworzą na piasku miękki dywan. Wnętrze wyspy sprawia natomiast wrażenie... parku. Pomiędzy palmami i kilkunastoma wynajmowanymi turystom domkami rozciąga się trawiasta przestrzeń. Prócz palm kokosowych rosną tu chlebowce właściwe (Artocarpus altilis) i hibiskusy (Hibiscus L.). Na wyspie spotykamy wilgowrony i, co nie jest niespodzianką, trochę mew.
Pochyloną nad morzem palmę uznajemy za odpowiedni motyw do zdjęć i urządzamy sobie krótką sesję fotograficzną. Później usiłuję wejść na palmę, by sfotografować się z kokosem, jednak moje wysiłki kończą się na wysokości pół metra.
Prócz drewnianych chatek dla turystów przy brzegu wyspa skrywa kilka domostw stałych mieszkańców. Właśnie przed taką chatką siadła kobieta i trze jakieś owoce lub warzywa na tarce. Obok w misce leżą podłużne owoce ajì – uprawianej powszechnie w Ameryce Łacińskiej paryki jagodowej (Capsicum baccatum). Prawdę mówiąc, nie mam pewności, czy wyspa jest jej miejscem stałego zamieszkania, czy też jedynie przypływa tu do obsługi turystów, a jej obecność na wyspie ma być jedynie elementem folkloru.
– Chodźmy teraz na plażę – proponuje Renata.
– Zostało nam jeszcze… – sprawdzam godzinę – dwie godziny do obiadu.
Szybko się przebieramy i sadowimy na miejscu obleganym przez turystów. Miejsca na plaży nie jest zbyt dużo, kilka osób kryje się w cieniu parasolów na leżaczkach, reszta kąpie się. Z pobliskiego baru „Dad iguana” dobiega przyjemna karaibska muzyczka.
Przez najbliższe półtorej godziny kąpiemy się i opalamy na przemian. Niestety, woda w zasięgu stu metrów od brzegu jest dość płytka, niewiele jest miejsc, w których można popływać. Na szczęście jest tu rafa koralowa i to 20 metrów od brzegu. Ze względu na łatwą dostępność jest ona dość zniszczona, na szczęście woda jest przezroczysta, a fauny i flory osiadłej wystarczająco dużo, bym był zadowolony. Mam ze sobą maskę i komórkę w wodoszczelnym etui, staram się coś sfilmować pod wodą. Spotykam może z 10 gatunków mniejszych lub większych ryb. Największe osiągają 25 centymetrów, większość ma około 15 cm. Wiele ryb jest jednobarwnych, srebrzystych lub szarych, ale zdarza się, że mają atrakcyjne kolory: czarno-białe podłużne paski, szare nakrapiane błękitnymi fosforyzującymi kropkami, z biało-szafirowymi paskami za głową. Podobają mi się te z błękitnymi płetwami ogonowymi i te czarne z pionowymi niebieskimi paskami, i te z biało-czarnymi zygzakami. Nie umiem określić, do jakich gatunków należą, ale cieszę się, że je widzę. Gdy gonię za nimi, zapamiętale młócąc wodę nogami, chowają się w szczelinach rafy koralowej.
Niestety rafa, jak wspomniałem, jest zniszczona, piaszczyste dno pokryte jest kawałkami rafy, które przypominają zbielałe kości na cmentarzysku. Zachowały się twarde buły koralowców w kolorze żółtym (Scleractinia) prawdopodobnie z gatunku Platygyra daedalea lub Pseudodiploria strigosa, charakteryzujące się meandrującymi wzorami przypominającymi ludzki mózg. Spotykam również drzewiaste koralowce z gatunku Acropora palmata. Snurkowanie i filmowanie jest jednak dla mnie dość trudne. Fale przy brzegu dość mocno mną rzucają, utrudniając pływanie z komórką w ręku, po drugie nagrywanie filmu często się wyłącza, o czym przekonuję się dopiero po wynurzeniu.
Czas się zbierać. Nasza grupka ładuje się do łodzi. Tym razem rejs jest znacznie krótszy – podpływamy pod sąsiednią wysepkę. Isla Perro jest równie urokliwa, choć mniejsza, ale to, co tu jest najpiękniejsze, to płytkie morze wokół wyspy. Woda przybiera kolor błękitny, turkusowy lub lazurowy – w zależności od położenia słońca i głębokości wody. Te widoki są kwintesencją tego, co oglądamy na pocztówkach. Nie schodzimy tu na ląd, lecz podpływamy na płyciznę znajdującą się kilkaset metrów od brzegu. Głębokość wody wynosi tu od 50 do 100 centymetrów, pozwala to na brodzenie po piaszczystym dnie i rozkoszowanie się błękitem wody i nieba. Od razu wskakuję do wody i przemieszczam się na głębsze miejsce, gdzie można popływać. Morze jest tu spokojne, fal praktycznie nie ma.
– Chodź do wody, fajnie jest – wołam do Renaty.
Pomagam jej zejść z łodzi i na płyciźnie spędzamy dłuższą chwilę, fotografując się razem na tle tych nieziemskich widoków.
Pora ruszyć dalej. Przepływamy na kolejną wysepkę z betonowym nabrzeżem i widocznym barem pomiędzy palmami. To tu zjemy zapowiadany obiad. Dostajemy panierowaną rybę z ryżem i sałatką.
– Całkiem dobra ta ryba, chociaż porcja nieduża – zauważam.
– Zwróciłeś uwagę na te na kobiety, które nas obsługują?
– Chodzi ci o ich stroje?
– Tak.
Kobiety noszą na ramionach i łydkach dziesiątki sznureczków z kolorowymi – pomarańczowymi żółtymi i zielonymi – koralikami. Zakładają również kwieciste spódnice i bluzki zwane mola. Nad talią (a raczej tam, gdzie zwykle jest talia) są przepasane szerokim pasem. Uzupełnieniem ubioru są czerwono-żółte chusty. To tradycyjne ludowe stroje Indian Kuna (Guna). Nie umiem ocenić, czy to tylko cepelia – ukłon w stronę turystów, czy też mieszkańcy tego regionu tak ubierają się na co dzień. Trudno bowiem podczas krótkiego pobytu w jakimś kraju odróżnić prawdziwą "naturalną” kulturę i tradycje od tego, co jest wyrazem komercji lub sztucznie podtrzymywaną pieniędzmi turystów lub rządu lokalną kulturą. Takie wątpliwości miałem przecież już w wioskach w Sapa w północnym Wietnamie, gdzie wielu mieszkańców (głównie sprzedawczyń pamiątek) nosiło wyjątkowo barwne stroje. Tak też było w wioskach etnicznych w dolinie Omu w Etiopii, także w wiosce Karenów w północnej Tajlandii lub w Chamuli w Meksyku. Bez wątpienia prawdziwą, nieskażoną komercją, kulturę widziałem w wioskach tybetańskich w Chinach, gdzie turyści zdecydowanie nie docierają na co dzień.
Robimy obchód wyspy. Ma podobny charakter jak poprzednia: drewniane domki kryte palmowymi liśćmi, wyskubana trawa między palmami. Odnoszę wrażenie, że większość tych wysepek jest podobna. Czy warto tu spędzić parę dni? Niech każdy sam decyduje.
Renata zobaczyła rozpięty między drzewami hamak i zapragnęła na moment „rajskiego życia”. Kładzie się na nim i kontempluje piękne widoki.
– I jak? Dobrze jest?
– Cudownie. Posmaruj mi kremem ramiona.
Ja też jestem zadowolony. Nie jest to moja pierwsza tropikalna wysepka, ale zawsze się cieszę z pobytu w tak atrakcyjnych miejscach. Na brzegu znajduję olbrzymią muszlę. Ma 25 centymetrów długości. To skrzydelnik olbrzymi (znany również jako Aliger gigas lub Strombus gigas), popularnie określany jako koncha. Robię sobie selfie ze znaleziskiem i odkładam na piasek. Nie zabiorę jej przecież ze sobą.
– Chyba już czas wracać do łodzi – zauważam.
– No tak. Obeszliśmy w końcu wyspę kilka razy.
Ładujemy się do łodzi, wdziewamy kapoki i wracamy do portu w Carti.
Czas oczekiwania na skompletowania ekipy do dżipa i odnalezienie się kierowcy poświęcam na obserwację sępników czarnych. Oglądam również zacumowane przy molo wąskie dłubanki zwane tu ulus. W ich rufowej części znajduje się banta z otworem, w którym może być osadzony maszt z ożaglowaniem rozprzowym.
Około 16:00 ruszamy w powrotną drogę. Wkrótce mijamy posterunek "graniczny" i zmierzamy do głównej drogi prowadzącej do stolicy.
I to właściwie tyle wyjazdu na sławne wyspy San Blas. Czy warto było? Z perspektywy czasu jestem zadowolony. Po pierwsze świadomość tego, że było się w jakimś znanym miejscu jest przyjemna, po drugie, jak by nie było, „zdobyłem” jeszcze jeden region w rankingu Nomadmanii. Po trzecie i chyba najważniejsze – był to naprawdę udany wyjazd.
Wszystko ładnie, ale trzeba jeszcze dotrzeć do hotelu. A z tym mogą być problemy. Już na 20 km przed centrum miasta zaczynają się korki. Poruszamy się nie więcej niż 20 km na godzinę. W miarę jak zbliżamy się do Downtown, panorama miasta staje się coraz bardziej imponująca. Przed nami potężny szklano-betonowo-aluminiowy mur budynków. Trzydziestopiętrowe apartamentowce, jeszcze wyższe biurowce i inne budynki użyteczności publicznej robią niesamowite wrażenie, gdy przejeżdżamy obok nich.
Wysadzamy młodych i w żółwim tempie przeciskamy się dalej w kierunku starego miasta. Po lewej stronie widoczna jest zaokrąglona sylwetka JW Marriott Panama – 284-metrowego budynku apartamentowo-hotelowego. Od 2011 dzierży palmę pierwszeństwa wśród drapaczy chmur w całej Ameryki Środkowej.
Cały czas wypatrują Screw Tower – charakterystycznego budynku. Chciałbym ujrzeć na własne oczy ten współczesny symbol Panama City. I wreszcie jest! Przed nami, 200 metrów dalej, błyszczy, oświetlony promieniami zachodzącego słońca, zielona, poskręcana bryła wysokościowca z ostrosłupem iglicy na dachu.
– Zrób zdjęcia, proszę – zachęcam Renatę siedzącą przy kierowcy.
Budynek, zwany oficjalnie F&F Tower, mierzy 243 metry wysokości i do niedawna był najwyższy w Ameryce Środkowej. Dziś imponuje przede wszystkim nie tyle wysokością, co niezwykłym kształtem – podobnie jak Taipei 101, który oglądaliśmy dwa lata temu na Tajwanie. Po raz kolejny myślę sobie, jak przyjemnie być architektem, który może projektować takie wspaniałe budowle.
Panama dorobiła się, rzecz jasna, na obecności Kanału Sueskiego, który po stu latach dzierżawy przez Stany Zjednoczone, stał się własnością republiki. Tak więc nagromadzenie wysokościowców nie może dziwić, podobnie jak w Dubaju czy w Dosze. To właśnie tutaj mają siedzibę amerykańskie i międzynarodowe firmy. I chociaż dochody czerpane przez Stany Zjednoczone (kilkaset milionów dolarów rocznie, a pod koniec dzierżawy nawet 1 mld USD) były wielkie, to zyski rządu Panamy są obecnie wprost gigantyczne: 4 do 5 miliardów dolarów rocznie! To właśnie obecność obcych firm (głównie międzynarodowych) sprawia, iż część Panamczyków żyje dostatnio. Ma to jednak wymierną cenę: liczba samochodów w stolicy jest olbrzymia i chociaż miasto wybudowało bardzo tanie metro, a liczba samochodów na tysiąc mieszkańców jest tu dwukrotnie mniejsza niż w Warszawie, to ruch uliczny jest olbrzymi. Stoimy w korku od 15 minut, przesunęliśmy się może o 100 metrów. Nie mam gdzie wyjechać, gdzie skręcić, bo z każdego skrzyżowania na naszą ulicę napływają kolejne potoki samochodów. Chilijczycy, którzy siedzą za nami, poddają się i resztę drogi odbywają na piechotę. Do naszego hotelu jest jednak ponad 4 km, więc z niecierpliwością czekamy na poprawę sytuacji.
Pół godziny później jesteśmy w końcu pod hotelem.
– Idziemy na zakupy, czy najpierw do hotelu? – pytam.
– Zróbmy zakupy od razu. Zmęczona jestem.
Na głównej ulicy (Av. Central España) prowadzącej do Casco Viejo wciąż jeszcze mnóstwo przechodniów. Robią zakupy, oglądają wystawy lub kręcą się bez celu. Kupujemy papaję, pomidory, musimy jeszcze kupić wodę i colę, a może i jajka.
– Podejdziemy do tamtego sklepu co ostatnio? – pytam, mając na myśli market na mniej sympatycznej ulicy opodal.
– Nie. Nie chcę tam chodzić!
– Tam było tanio…
– Nie rozumiesz, że mi zależy na bezpieczeństwie!?
Hm. Myślałem wcześniej, że po prostu zaniesiemy bagaże do hotelu, a potem pobiegnę sam na zakupy. Nie zrozumieliśmy się wcześniej.
– Dobrze – odpuszczam. – Wejdźmy tu do sklepu, kupimy, co chcesz.
Tutaj, przy głównej ulicy wszystko jest droższe o połowę i chociaż różnica nie przekroczy dwóch dolarów, to po prostu nie jestem skłonny przepłacać. W nieco minorowych nastrojach wracamy do pokoju. Renata niby akceptuje moje zasady, by nie wydawać zbyt dużo i ciąć koszty tam, gdzie się da. Tym razem jednak ma rację: nie ma co chodzić po ciemnych zakamarkach.
Gotujemy znów jajka w garnuszkach, zjadamy pół papai. Chętnie bym się napił kawy, ale gniazdka i kubki są pozajmowane, więc kładę się spać zmęczony po całym dniu.