Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]
Niełatwa decyzja | Pustynia jest wielka | Życie na pustyni | | |
Dziś trudny dzień dla mnie. Cecile jest chora i nie ma ochoty nigdzie się ruszać. Ja chciałbym zobaczyć coś więcej poza miastem. Wokół rozciąga się wielka pustynia piaszczysta z oazami.
– Jedź, ja zostanę w hotelu – mówi Cecile.
Wiem, że nie przychodzi jej to z łatwością.
– Będziesz zła na mnie, jeśli pojadę.
– Nie. Jedź!
– Co będziesz robić?
– Może wyjdę na chwilę na spacer.
Sytuacja należy do tych niełatwych. Dziewczyna zbyt źle się czuje, by gdziekolwiek jechać. Rozumiem to i na pewno nie będę jej namawiać. Myślę, że Cecile też rozumie moje potrzeby i jest skłonna zostać sama na cały dzień w mieście.
A zatem jadę. Wsiadam do autobusu zmierzającego do al-Wasil, oazy odległej o 120 kilometrów. Jest jeszcze szarówka, słońce dopiero wyłania się zza horyzontu, oświetlając na pomarańczowo pustynię. Po dwóch godzinach dojeżdżamy do miasteczka. Już od pierwszego momentu wydaje mi się ono ciekawe. Widzę fort i ruiny jakichś starych umocnień. Fort zbudowano na planie czworoboku z dwiema okrągłymi basztami po przeciwnych stronach. Gliniany, 10-metrowej wysokości mur, podobnie jak wieże, zwieńczony jest blankami. Potężna drewniana brama o tej porze jest jeszcze zamknięta. Fort sprawia wrażenie nowo odremontowanego, by nie powiedzieć współczesnego. Sąsiednie ruiny wydają mi się ciekawsze. Mury są tu zrobione z cegieł glinianych, a ściany od wewnątrz pokryte odpadającą gliną. O świetności tego miejsca świadczą resztki balustrady z motywami kwiatowymi oraz rzeźbione drewniane drzwi. Wchodzę do środka przez uszkodzony mur i zaglądam do każdego zakamarka. Niestety, poza śmieciami żadnych skarbów tu nie odkrywam.
Ruszam w kierunku pustyni. Piaszczysty erg znajduje się parę kilometrów za miastem. Droga jest asfaltowa, wokół pustkowie, ptaszki śpiewają wysoko na niebie, powietrze jest jeszcze chłodne. Czuję się świetnie. Zbliżam się do brodu i zastanawiam się, jak bardzo głęboka jest tu woda. Niestety mostu tu nie ma w najbliższej okolicy i będę musiał ściągnąć buty. Szczęśliwie nadjeżdża akurat jakiś samochód i kierowca zaprasza mnie. Ładuję się na pakę, gdzie jest już kilku innych pasażerów. Rozbryzgując wodę i kołysząc się na boki, jeep przejeżdża przez rzekę. Podrzucają mnie jeszcze ze dwa kilometry.
– Wielkie dzięki – żegnam się i ruszam w stronę gigantycznej wydmy.
Za swój cel wybieram jej wierzchołek. Nie jest to pierwszy raz, gdy wędrować będę po pustyni. Moje pierwsze pustynne doświadczenia pochodzą z 2002 roku, kiedy to byłem na Saharze. Prawdy mówiąc, było to zaledwie liźnięcie marokańskiej pustyni. Potem zdarzyło mi się wędrować przez żwirowo-piaszczystą pustynię w Wadi Rum. Niezapomniane widoki towarzyszyły nocnemu przyjazdowi przez piaszczystą Takla Makan w Chinach. Dane mi również było spędzić dzień i noc na Białej i Czarny Pustyni w Egipcie. Tutejsza pustynia to zaledwie skrawek Wielkiego ergu... który ciągnie się od Zatoki Perskiej na wschodzie po Morze Czerwone na zachodzie i sięga aż po Jordanię. Gdybym się uparł i szedł przez tydzień, a może i miesiąc w jednym kierunku, doszedłbym do granicy saudyjskiej. Ale przecież i wtedy nie przeszedłbym nawet kilku procent drogi do krańca Pustyni Arabskiej. A przecież przed wiekami: i kilkaset lat temu i 2000 lat temu te wielkie odległości pokonywały karawany idące z Jerozolimy i Petry tu na południe, gdzie zieleniła się kraina miodem i mlekiem (kokosowym) płynąca.
Mozolnie, krok do krokiem, wdrapuję się po piasku w górę. Obok mnie na podobną wycieczkę wybrał się czarny chrabąszcz czy żuczek. Tyle że dla niego to te niewielkie falki są wielkimi wydmami. Przebiera swoimi sześcioma łapkami, czasem ześlizguje się w dół po sypkim piasku. Przystaję i oglądam się za siebie. Wyszedłem już może 30 pięter do góry ponad drogę, którą przyjechałem. Odsłonił się widok na wioskę za przełęczą. To zaledwie parę domów i kilka palm otoczonych wysokimi kamiennymi murami osłaniającymi podwórza przed nawiewanym piaskiem. Żegnam się z żuczkiem i ruszam dalej.
Wydma w górnej części nie ma regularnego kształtu wypłaszcza się i zamienia w ciągu wyższych i niższych kopczyków. Nagle dostrzegam ślady jakiegoś większego zwierzęcia. Odciśnięte łapki układają się w prosty łańcuszek. Z pewnością nie był to fenek którego kilka razy spotkałem na Pustyni Białej w Egipcie. Sympatyczny "lisek" nie występują na Półwyspie Arabskim. Raczej lis. Zwierzę najwyraźniej szukało pożywienia, gdyż ślady biegną w różnych kierunkach, zawracają i krzyżują się. Uważnie rozglądam się, szukając wzrokiem oznak życia. Po północnej stronie wydmy jest bardziej wilgotno, nie dziwi mnie więc obecność niskich krzewów i wyschniętych traw. Przez moment wydawało mi się, że dostrzegłem kątem oka jakiś ruch w oddali. Zbiegam do niewielkiej piaszczystej kotlinki a następnie wdrapuję się na jej przeciwległe zbocze. Ostrożnie wychylam głowę i... jest!