Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]


Manila – Tagaytay – Taal

niedziela, 28 II 2016


Mam ochotę na przekładaniec | Łódką po jeziorze | Korzyści z wulkanu | Taal zabija


Dzisiaj w niedzielę jest dzień specjalny dla mnie. Postanowiłem bowiem, jeszcze przed wyjazdem, dotrzeć do pewnego, wyjątkowego miejsca, które opisane było w jakimś artykule. To wulkan Taal. Można byłoby zapytać, co szczególnego jest w tym wulkanie. Owszem, jest aktywny. Jest w wielkiej kalderze, no i...? Otóż, jeśli przyjrzeć się dokładnie jego położeniu na mapie, to okaże się, że mamy do czynienia ze swoistym przekładańcem. Bo oto na wielkiej wodzie – Oceanie Spokojnym – znajduje się wyspa Luzon, na wyspie Luzon znajduje się jezioro Taal, na jeziorze Taal znajduje się wulkan Taal, wewnątrz tego wulkanu znajduje się jezioro kraterowe, ze środka którego wyrasta skała Vulcan Point. To miejsce, jak mówię, jest wyjątkowe, aczkolwiek w Kanadzie również znajduje się podobny przekładaniec: otóż na Labradorze – krainie jezior i wysp – znajduje się jezioro kraterowe Manicouagan, na nim wyspa René-Levasseur, na której największym zbiornikiem wodnym jest Lac Observation z wysepkami Rivière-aux-Outardes. Może kiedyś…?

Przed wyjazdem opowiedziałem Cecile o tej geograficznej ciekawostce. A ta się zgodziła abyśmy urzeczywistnili mój kaprys.

Na lotnisku w Manili jesteśmy o 2:30 w nocy musimy dotrwać tu do rana. Rozkładamy się więc na ławce i staramy się przekimać do rana. Gdy się rozwidnia, opuszczamy lotnisk, podjeżdżamy autobusem do Rotonda Terminal i wsiadamy do autobusu jadącego w stronę miejscowości Tagalay. Na szczęście miasto to leży w południowej części Luzonu, nie musimy więc przedzierać się przez zatłoczone ulice Manili i Quezon City. Przesiadamy się na jeepneya i po kolejnej przesiadce jedziemy do Talisay. Na miejscu jesteśmy koło 8:00 rano i zaczynamy od znalezienia noclegu.

Ten znajduje się bez problemu, płacimy 700 PHP. Zostawiamy plecaki i idziemy na brzeg jeziora odległego o kilkadziesiąt metrów. Tu, przy molo, cumują łodzie motorowe przewożące turystów na wyspę. Jezioro ijest olbrzymie, ma niemal 250 kilometrów kwadratowych, dwa razy więcej niż nasze Śniardwy. Ciekawostką jest to, że żyją tu jedyne na świecie słodkowodne sardynki (Sardinella tawilis), niestety niewiele tych ryb zostało, gdyż jezioro jest przełowione.

Ceny za transport na wyspę są umiarkowane, a przez to zasadniczo nie podlegają negocjacji. Ale to nie znaczy, że nie udaje mi się urwać 100 peso z "ostatecznej" ceny. Czekamy, aż uzbiera się sześcioosobowa grupa, z czym nie ma najmniejszego problemu. Ta okoliczność bardzo mnie cieszy, bo w pamięci mam wciąż nieprzyjemną sytuację – próbę wynajęcie łodzi na rejs po Tonle Sap (Kambodża) i po Perfumowej Rzece (Wietnam).

Płyniemy. Dystans jest niewielki, to raptem 6 km. W oddali tu i ówdzie widzę łodzie rybackie. To tradycyjne bangki zwane tu lokalnie banca pangisda – wąskie łodzie kiedyś wyrabiane z jednego pnia drzewa lauan lub molave. Dziś robi się je z desek spajanych żywicą. Kadłub mają wąski, z zadartym dziobem i rufą. Kiedyś napędzane wiosłami i żaglem layag z maty; dziś są zaopatrzone w silnik spalinowy. Wyposażone są również w outriggery – pływaki połączone drążkami kasko, które zapewniają dużą stabilność przy wyższej fali i rozładunku. Dziś pogoda prawie bezwietrzna, jezioro woda w jeziorze ledwie się marszczy.

Dwie łodzie zakotwiczyły w pewnej odległości od brzegu przy ledwie widocznych konstrukcjach zanurzonych w wodzie. To fermy, w których hoduje się w klatkach tilapię nilową (Oreochromis niloticus)*/. Tych ferm klatkowych jest na jeziorze mnóstwo, może kilkadziesiąt, może kilkaset. Widać, że rybołóstwo jest tu ważnym zajęciem mieszkańców. Prócz endemicznych sardynek i wspomnianych tilapii odławia się tu również maliputo (Caranx ignobilis). Dodam, że sardynka Tawilis smażona na chrupko z octem i czosnkiem to klasyk w Batangas.

Łódź, którą płyniemy, to banca pampasahero – łódź pasażerska. Jest dłuższa, 10-12 m, z daszkiem z blachy. W naszej grupie płynie dwóch turystów z Polski. Opowiadają nam o swoich wrażeniach.

Dwadzieścia minut później jesteśmy na wyspie. Cumujemy w niewielkiej przystani przy osadzie. To nawet ciężko nazwać osadą, to zaledwie kilka-kilkanaście parterowych domów, w większości drewnianych, skleconych z bambusa i krytych kawałkami blachy falistej. Między nimi bawią się kilkuletnie dzieciaki, a rodzice krzątają się w obejściu. Na brzegu Cecile rozmawia jeszcze z dwójką Polaków, ja tymczasem obserwuję, jak inni turyści umawiają się na dalszy transport z właścicielami osiołków. Chociaż nie mam bladego pojęcia, jak długa i wymagająca jest droga na krawędź krateru wulkanu, to przez myśl mi nie przychodzi, by korzystać z tego typu udogodnień. Zawsze sobie podkipowałem z turystów, którzy wynajmują osiołka, by pokonać krótki dystans lub wspiąć się na niewysoką górę. Przecierałem ongiś oczy ze zdumienia, widząc turystów wynajmujących osiołki do transportu w Petrze. Ja rozumiem, że dla niektórych frajdą może być przejażdżka na wielbłądzie w Egipcie lub na słoniu w Indiach, ale w tych wypadkach cel jest inny – rekreacyjny a nie transportowy. Sam przecież korzystałem z okazji, by posmakować jazdy na koniu i na jaku w Mongolii. Ale tutaj?! No nic, każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości. Ja w każdym razie poruszam się szybciej niż osiołek.

Ruszamy wraz z innymi w górę. Szlak nie jest oznakowany, jeśli nie liczyć oślich odchodów. Droga nie jest zbyt stroma, idziemy dość szybko, wyprzedzając nie tylko osiołki, ale i innych wycieczkowiczów. Widok otyłych turystek siedzących okrakiem na osiołku trzymających oburącz wystający pionowo z siodła trzonek. Wzbudza to często śmiech u piechurów.

Wokół bujna, tropikalna przyroda. Nie może to dziwić, powszechnie wiadomo, że gleby wokół wulkanów są wybitnie żyzne. Popiół wulkaniczny zawiera wszystkie konieczne dla wzrostu roślin składniki: potas i fosfor oraz mikroelementy: magnez, wapń i żelazo. Szybko się rozkłada w wilgotnym klimacie tworząc andosole, a w konsekwencji kwaśne gleby idealne dla ryżu, kawy, ananasa i kokosów. Skały wulkaniczne, takie jak andezyt i dacyt łatwo wietrzeją, tworząc minerały ilaste o ogromnej pojemności sorpcyjnej. Wyrzucane z wulkanu związki siarki również sprzyjają wzrostowi roślin. To wszystko nie tylko sprawia, że na wyspie przyroda ukazuje swą bujną postać, ale cały region Taal obejmujący gminy Talisay, Laurel, Agoncillo, Tanauan stanowi główny spichlerz ryżu prowincji Batangas.

Podążając oślą ścieżką, mijamy plantacje bananowców. Później dochodzimy do skrytego w dżungli pola uprawnego.

– Co to może być? – zastanawiam się, fotografując rośliny rosnące równych rządkach.

Mają kilkadziesiąt centymetrów wysokości i duże ciemnozielone liście przypominające nieco liście kasztanowca. Później przekonam się, że to kasawa czyli maniok jadalny (Manihot esculenta Crantz). Chociaż pochodzi z Ameryki Południowej to rozpowszechnił się w całej strefie okołorównikowej i jest uprawiany w Afryce Zachodniej i Wschodniej a także na Jawie i Bali (Indonezja) i tu – na Luzonie. Mało tego: jego kilkudziesięciocentymetroiwe bulwy o wadze do 4 kilgramów są podstawą wyżywienia w wielu krajach, głównie afrykańskich. Nic więc dziwnego, że maniok znany jest także pod nazwą podpłomycz najużyteczniejszy. Bulwy po ugotowaniu lub przeróbce na mąkę (kassawa, garri lub tapioka) wykorzystuje się do przyrządzania najróżniejszych potraw. Tu, na Filipinach, podaje się w postaci gotowanej z cukrem i masłem – jako kamote czasem dodaje się latik – osad z mleka kokosowego. Piecze się również słodkie placki z ciasta z tartej kassawy, mleka kokosowego, cukru i jajek, z dodatkiem pandanu robi kluski Pichi-Pichi lub po prostu – frytki. W lesie porastającym zbocza Taal dostrzegam kwitnące na pomarańczowo drzewa tulipanowe czyli spatodee dzwonkowate (Spathodea campanulata). Liczne są również różowo i pomarańczowo kwitnące wilczomlecze. Parę kroków dalej spotykam kilkumetrowe porośnięte kolcami kilkumetrowe krzewy. I już prawie zaczynam opowiadać Cecile, że to ceiba (puchowiec), gdy zdaję sobie sprawę ze swojej gafy: to przecież też maniok, tyle że wyrośnięty i zdziczały.

W miarę, jak wznosimy się wyżej i wyżej, roślinność staje się coraz bardziej skąpa, a w miejscach, gdzie odsłania się skała wulkaniczna, od czasu do czasu, pojawiająją się miejsca, z których wydobywają się fumarole. Przystaję na chwilę i dotykam szarą lawę.

– Ciepła!

Cecile nie dowierza mi, muszę ją zachęcać, by się sama przekonała.

Ostatnie 15 minut wędrówki jest ostro pod górę, tu osiołki nie dają już rady. Wdrapujemy się na krawędź krateru. Jeszcze parę metrów i naszym oczom ukazuje się jezioro wypełniające krater. Ma około kilometra kwadratowego powierzchni i obiecaną na mapie wysepkę – skałę zwaną Vulcan Point.

– Ależ się cieszę, że tu dotarłem! – mówię uradowany.

Reakcje Cecile są bardziej powściągliwe. Czasem trudno mi wyczytać z jej twarzy, czy jest zadowolona czy nie. Wraz z nami na krater dotarło kilkanaście osób. Oczywiście, mam na myśli – w tej chwili. Jest wśród nich Chińczyk, korzysta z rozrywki oferowanej tu turystom: uderza kijem golfowym w piłeczkę. Ta zatacza łuk i spada gdzieś w dół do jeziora. No... ma chłop frajdę, pff.

Musimy trochę odsapnąć. Droga nie była trudna, ale wilgotny klimat sprawia, że jestem mokry od potu. Wulkan bynajmniej nie jest wysoki, wznosi się zaledwie 311 m n.p.m. Można powiedzieć: mały, ale aktywny ;-) W ciągu ostatnich 500 lat Taal wybuchał kilkadziesiąt razy, należy do najbardziej aktywnych wulkanów na Filipinach. Ostatnia erupcja miała miejsce w XX wieku i trwała z przerwami 12 lat (1965-1977). Zginęło wówczas ponad 5 tysięcy osób. Mimo zakazów, Filipińczycy osiedlają się na wyspie. Cóż, ryzyko wybuchu jest umiarkowane a ziemia bardzo żyzna***/.

Przez kwadrans jeszcze delekrujemy się widokami krateru, ze zboczy którego tu i ówdzie unoszą się fumarole. Czas wracać.

Powrót odbywa się bez nadzwyczajnych wydarzeń. Zatrzymuję się tylko na chwilę, by sfotografować delikatne fioletowe kwiaty Centrosema molle. Zanim wsiądziemy na łódź, jest chwila, by przyjrzeć się miejscowym rybakom naprawiających swą banca. Po powrocie na "ląd" idziemy na obiad. Przecież prawie czały dzień nic nie jedliśmy! Kupujemy jeszcze opgórki i cebulę, by przyrządzić kolację i jutro śniadanie. Przed wieczorem idziemy jeszcze na krótki spacer po miasteczku.

____________________________

*/ Po erupcji w 2020 roku hodowla klatkowa jako bezpieczniejsza bardzo się rozpowszechniła.
**/ Z podobnymi sytuacjami miałem do czynienia w Firze na Santorynie, na półwyspie Semana w Dominikanie i pod wulkanem Pacaya (Gwatemala).
***/ Erupcja z 12 stycznia 2020 roku spowodowała ewakuację 45 tysięcy osób i śmierć 39 osób. W kolejnych latach aktywność Taal utrzymywała się na wysokim poziomie (trzęsienia ziemi, erupcje freatyczne i freatomatyczne). Zniszczeniu uległa skało Volcano Point, a jezioro kraterowe... zniknęło.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej