Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]
Kierunek: zachód! | Pożegnanie z archipelagiem
Plan na dziś jest bardzo prosty: przejechać na lotnisko w Manili, wsiąść do samolotu do Dubaju o 15:40, odszukać nocleg.
Rano po śniadaniu, nie spiesząc się, idziemy na przystanek. Jeepneyem podjeżdżamy do Tousan, tu przesiadamy się na autobus do Manili (bilety po 96 PHP). Jedziemy jakąś inną, dłuższą trasą, zdaje się przez Calambę i Muntilupę. Współpasażerowie doradzają nam, gdzie wysiąść.
W Makati – jednym z satelickich miast rozłożonych wokół stolicy – jesteśmy koło południa. Korzystając z okazji robimy zakupy jedzeniowe w sklepie 7-Eleven. Chleb, konserwy, pepsi, banany, suszone mango (to dla Cecile do domu) oraz tabletki na gardło – też dla Cecile. Musimy podjechać jeepneyem na terminal Rotonda, tu zjadamy tani obiad i dalej, już po znajomej trasie, podjeżdżamy jeepneyem na lotnisko. Wszystkie te przejazdy zajmują nam sporo czasu i prawdopodobnie dałoby się to łatwiej zorganizować, ale wymagałoby lepszego rozeznania w komunikacji miejscowej. Tak czy owak, komunikacja na Filipinach jest tania: dzisiejsze przejazdy kosztowały nas po niecałe 3 dolary od osoby.
O 15:00 jesteśmy już na lotnisku i czekamy na odlot samolotu do Emiratów.
– Wiesz co? Zostało nam trochę filipińskich pieniędzy. Powinienem tu wymienić, bo w Europie będą bez wartości – zwracam się do Cecile.
– Dobrze. Idź wymienić. Ja poczekam.
Pozbywam się resztek filipińskich peso, kupując 5 emirackich dirhamów.
Mamy karty pokładowe, jesteśmy już po odprawie. Zjadamy część zapasów, Cecile, dodatkowo, tabletki na gardło. Wygląda naprawdę na przeziębioną.
Czas na krótkie podsumowanie 12-dniowego pobytu na Filipinach. Odwiedziliśmy cztery większe wyspy archipelagu: Luzon, Palawan, Cebu i Bohol. Dotarliśmy do kilku topowych miejsc w tym kraju, były to: podziemna rzeka, Czekoladowe Wzgórza, rezerwat tarsjuszy, tarasy ryżowe, wiszące trumny i wulkan Taal. Jak dla mnie, program został zrealizowany i chociaż na Filipinach można byłoby spędzić dużo więcej czasu, odkrywając kolejne atrakcje, to i tak jestem bardzo zadowolony. Czas na Emiraty i Oman. O 16:40 odlatujemy.
Przed nami kilka godzin lotu, 7000 kilometrów nad Indochinami, Indiami z widokiem na Himalaje i Środkowym Wschodem. Po wylądowaniu cofamy zegarki o 4 godziny.
W Dubaju zrobiliśmy rezerwację w hotelu na starym mieście. Pozostaje dojechać metrem na miejsce. Pokój jest zwyczajny: ani wypasiony, ani byle jaki. Jest łóżko, jest klima, jest łazienka. Czy potrzeba nam jeszcze czegoś? No, tak: w szafie jest dywanik do modlitw i Koran.