Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]


Bahla – Misfat – Nizwa

wtorek, 8 III 2016


Cecile wciąż chora | Zwiedzam gliniany fort | Senna atmosfera miasteczka | W domu u Omańczyka | W niezwykłym Misfacie | Powrót do Nizwy


– Cecile, jak się czujesz? Chcę pojechać do Bahli stopem…

– Wróć przed 16:00 zanim Bela przyjdzie.

– Będziesz wychodzić?

– No, jak? Sama?

Hm. Mogę przesiedzieć do popołudnia w domu, ale czy to ma sens? Biorę plecaczek, ksero z przewodnika i butelkę wody. Powinna wystarczyć na początek. Wychodzę na główną ulicę i oczom nie wierzę. Rzeczka, która wczoraj ledwie sączyła się przez centrum miasta, dziś zamieniła się w szerokie, choć płytkie, rozlewisko. Samochody przejeżdżają powoli przez bród, zanurzając koła do połowy. Jakiś Arab podkasał galabiję i trzymając sandały w dłoni, próbuje przedostać się na drugą stronę. Chłopcy mają natomiast frajdę, jeżdżąc na płyciźnie rowerem i rozbryzgując wodę wokół.

Ustawiam się do stopowania na wczorajszym miejscu. Nic się nie zatrzymuje przez dłuższy czas, przechodzę coraz dalej i dalej. Czyżby mnie szczęście opuściło? W końcu jestem już poza miastem, za skrzyżowaniem. Zatrzymuje się młody człowiek, podrzuci mnie pod sam fort. Jest superuprzejmy.

Droga nie zajmuje dużo czasu, to raptem 40 kilometrów. Mijamy nowy meczet i całe miasteczko. Mijamy drugi fort (nie ten sławniejszy). W końcu moich oczom ukazuje się sławny fort w Nizwie. Od razu powiem, że robi wrażenie. Zbudowany jest na planie nieregularnego czworoboku, a dolna część jego wysokich murów zewnętrznych jest wykonana z kamienia. Górne kondygnacje są gliniane. Czworoboczne i okrągłe wieże z małymi okienkami podkreślają obronny charakter budowli. Wokół fortu i na placu przed wejściem panują pustki. Czyżby był nieczynny?! Przy ulicy stoi parę samochodów. „Taksówkarze” proponuję mi swoje usługi, ale odpieram ich ataki. Przecież dopiero co tu przyjechałem!

Za bramą Omańczyk sprzedaje bilety – po 0,5 riala.

– Niezbyt dużo tutaj turystów?

– E, nie. Są turyści, przyjadą autobusami, później.

Biorę mapkę z krótkim opisem fortu i zaczynam metodycznie zwiedzać obiekt. Po przejściu na obszerny dziedziniec. Najpierw narożna wieża (bez możliwości wejścia na górę), potem sąsiednie pomieszczenia. Dużo tu różnych schodów, zakamarków, przypomina mi się kasba Taourirt z Maroka. Pokoje i sale są puste, zero wyposażenia, tylko gołe ściany. Na chwilę wychodzę na dziedziniec i konsekwentnie myszkuję po kolejnych budynkach. W niektórych pomieszczeniach spotykam sprzątających – dziwi mnie ich obecność, bo wszędzie jest sterylnie czysto! Widocznie chronią się przed narastającym upałem. Trudno powiedzieć, czy brak wyposażenia sal jest zamierzony, czy, po prostu, brakuje eksponatów.

Wiadomo, że fort został zniszczony przez deszcz w 2007 roku i przez 8 lat był odbudowywany. Myślę, że mam szczęście, iż obiekt jest już udostępniony dla turystów. Nie mam pojęcia, w jakim stopniu fort został uszkodzony. Glina – materiał, z którego zostały wzniesione mury – z pewnością nie jest zbyt odporna na wodę. Zapewne konieczność odbudowy fortu zdarzało się w przeszłości wielokrotnie. Tym razem może remont został przeprowadzony gruntownie i elegancko. Przeważnie każde pomieszczenie ma oświetlenie, a kable są pochowane, to rzadko zdarza się w regionach, gdzie “druciane palmy” – plątanina kabli na słupach elektrycznych przed domami – są normą. Jak wspomniałem, dolne partie murów wykonane są z kamienia wyższe zapewne z cegły mułowej obrzuconej gliną. Natomiast stropy wykonane są z belek podtrzymujących powałę z trzciny obrzuconej zapewne z wierzchu gliną. Zaglądam w różne zakamarki, przeciskam między budynkami, wchodzę do różnych pomieszczeń. Większość jest podobna do siebie i, ja wspomniałem, pusta. Czasem jedynie trafią się jakieś drewniane elementy w konstrukcji ścian lub drzwi. Łatwo się tu zagubić, lecz przecież to urok takich miejsc. Zaglądam do stożkowatej wieży, mierzy kilkanaście metrów wysokości. Wyglądem przypomina mi minaret Emin Ta w Turfanie (Chiny). Ma liczne otwory w potężnych, ponad metrowej grubości, murach. Teoretycznie jest możliwość wejścia na wyższą kondygnację, gdyż w kącie wieży, w półotwartym kominie zamontowano drewniane belki umożliwiające wspięcie się wyżej. Idę dalej. Z niewielkich okienek półokrągłego donżonu widać rozciągające się poniżej miasto z białymi lub kremowymi budynkami skrytymi w gęstym palmowym zagajnikach. Ciekawe czy fajnie się tym żyje mieszkańcom.

Najbardziej interesującym pomieszczeniem wydaje się minaret meczet z licznymi zagłębieniami z drewnianymi półkami W zagłębieniach muru inskrypcją arabską odciśniętą w glinie kanałem doprowadzającym wodę do ablucji w niewielkim basenie i licznymi ślepymi oknami zwieńczonymi ostrołukami. Staram się zwiedzać fort dokładnie, systematycznie, penetrując wszystkie zakamarki. Pomieszczeń jest jednak tak dużo, że można poczuć znużenie. Kończę zwiedzanie. Wychodzę, uśmiechając się promiennie do znudzonego strażnika-biletera.

– Dziękuję! Wszystko było bardzo interesujące!

Robię sobie jeszcze sesję fotograficzną na placu przed sąsiadującym z fortem budynkiem. Dopiero w tego miejsca obiekt prezentuje się w całej okazałości.

Mam teraz chwilę, by przyjrzeć się miastu i mieszkańcom. Życie tutaj, jak łatwo się domyślić, płynie spokojnie i miarowo. Wydarzeniami, które wzbudzają ruch są zapewne cotygodniowe targi i turyści przybywający autokarami. W moim kierunku właśnie zmierza starszy mężczyzna z krótko obciętą siwą brodą. Ubrany jest w galabiję przepasaną sznurem w pasie i kefiję na głowie. W ręku trzyma dwa miecze i pochwy. Broń ma ładnie grawerowane rękojeści, również pochwa ma ozdobne elementy z tłoczonej blachy. Są to, rzecz jasna, wyroby współczesne, przeznaczone dla turystów. Na wszelki wypadek kręcę przecząco głową, by uniknąć nagabywania. Opodal, przed sklepem na chodniku, siedzi dwóch mężczyzn. Starszy w turbanie i galabii, młodszy – nowocześnie: w koszuli wypuszczonej na dżinsy. Zażarcie dyskutują o czymś, gestykulując rękoma. Naprzeciw przed warsztatem oferującym naprawę silników elektrycznych drzemie na plastikowym krzesełku mężczyzna. To zapewne właściciel czekający na potencjalnego klienta. Przed sklep, przy którym siedzę zajeżdża wypasiony samochód. Wysiada Omańczyk i, nie czekając na gramolącą się żonę, idzie do sklepu.

Ruszam i ja – w stronę wylotowej ulicy drogi. Droga przechodzi przez bramę w murze okalającym miasto, a ponieważ jest możliwość wejścia na niego, korzystam z tego. Schodki wyprowadzają mnie na szczyt, mogę zrobić sobie spacer poprowadzonym tędy chodnikiem. Z tej perspektywy widać doskonale okolicę z minaretem i kępami palm wyrastającymi ponad miasto i fort, w którym przed chwilą byłem.

W dalszą drogę zabieram się z 50-letnim Omańczykiem. Jest bardzo sympatyczny i rozmowny, chociaż rozmowa nieco kuleje ze względu na moją słabą na jego ze względu na słaby angielski.

– Ja mieszkam tam – mówi wskazując miasteczko na równinie.

– To Misfat?

– Nie, nie. Misfat jest tam, wyżej, widzisz?

Faktycznie, parę kilometrów dalej, w połowie zbocza, wyrasta niewielka miejscowość.

– Ja proponuję, abyś wpadł do mnie abyś pojechał ze mną do domu, wypijemy herbatę, a potem odwiozę cię do Misfatu.

Takiej okazji nie przepuszczę. Rzadko się zdarza, by Omańczycy zapraszali, ot tak, do domów. "Mój” Omańczyk mieszka w olbrzymim domu otoczonym wysokim murem. Parkuje przed bramą, wchodzimy do środka. Na parterze znajduje się duży, dwukondygnacyjny living-room, z którego na piętro prowadzą wewnętrzne schody. Pośrodku rozłożony jest dywan, na który mnie zaprasza. Jest tu też sofa i są masywne, tapicerowane fotele, ale gospodarz najwyraźniej chce podać herbatę tradycyjnie. Przeprasza mnie na chwilę i po 10 minutach wraca, kładąc na podłodze metrową tacę z talerzami pełnymi owoców, miską do obmycia rąk i czajnikiem. Herbatę pijemy z miniaturowych filiżanek.

– Mieszkasz tu z rodziną? – pytam, chociaż znam odpowiedź.

– Tak, mam żonę i dzieci – ruchem głowy wskazuje zdjęcia dzieciaków na ścianie. – Ale żona pojechała z nimi do krewnych – dodaje.

Może tak, może nie. Może nie ma ochoty, by ją tu zawołać, nie będę wnikać. Konwersujemy jeszcze z 15 minut, robimy sobie pamiątkowe zdjęcia.

– Let's go – mówi mężczyzna, podnosząc się z podłogi.

Dziękuję za gościnę, wracamy do samochodu i podjeżdżamy parę kilometrów do Misfatu. Żegnam sympatycznego Omańczyka, było bardzo miło.

Opis miasta

Przychodzi mi do głowy taka refleksja. Fortów lub ich pozostałości, a także kamiennych i glinianych wiosek w Omanie jest sporo i są one niezwykle atrakcyjne. Z pewnością miałbym wielką frajdę, jeżdżąc po kraju i odszukując kolejne podobne atrakcje. Z łatwością dałoby się tak zagospodarować cały miesiąc. Podobnie zresztą, jak na Filipinach – odwiedzając wioski, tarasy ryżowe i inne ciekawostki przyrodnicze. I z pewnością niejeden powie, że tydzień w Omanie czy na Filipinach to stanowczo za mało. I oczywiście zgodzę się z tym! Ale zawsze przede mną stoi dylemat: zobaczyć coś więcej w jednym kraju, czy mniej w różnych krajach? Organizując sobie takie wyjazdy, jak ten po kilku krajach lub tramping po Ameryce Środkowej obejmujący 5 republik, odpowiadam sam sobie i innym: wolę różnorodność w zwiedzaniu. Tym niemniej już teraz trochę mi żal innych wspaniałości Omanu. I z tym przykrym uczuciem niedosytu ustawiam się na stopa przy wylotowej drodze z Misfatu.

Zabiera mnie młody Omańczyk podróżujący z matką. A w każdym razie ze starszą kobietą, z którą prowadzi ożywioną, ocierającą się o kłótnię, rozmowę. Jadą do Nizwy, więc mój powrót będzie już bezproblemowy. Ponieważ czuję się zwolniony z "obowiązku" rozmowy, skupiam uwagę na krajobrazach. Oto w oddali masyw górski zakończony skałą o pionowym zboczu. Ściana ma sto, a może dwieście metrów wysokości, robi wrażenie.

Opis wieczora


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej