Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]


Balicasag Island – Alona Beach

piątek, 26 II 2016


Bangka i delfiny | Szmaragdowa woda i biały piasek | Zbiera mmuszelki i koralowce | Z dala od cywilizacji | |


Płyniemy. Nasza łódź ma nieduże rozmiary. To tradycyjna filipińska bangka z wąskim kadłubem i charakterystycznymi bocznymi pływakami (outriggerami), które zapewniają jej stabilność. Jej napęd stanowi straszliwie terkoczący silnik. Na pokładzie mamy 5 czy 6 osób. W połowie to turyści z Europy lub Ameryki. W gruncie rzeczy nie wiem, dokąd płyniemy. Wiem tylko, że wysepek ma być kilka. Może organizator podał jakieś nazwy, ale nic mi nie mówią. Podróż jest więc w nieznane!

Brzeg Bohol oddala się od nas coraz bardziej, w niewielkiej odległości od nas płynie kilka podobnych statków. Współpasażerowie mówią, że popłyniemy najpierw "na delfiny". Już od pewnego momentu słyszę ożywione rozmowy wśród turystów pokazujących sobie białą spienioną wodę oddali – to miejsca, w których wyskoczył z wody szary delfin. Niestety, na razie atrakcja to niewielka, musimy podpłynąć bliżej. 20 minut później kapitan daje sygnał "maszyny stop".

Zatrzymujemy się pośrodku morza w towarzystwie kilku innych jednostek, które zakotwiczyły w odległości kilkuset metrów. W utworzonym pomiędzy statkami „akwenie" widać sporo baraszkujących delfinów. Najwyraźniej to ich ulubione miejsce, a miejscowi dobrze o nim wiedzą. Delfiny wyskakują z wody pojedynczo, parami lub grupami. Ponieważ, jak się zdaje, więcej ich jest w pobliżu innego statku, włączamy silnik i powolutku podpływamy. Podczas tego przemieszczania się towarzyszą nam przy burcie te piękne morskie ssaki. Każdy wyskok, zwłaszcza wyższy, wywołuje okrzyki uznania lub zachwytu. Robimy cały czas zdjęcia, licząc na to, że chociaż niektóre z nich będą udane. Zdarzyło mi się kiedyś oglądać parę delfinów w innych miejscach, lecz tutaj jest ich najwięcej i na wyciągnięcie ręki. Bardzo się cieszę z tych widoków. Chciałbym jeszcze popłynąć kiedyś na oglądanie wielorybów.

Zmierzamy teraz ku "rajskiej" wysepce. Z mapy Google wynika, że to mała, bo licząca zaledwie 0,3 kilometra kwadratowego, wyspa Balicasag. Pojawiła się nagle w zasięgu naszego wzroku. Jest płaska, ponad palmową gęstwinę wystaje jedynie biała wieża latarni morskiej. Łódź, wciąż przeraźliwie terkocząc, powoli podpływa do brzegu. Na płyciźnie możemy się przekonać, jak krystalicznie czysta jest tu woda. W pamięci mam mętne wody Bałtyku, zresztą nie tylko na polskim wybrzeżu, ale też przy plażach litewskich i łotewskich. Niemal biały piasek na plaży i szmaragdowa woda zniewalają. Już widać kamieniste dno pod burtą, falująca powierzchnia wody nieustannie zniekształca obraz podwodnego świata.

– Turtle! Turtle! – woła Filipińczyk na dziobie i pokazuje nam powoli przesuwający się kształt pod wodą.

Żółw ma ze 40 centymetrów długości. Ignoruje nas, podążając w swoją stronę. Ponoć pływanie z żółwiami morskimi jest wspaniałą rozrywką. Mam nadzieję, ze kiedyś jej posmakuję.

Przy brzegu zacumowało więcej łodzi podobnych do naszej. Przechodzimy na dziób łodzi i zeskakujemy z długiego bompopu wprost na piasek.

– Tu możecie posnurkować – mówi nasz kapitan.

– Ale my nie mamy masek ani rurek – żali się Cecile.

– To nie problem, możecie sprzęt wypożyczyć – wyjaśnia mężczyzna i dodaje: Chodźcie, zaprowadzę was.

Wraz z pozostałymi pasażerami podchodzimy do baru skrytego w cieniu palm. Tu można nie tylko wypożyczyć sprzęt do snurkowania, ale i zorganizować sobie wycieczkę łódką na rafę koralową.

– Nie wiem, czy poradzę sobie – stwierdza Cecile.

– Nic się nie martw. Zanurzasz głowę pod wodę i spokojnie oddychasz… Nie będziesz żałować!

– A ty? Nie zdecydujesz się?

Hm. Może miałbym ochotę. Podobał mi się podwodny świat.

Pół godziny później

Nie zdecydowałem się na snorkeling. Przyjemność z oglądania podwodnego świata jest wtedy, gdy się dobrze pływa. A ja? No, cóż! Do brzegu zawsze dopłynę 😊. Moje zbyt świeże są moje doświadczenie z nurkowaniu w Hurghadzie? Tak czy owak, Cecile idzie popływać, ja zrobię sobie spacerek po wyspie.

Na pierwszy rzut oka wyspa Balicasag na mapie nie wygląda na dużą. Przypuszczam, że można ją obejść w godzinę. Ruszam plażą w kierunku przeciwnym do portu, rozbrzmiewającej z baru muzyki i wycieczkowiczów. Łódka z Cecile kołysze się na fali w otoczeniu dwóch czy trzech innych. Gdzieś z dala od brzegu dostrzegam jeszcze parę łajb płynących być może na inne rafy.

Jeśli to ma być szczyt sezonu, to myślę, że to naprawdę raj. Plaża jest pusta, ani jednego turysty. Po 10 minutach spotykam miejscowych biznesmenów oferujących muszle i rybaka dłubiącego przy łodzi wyciągniętej na brzeg. Jestem usatysfakcjonowany. Jest ślicznie, tak jak powinno być na każdej rajskiej wyspie: biały piasek, muszle obmywane falami, kokos zagrzebany w piasku, błękitno-zielona głębia w oddali lądu, kilka chmurek na błękitnym niebie, pochylone palmy kokosowe z papugami uwijającymi się wśród liści. Gdzieniegdzie dojrzewają pandany (Pandanus tectorius) na krzakach. Ich pomarańczowe wieloowocowe owocostany nieco przypominają ananasy. Pandany, które tu widzę, są jeszcze młode o słabo wykształconych korzeniach przybyszowych. Wędrując plażą, przystaję czasem, by popatrzeć na wędrującego po piasku krabika. Drgania gruntu zachęcają go do pospiesznego schowania się w jamce. Czasem schylam się po ładniejszą muszlę lub kawałek koralowca. Jeden kawałek wróci ze mną do Polski. Próbuję odszukać wzrokiem Cecile. Na morzu kilka podobnych do siebie pustych łódek. Unoszą się na wodzie w sporej odległości, co nie pozwala na zidentyfikowanie tej właściwej. Cecile najwidoczniej jest gdzieś pod wodą.

Zastanawiam się, czy nie obejść wysypki wokół – tak jak zrobiliśmy to rok temu na w parku narodowym Tunku Abdul Rahman na Borneo. Obawiam się jednak, że Cecile może tymczasem wrócić i zacznie się niepokoić. Zawracam więc do miejsca, w którym wylądowaliśmy. Tu, na stoliku, wciąż leżą rzeczy Francuza – między innymi aparat fotograficzny. Ale to różnica między Filipinami a Brazylią – tam nikt by tak nie postąpił. Następnego dnia moje poglądy w kwestii bezpieczeństwa na Filipinach miały ulec zmianie...

Ruszam teraz w głąb wyspy. Ta część jest jakby mniej turystyczna, dochodzę do zwyczajnej wioski. Czasem spotykam wycieczkowiczów podglądających folklor. A może to wczasowicze z jakiegoś resortu skrytego między soczystozielonymi palmami kokosowymi? Ścieżka prowadzi mnie między domami, po lewej stronie mam białą latarnię morską i jakąś dzwonnicę, czy też wieżę. Domy, które mijam, mają konstrukcję drewnianą. Ściany wyplecione są z liści pandanu połaciowego, tworzą ładne desenie. Część domów stoi na palach, w błotku pod nimi ryją czarne świnie uwiązane na sznurku. Zresztą nie tylko trzoda chlewna jest tak przywiązana do właściciela. Widzę, że kozy i koguty też są przywiązane sznurkiem. Wioska nie sprawia wrażenia zadbanej ani bogatej. Śmieci rupiecie walają się na podwórku. Na szczęście, kwitnące czerwono żółto i biało krzewy i kwiaty sprawiają, że całość wydaje się dość sympatyczna. Zastanawiamy się przez chwilę, czy chciałbym spędzać życie w takiej "rajskiej" wyspie. Zbyt dużo rozrywek tu chyba nie ma, może można zająć się rzemiosłem artystycznym, obsługą turystów, świadczyć usługi agroturystyczne lub wożąc ich na rafę koralową. Hm, nie! Jednak zanudziłbym się tutaj!

Virgin Island

Powrót na Bohol

Wieczór na plaży


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej