Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]


Stambuł – Praga – Wrocław – Kraków

czwartek-piątek 10-11 III 2016


Długi powrót do domu | Tramping pełen trudnych sytuacji


Samolot do Stambułu odlatuje o godzinie 5:05. Tym razem na pokładzie mamy komplet pasażerów. Mam miejsce w przejściu i zero widoków. Mogę tylko śledzić aktualną pozycję na mapie pokazywanej na ekranie. Minęliśmy Kuwejt i wlecieliśmy właśnie na teren Iraku. Zakładam, że nikt nas nie będzie witać rakietami ziemia-powietrze. Gdzieś tam, 35 tysięcy stóp poniżej, znajduje się Bagdad. O, jakże chciałbym go kiedyś zobaczyć! Bagdad i Niniwa – to dwa cele na przyszłość. Przelatując nad wschodnią Turcją, jak zwykle zachwycam się ośnieżonymi szczytami potężnych gór.

Po czterech godzinach lądujemy w Stambule na międzynarodowym lotnisku Sabiha Gökçen. Chociaż znajdujemy się w administracyjnych granicach Stambułu, to do Złotego Rogu w centrum jest 30 kilometrów. Transferując się ruchomymi chodnikami między terminalami, oglądamy panoramę przedmieść miasta malowniczo rozłożonego pomiędzy wzgórzami. Mamy kilka godzin na przesiadkę, o 12:40 odlatujemy, znów Pegasusem, do Pragi.

W stolicy Czech jesteśmy po 14:00. Niestety podróż jeszcze się przeciągnie o cały dzień, gdyż PolskiBus, na którego bilety kupiłem przed wyjazdem, odjeżdża dopiero o 20:40. Notabene bilety mamy kupione do Warszawy (po 8 zł!), chociaż wysiądziemy we Wrocławiu. Ale tak to jest, gdy przewoźnik sprzedaje taniej bilety na trasie dłuższej niż na krótszej. Mamy więc dużo czasu, ale nie dość sił, by jeszcze wybrać się na spacer po Pradze. Transferujemy się więc tylko na znany nam dworzec Florenc (bilety po 32 CZK) i w jego okolicach spędzamy czas do wieczora.

Nocna jazda daje się nam we znaki. Na szczęście – zwłaszcza dla Cecile – to już ostatnia taka nieprzespana noc na trampingu. We Wrocławiu jesteśmy przed 3:00 w nocy. Za godzinę mamy nocny kurs Neobusem do Krakowa. Zdążymy jeszcze zjeść kolację w całodobowym barze. To już naprawdę końcówka naszej odysei. Kraków wita nas chłodem marcowego poranka. Tu się żegnamy: Cecile wraca do domu, a ja... cóż, idę do pracy! Jest wszak piątek, a ja nie chcę tracić dnia urlopu. No, twardziel jestem 😉.

Czas na podsumowanie. To był drugi, duży tramping z Cecile. Tramping, podobnie jak poprzedni, skomplikowany, obfitujący w liczne atrakcje i nieoczekiwane sytuacje. Podobnie jak zeszłoroczna wyprawa do Indii i Malezji i tym razem nasza trasa była bardzo nieoczywista: połączyliśmy Filipiny z Omanem.

Największym problemem okazała się choroba Cecile. Niewielkie początkowo przeziębienie spowodowane klimatyzacją w nocnym autobusie przerodziło się zapalenie oskrzeli i – jak się później okazało – w zapalenie płuc. Podjęte przez nas leczenie objawowe nie mogło powstrzymać rozwoju choroby. Szkoda, że Cecile nie zdecydowała się na wzięcie antybiotyku – miałem przecież ze sobą doksycyklinę. Muszę jednak powiedzieć, że moja towarzyszka podróży bardzo dzielnie znosiła jej trudy i praktycznie nie narzekała na swój stan zdrowia. Jej hart ducha i odporność psychiczna pozwoliły na kontynuowanie trampingu. Pozostały we mnie jednak mam wyrzuty sumienia, że nie dość dobrze się nią opiekowałem.

Po raz pierwszy na trampingu znalazłem się w sytuacji "awaryjnej". Choroba Cecile przypomniała mi, że zawsze trzeba się liczyć (lub brać pod uwagę) z możliwością wypadku lub zachorowania i związanej z tym koniecznością modyfikacji planów.

Incydent z zerwanym łańcuszkiem na Filipinach przypomniał również o realnym zagrożeniu przestępczością. Prawda, nigdy nie lekceważę bezpieczeństwa, aczkolwiek staram się zawsze obiektywizować zagrożenia.

Po raz pierwszy również na trampingu spotkałem się z zagrożeniem wynikającym z wystąpieniem klęski żywiołowej. Trzęsienie ziemi, huragan, pożary czy – jak w tym wypadku – powódź mogą się zdarzyć, jak się okazuje, nawet w regionie, po którym tego człowiek się nie spodziewa. Krótkotrwała powódź w Omanie, chociaż nie stanowiła bezpośredniego zagrożenia dla nas, wymusiła jednak podjęcie dodatkowych, kosztownych działań. Te wszystkie opisywane sytuacje po raz kolejny przekonują, jak bardzo tramping jest nieprzewidywalny i jak bardzo dla osoby mało doświadczonej może być trudny.

Teraz, po powrocie do Krakowa, z dystansem patrzę na wszystkie trudy i problemy, które napotykaliśmy przez ostatni miesiąc. W gruncie rzeczy wszystko poszło dobrze. A te różne „przygody” staną się najdłużej pamiętanymi wspomnieniami.


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej