Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]


Poitan – Tam An

niedziela, 21 II 2016


W wiosce filipińskiej | Dwujęzyczna msza | | | |


Niedzielny poranek. Dzień zapowiada się lajtowo. Wieczorem mamy nocny autobus do Manili.

– Co dziś robimy? – pytam przy śniadaniu.

– A co chciałbyś?

– W okolicy jest kilka wiosek wartych odwiedzenia – proponuję. – Wybierzemy sobie trasę na kilka godzin, nie więcej.

To chyba dobra decyzja, bo dzień jest pochmurny, a nawet lekko mży. Pójdziemy do wioski Poitan. Co potem – zobaczymy.

Ruszamy wzdłuż szosy, którą wczoraj jechaliśmy tuk-tukiem.

– Wypatrujmy drogi do tamtych domów – pokazuję ręką.

W dolinie, na prawo od nas, znajduje się wioska. Tu również są tarasy ryżowe, jednak wyglądają bardzo skromnie, można wręcz powiedzieć mało widowiskowo w stosunku do wczorajszych. Domy porozrzucane na wzgórzach tworzą chaotyczną zabudowę. Odnajdujemy dróżkę w dół, schodzimy w dolinę i po chwili docieramy do pierwszych chałup. Większość domów przykryta jest dwuspadowym dachem z blachy falistej. Na podwórkach błoto i kałuże – ślad po nocnym deszczu. W obejściu kręcą się mieszkańcy, wieszają pranie, coś tam naprawiają lub gotują. Nie zwracają na nas uwagi, gdy przechodzimy przez wioskę. Niektóre z domów stoją na palach, inne na podmurówce z pustaków. W budynkach na palach przestrzeń pod domem pozwala na umieszczenie tam kurników, a dokładniej plecionych koszyków, w których trzymane są koguty.

Nieoczekiwanie przed nami wyrasta piętrowy budynek – nowoczesny, bo cały obity papą. Na parterze szeroko otwarta brama. To kościół, o czym zaświadcza tablica na ścianie „Christ is the answer” i krzyż na kalenicy. Po drugiej stronie doliny na zboczach również piętrzą się domy, prowadzą do nich kamienne schodki. Wygląda to wszystko bardzo skromnie i przygnębiająco. Ruszamy dalej.

Wędrujemy teraz wzdłuż kanałów doprowadzających wodę do pól. Kanały te, czy raczej korytka, mają szerokość 10 do 30 centymetrów i są nachylone pod małym kątem w stosunku do poziomu. Wiją się więc po zboczu wzgórza równolegle do poziomic. Ponieważ kanały są umocnione betonem, stanowią również wygodne ścieżki łączące domostwa w sąsiednich wioskach. Na takiej właśnie ścieżce spotykamy co chwilę kobiety niosące narzędzia rolnicze lub ciężkie pakunki. Myślę, że podobnie wyglądają lawady na Maderze, którą – mam nadzieję – kiedyś odwiedzę.

Przyroda wokół jest bujna, soczyście zielona i wilgotna. Wciąż jednak mży. Liście błyszczą w świetle dnia, z parasoli potężnych paproci drzewiastych skapuje woda. Gdzieś w oddali widać kilkunastometrową strugę wodospadu wypływającą spośród gęstej zieleni na zboczu. Jest na tyle daleko, że szum wody do nas nie dolatuje.

A propos deszczu. Kupując bilety na Filipiny, oczywiście sprawdziłem, jakiej pogody można się w lutym spodziewać. Pierwsze trzy miesiące roku są optymalne do podróżowania. Temperatura, co prawda, niewiele jest niższa od maksymalnej, ale opadów jest najmniej: zaledwie 20 mm deszczu miesięcznie. Co w praktyce oznacza 3-4 dni deszczowe. Dziś akurat trafił się jeden z nich. Trudno. W przeciwieństwie do I kwartału, od lipca do września trwa prawdziwy potop: miesięczne opady są 20-krotnie większe. Do tego, w drugiej połowie roku dochodzą tajfuny, zwłaszcza latem. Najgorszy z nich (w XXI wieku) – tajfun Haiyan – zdarzył się w listopadzie 2013 roku przynosząc śmierć 6300 Filipińczykom.

Schodzimy do wioski.

opis wioski.

Opis wieczoru..

Po południu, nieco przed czasem, transferujemy się przez wiszący most na przystanek autobusowy w górnej części wioski. Bilety, jak mówią, mamy kupić u kierowcy.

– Może coś kupimy do jedzenia? – pyta Cecile. – Jestem trochę głodna.

Ja też bym coś zjadł, jednak w miejscowy bar niewiele ma do zaoferowania, a ceny ciastek wprost odstraszają. Niestety, na filipińskiej wsi, podobnie jak w innych regionach wiejskich w ubogich krajach, podstawą wyżywienia jest to, co się samemu zbierze na własnym polu lub to, co się samemu upiecze, ugotuje lub przyrządzi w inny sposób. Żywność paczkowana, w kartonach i w puszkach jest stosunkowo droga i raczej nie na co dzień gości na wiejskim stole.

Wracając w kierunku naszego noclegu, przystajemy przy kościele.

– Może zajrzymy do kościoła? – mówię, słysząc bicie dzwonów.

– Ale chyba msza się zaczyna – zauważa Cecile.

– No właśnie! To będzie ciekawe.

Kościół jest wypełniony wiernymi, stajemy w tyle za ławkami. Ciężko się zresztą przycisnąć do przodu. Mszę prowadzi miejscowy ksiądz ubrany „po naszemu” – w bladożółty haftowany ornat. Najciekawsze jest to, że msza odbywa się w dwóch językach: po angielsku i filipińsku. Nie wiem, na ile powszechny to zwyczaj w tym kraju, być może to forma edukacji. Bo przecież nie dla turystów ten angielski!*/ W pewnym momencie ksiądz wraz z wiernymi zaczyna się głośno modlić i choć recytacja jest po filipińsku, to w modlitwie rozpoznaję Ojcze Nasz. Jest czymś niezwykłym, że jej łaciński tekst "Pater noster, qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum; adveniat regnum tuum; fiat voluntas tua, sicut in caelo et in terra.", wiernie przetłumaczony chyba na wszystkie języki świata, ma zachowany rytm i podział na wersy. Po filipińsku modlitwa brzmi tak:
Ama namin, sumasalangit Ka,
Sambahin ang ngalan Mo.
Mapasaamin ang kaharian Mo.
Sundin ang loob Mo
Dito sa lupa para nang sa langit.

Przypomina mi się tramping po Libanie, kiedy to, odwiedzając w niedzielny poranek jeden z licznych monastyrów w Dolinie Kadisza, trafiłem na mszę prowadzoną po arabsku i również łatwo rozpoznałem Ojcze Nasz.

Po podniesieniu i śpiewach zaczyna się jakby druga część uroczystości – składania darów. Przed ołtarz podchodzą parafiani (sakristan) z koszykami, w których przynieśli różne produkty spożywcze, ale także artykuły higieniczne w tym podpaski i papier toaletowy. Wsród artykułów spożywczych widzę konserwy, ryż (bigas) i makaron (pancit canton), owoce (banany, mango) i warzywa. Niektórzy niosą bukiety z jaśminu (sampaguita) narodowego kwiatu Filipin symbolizującego czystość i skromność. Trudno wyczuć, czy to jednorazowa akcja charytatywna, czy też lokalny zwyczaj. Ale z pewnością ofiary te pokazują głęboką więź duchową między wiernymi a Kościołem. Trzeba pamiętać, że filipińscy katolicy są głęboko wierzącymi wiernymi. Zdecydowana większość (97 proc.) wierzy, że Święta Eucharystia jest rzeczywiście prawdziwym ciałem i krwią Chrystusa, a nie tylko ich symbolem. Na koniec mszy wierni rozsuwają się na boki, robiąc miejsce do przejścia dla księdza, który wraz z ministrantami kieruje się ku wyjściu. Za nim podążają inni wierni.

______________________

*/ Dwujęzyczna msza to rzecz jasna dziedzictwo kolonialne. Angielski to język administracji, edukacji wyższej i Kościoła od czasów USA 1898-1946. Filipiński/tagalski to język narodowy, ustanowiony w 1937 r. Kościół katolicki, który ma 80% wiernych, musiał znaleźć kompromis. Dwujęzyczność mszy ma również funkcję praktyczną: w miastach jak Manila, Cebu, Davao ludzie mówią w domu tagalskim/cebuano, ale pracują i studiują po angielsku. Msza dwujęzyczna dociera do wszystkich. Starsze pokolenie lepiej rozumie tagalski, młodzi i biznesmeni lepiej łapią angielski. Nikt nie czuje się wykluczony.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej