Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]
W wiosce filipińskiej | Dwujęzyczna msza | | | |
Dziś dzień zasadniczo odpoczynkowy. Wieczorem mamy nocny autobus do Manili.
– Co dziś robimy? – pytam przy śniadaniu.
– A co chciałbyś?
– W okolicy jest kilka wiosek wartych odwiedzenia – proponuję – Wybierzemy sobie trasę na kilka godzin, nie więcej.
To chyba dobra decyzja, bo dzień jest pochmurny, a nawet lekko mży. Pójdziemy do wioski Poitan – potem zobaczymy.
Ruszamy wzdłuż szosy, którą wczoraj jechaliśmy tuk-tukiem.
– Wypatrujmy drogi do tamtych domów ¬– pokazuję ręką.
W dolinie, na prawo od nas, znajduje się wioska. Tu również są tarasy ryżowe, jednak wyglądają bardzo skromnie, można wręcz powiedzieć mało widowiskowo w stosunku do wczorajszych. Domy porozrzucane na wzgórzach tworzą chaotyczną zabudowę. Odnajdujemy dróżkę w dół, schodzimy w dolinę i po chwili docieramy do pierwszych chałup. Większość domów przykryta jest dwuspadowym dachem z blachy falistej. Na podwórkach błoto i kałuże – ślad po nocnym deszczu. W obejściu kręcą się mieszkańcy, wieszają pranie, coś tam naprawiają lub gotują. Nie zwracają na nas uwagi, gdy idziemy przez wioskę. Niektóre z domów stoją na palach, inne na podmurówce z pustaków. W budynkach na palach przestrzeń pod domem pozwala na umieszczenie tam kurników, a dokładniej plecionych koszyków, w których trzymane są koguty.
Nieoczekiwanie przed nami wyrasta piętrowy budynek – nowoczesny, bo cały obity papą. Na parterze szeroko otwarta brama. To kościół, o czym zaświadcza tablica na ścianie „Christ is the answer” i krzyż na kalenicy. Po drugiej stronie doliny na zboczach również piętrzą się domy, prowadzą do nich kamienne schodki. Wygląda to wszystko bardzo skromnie i przygnębiająco. Ruszamy dalej.
Wędrujemy teraz wzdłuż kanałów doprowadzających wodę do pól. Kanały te, czy raczej korytka, mają szerokość 10 do 30 centymetrów i są nachylone pod małym kątem w stosunku do poziomu. Wiją się więc po zboczu wzgórza równolegle do poziomic. Ponieważ kanały są umocnione betonem, stanowią one również wygodne ścieżki łączące domostwa w sąsiednich wioskach. Na takiej właśnie ścieżce spotykamy cały czas kobiety niosące narzędzia rolnicze lub ciężkie pakunki. Myślę, że podobnie wyglądają lawady na Maderze, którą – mam nadzieję – kiedyś odwiedzę. Przyroda wokół jest bujna, soczyście zielona i wilgotna. Wciąż jednak mży. Liście błyszczą w świetle dnia, z parasoli potężnych paproci drzewiastych skapuje woda. Gdzieś w oddali widać kilkunastometrową strugą wodospadu wypływającą spośród gęstej zieleni na zboczu. Jest na tyle daleko, że szum wody do nas nie dolatuje.
A propos deszczu. Kupując bilety na Filipiny, oczywiście sprawdziłem, jakiej pogody można się w lutym spodziewać. Pierwsze trzy miesiące roku są optymalne do podróżowania. Temperatura, co prawda niewiele jest niższa od maksymalnej, ale opadów jest najmniej: zaledwie 20 mm deszczu miesięcznie. Co w praktyce oznacza 3-4 dni deszczowe. Dziś akurat trafił się jeden z nich. Trudno. W przeciwieństwie do I kwartału, od lipca do września trwa prawdziwy potop: miesięczne opady są 20-krotnie większe. Do tego, w drugiej połowie roku dochodzą tajfuny, zwłaszcza latem. Najgorszy z nich (w XXI wieku) – tajfun Haiyan – zdarzył się w listopadzie 2013 roku przynosząc śmierć 6300 Filipińczykom.
opis wioski.
Opis wieczoru..
Po południu, nieco przed czasem, transferujemy się przez wiszący most na przystanek autobusowy w górnej części wioski. Bilety, jak mówią, mamy kupić u kierowcy.
- Może coś kupimy do jedzenia? – mówi Cecile. - Jestem trochę głodna.
Ja też bym coś zjadł, jednak w miejscowy bar niewiele ma do zaoferowania, a ceny ciastek wprost odstraszają. Niestety, na filipińskiej wsi, podobnie jak w innych regionach wiejskich w ubogich krajach, podstawą wyżywienia jest to, co się samemu zbierze na własnym polu lub to, co się samemu upiecze, ugotuje lub przyrządzi w inny sposób. Żywność paczkowana, w kartonach i w puszkach jest stosunkowo droga i raczej nie na co dzień gości na wiejskim stole.
– Może zajrzymy do kościoła? – mówię, słysząc bicie dzwonów.
– Ale chyba msza się zaczyna – zauważa Cecile.
– No właśnie! To będzie ciekawe.
Kościół jest wypełniony wiernymi, wstajemy w tyle zabawkami kropka ciężko się zresztą przycisnąć do przodu kropka mszę prowadzi miejscowy ksiądz ubrany „po naszemu”: opis ubioru. Najciekawsze jest to że msza odbywa się w dwóch językach po angielsku i filipińsku modlitwy są recytowane przez księdza na przemian po angielsku i filipińsku. Nie wiem na ile powszechny to zwyczaj w tym kraju, być może to forma edukacji. Bo przecież nie dla turystów ten angielski! W pewnym momencie ksiądz wraz zwiernymi zaczyna się głośno modlić i choć recytacja jest po filipińsku, to w modlitwie rozpoznaję Ojcze Nasz. Jest czymś niezwykłym, że jej łaciński tekst "Pater noster, qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum; adveniat regnum tuum; fiat voluntas tua, sicut in caelo et in terra.", wiernie przetłumaczony chyba na wszystkie języki świata, ma zachowany rytm i podział na wersy. Przypomina mi się tramping po Libanie, kiedy to, odwiedzając w niedzielny poranek jeden z licznych monastyrów w Dolinie Kadisza, trafiłem na mszę prowadzoną po arabsku i również łatwo rozpoznałem Ojcze Nasz.
Po podniesieniu i śpiewach zaczyna się jakby druga część uroczystości składania darów. Przed ołtarz podchodzą kolejno osoby z koszykami, w których przynieśli różne produkty spożywcze, ale także artykuły higieniczne w tym podpaski i papier toaletowy. Trudno wyczuć, czy to jednorazowa akcja charytatywna, czy też lokalny zwyczaj. Na koniec mszy wierni rozsuwają się na boki robiąc miejsce do przejścia dla księdza, który wraz z ministrantami kieruje się ku wyjściu. Za nim podążają inni wierni.