Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]


Sabang

wtorek, 23 II 2016


Awarie się zdarzają | Bujna tropikalna roślinność | W podziemnym świecie | Relaks nad morzem


Dziś czeka nas spora atrakcja: pływanie łódką po podziemnej rzece. Najpierw musimy dostać się do Sabang – nadmorskiej miejscowości parę kilometrów od Park Narodowy Rzeki Podziemnej Puerto Princesa (Pambansang Liwasang Ilog sa Ilalim ng Lupa ng Puerto Princesa). Pojedziemy z innymi turystami busem, a powrotny kurs (aż 700 PHP) obejmuje zwiedzanie jaskinie po drodze. Chociaż do Sabang jest tylko 80 kilometrów, nasza podróż trwa dłużej niż spodziewaliśmy się. Po godzinie bus się psuje. Zatrzymujemy się na wzgórzach ponad miejscowością Buenavista. Rozciąga się stąd rozległy widok na Zatokę Ulugan. Chociaż wrzyna się w głąb wyspy raptem na 8 kilometrów, to jest bardzo malownicza, gdyż otaczają ją pokryte gęstym tropikalnym lasem góry. Z wód zatoczki wyłania się niewielka wysepka z latarnią morską.

Jestem przyzwyczajony do takich sytuacji. Ileż to już razy pojazd, którym jechałem miał awarię. Najczęściej chyba zdarzało się to w Mongolii (z pięć razy), także w Gruzji, Armenii i gdzie indziej. O ile nie wiąże się to z ryzykiem spóźnienia się na inne połączenie, to takie sytuacje przyjmuję ze spokojem i zrozumieniem. Czas naprawy spędzam na obserwacji wpółdzikich kur kryjących się w krzakach. Rośnie tu również etlingera wyniosła (Etlingera elatior) – gatunek rośliny z rodziny imbirowatych z przepięknymi czerwonymi kwiatami o stożkowatym pokroju. Jej nierozwinięte pąki kwiatowe są nieodzownym składnikiem chińsko-malajskiej zupy laksa przygotowywanej z rośliny o tej samej nazwie (Persicaria odorata).

Ruszamy. Po paru kilometrach znów stajemy, tym razem zgodnie z planem. Teren wokół nas znany jest w obecności wielu jaskiń. Nie może to dziwić, raz po raz naszym oczom ukazywały się pozbawione roślinności pionowe urwiska odsłaniające wapienne skały budujące tutejsze wzgórza i góry. Miejsce to oznaczone jest na mapie jako „Hundred Caves”. Gęsiego nasza grupka podchodzi do skalnej ściany. W pionowej skale otwiera się wąska szczelina zapraszająca do wejścia w głąb. Chociaż jaskinia jest łatwo dostępna, to nie ma w niej żadnych ułatwień. Ja dysponuję jedynie światłem z lampy błyskowej. Penetruję pierwsze 50 metrów jaskini. Na ile mogę się zorientować, szata naciekowa jest bardzo skromna, zerodowana. Zaledwie w kilku miejscach dostrzegam niewielkie bąblaste nacieki. Skała wapienna jest ciemna, zszarzała, zapewne za sprawą mikroorganizmów. Być może korytarze ciągną się dalej, ja wycofuję się do wyjścia znajdującego się w niewielkiej odległości od szczeliny wejściowej.

– Pani się bała? – pytam Cecile po wyjściu z ciemności.

– Nie… Ale mąż nie chciał zapłacić za wstęp…

Oj, tam! Wciąż nie jestem przekonany, czy ta dziura warta była 20 peso…

W oczekiwaniu, aż znów zbierze się grupa, fotografuję przyrodę. A jest naprawdę na co popatrzeć! Drzewa zakorzeniły się w każdej większej szczelinie w skałach, krzewy porastają pionowe ściany. Zwisają z nich liany i i długie korzenie. Wokół widoczne są kępy soczyście zielonych liści, rozpoznaję w nich imbir. Nieco dalej trafiam na krotony z ciemnozielonymi liśćmi z żółtymi plamkami. Ich charakterystyczny kształt podpowiada mi że to kroton pstry (Codiaeum variegatum). Kolejnej rośli nie znam. Jej owocniki zebrane w żółto-szare kłosy mają długość 10 centymetrów, a dojrzałe nasiona są gotowe do opuszczenia łupin. Później ustalę, że spotkałem dziki chmiel (Flemingia strobilifera). Używany jest w regionie jako lek przeciw epilepsji, histerii i gorączce. Kolejna roślina z wysuszonymi kolczastymi torebkami nasiennymi jest dla mnie zagadką. Czyżby to było ziele kociego pazura (Uncaria rhynchophylla), które jest stosowane w tradycyjnej medycynie chińskiej?

A tu mamy doskonale mi znane drzewo kapokowe, czyli puchowca pięciopręcikowy (Ceiba pentandra). Jego cienkie konary pokryte są charakterystycznymi trójkątnymi kolcami. Później wśród korzeni przybyszowych zwisających z potężnych konarów fikusa banyan znajduję kwitnącą ketmię, czyli różę chińską (Hibiscus rosa-sinensis). Pamiętam, jak bardzo się ucieszyłem spotykając po raz pierwszy w naturalnym środowisku tę roślinę. W Chinach, oczywiście!

Wolnym krokiem wracamy do busa. Odnotowuję jeszcze obecność kwitnącego na czerwono paciorecznika indyjskiego (Canna indica) oraz bliżej nieokreśloną helikonię (Heliconiaceae). – A te drzewa jak się nazywają? – Cecile wskazuje niewielkie drzewo z kilkucentymetrowymi czerwonymi i „owłosionymi” owocami zebranymi w baldachogrona. – Nie znam nazwy. Ale widziałem je w Ameryce Środkowej. Albo Południowej. Nie pamiętam.

A szkoda. Bo powinienem się nauczyć, że to arnota właściwa (Bixa orellana L.), faktycznie przybysz z Nowego Świata. Jego czerwony barwnik zwany orleanem lub annato jest wykorzystywany do barwienia tkanin i produktów spożywczych (E160b). Dziewczęta w Meksyku barwią sobie nim usta stąd ludowa nazwa – drzewo szminkowe (lipstick tree). Tych różnych kwiatów jest tu znacznie więcej. Są bugewille, czyli kąciciernie (Bougainvillea), jest pochodzący z Wysp Salomona Pseuderanthemum carruthersii zwany też fałszywą twarzą Carrutherów z delikatnymi bladofioletowymi kwiatami. Zagadką pozostanie dla mnie, czy żółte kwiaty, które tu zobaczyłem należały do allamandy przeczyszczającej (Allamanda cathartica L.).

Dojeżdżamy do Sabang, pozostaje jeszcze znaleźć nocleg. Dość długo chodzimy wzdłuż plaży zaglądając do różnych ośrodków, bungalowów i hotelików. W końcu znajdujemy coś odpowiedniego.

Teraz czas na podziemną rzekę, jej ujście jest oddalone od nas o 4 kilometry. Ale, by się tam dostać, musimy podjechać autobusem, który kursuje po dość okrężnej trasie. Teoretycznie moglibyśmy się tam dostać, idąc ścieżką przez dżunglę, jednakże nie wiem, czy ta opisana w LP ścieżka w praktyce istnieje. Może być zarośnięta lub przechodzić przez las mangrowy, a my chcielibyśmy dostać się do podziemnej rzeki bez problemów.

Ładujemy się na łódź motorową i wraz kilkoma turystami płyniemy do parku narodowego. Łódź wyposażona jest w dwa boczne pływaki, których zadaniem jest stabilizowanie łodzi przy większej fali. Cecile czuje się bezpiecznie, założyła pomarańczowy kapok. Tak jak pozostali, zresztą. Płyniemy dość szybko, ślizgając się po niewielkich falach. Już widać wysoką, charakterystyczną skałę w kształcie wieży na wysuniętym cyplu. Za nim znajduje się nasz cel.

Wstęp, jak na Filipiny, nie jest tani, bilet kosztuje 250 PHP. Zwiedzanie odbywa się w długich płaskodennych łodziach napędzanych wiosłami. Dziś ruch jest duży: łódki wypełnione turystami raz po raz opuszczają przystań w małej zatoczce u wylotu podziemnej rzeki. Czekamy na swoją kolej. Gdy podpływa nasza łódka, wskakujemy, inteligentnie zajmując miejsce na dziobie. Wpływamy do ciemnego otworu wylotowego pod wapienną skałą. Wkrótce znika światło dzienne, pogrążamy się w mroku i ciszy. Słychać tylko cichy plusk wioseł, przygasają ostatnie refleksy na wodzie i zapada ciemność. Płyniemy tak przez parę chwil, później przewodnik wyciąga latarkę i zaczyna swoją gadkę. Opowiada historię odkrycia jaskini, potem podaje informacje na temat krasu i tworzenia szaty naciekowej. Nie jest to moja pierwsza podziemna rzeka – kilka lat temu płynąłem łodzią po rzece podziemnej w jaskini Jeita w Libanie, a dwa lata temu odwiedzałem wspaniałe Jaskinie Szkocjańskie w Słowenii.

Jak można się było przewidywać, w tego typu formacji wyrzeźbionej przez płynącą nieustannie wodę nie ma warunków do tworzenia bogatej rzeźby naściennej czy stalaktytów. Zazwyczaj takie miejsca poziom wody waha się w zależności od pory roku. Na przestrzeni 8000 lat korytarz mógł być zalewany aż po sklepienie. Tym niemniej światło latarki naszego przewodnika i błyski fleszów wydobywają z ciemności ciekawe nacieki. Najbardziej okazałym przejawem krasowienia jest gigantyczny żebrowany stalaktyt o średnicy dwóch metrów i wysokości kilkunastu metrów. Cały czas płyniemy w górę rzeki, nurt jest praktycznie niewyczuwalny.

Od czasu do czasu wymijamy się inną, już wracającą łódź. Echo niesie głos przewodników oraz głośne szepty turystów. Koniec wycieczki! Zawracamy. Przewodnik uruchamia silnik elektryczny i niespiesznie płyniemy. Wkrótce pojawia się światełko w tunelu i wypływamy do zatoki.

Na twarzach turystów widać uśmiech zadowolenia. My też się cieszymy z podziemnej wycieczki. Zasadniczo mamy teraz do dyspozycji dwie możliwości powrotu: godzinny spacer małpią ścieżkę przez dżunglę oraz powrót tą samą morską drogą. – Wolę łódką, zwłaszcza że zapłacone – oświadcza Cecile.

I ma rację. Po wyjściu z dżungli musielibyśmy szukać transportu do miasta.

Po godzinie jesteśmy w domu. Zjadamy obiad, a wieczorem idziemy na plażę; czeka nas jeszcze romantyczny wieczór z księżycem w pełni nad zatoką.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej