Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]
Płacimy patyczkami | Zwiedzamy Intramuros | Hiszpańska spuścizna | Martyrologia Jose Rizala | Przygnębiający pomnik | Perełka hiszpańskiego baroku | Wyjazd do Banaue
Manila. Opóźnienie zwiększyło się do jednej godziny, a czasu mało. Na szczęście odprawa paszportowa i inne formalności trwają krótko – Filipiny nie wymagają wizy od Polaków. Pozostaje jeszcze wymienić trochę dolarów na miejscową walutę.
Kierujemy się na przylotniskowy dworzec autobusowy. To raczej placyk z kilkoma budkami i rozlatującymi się pojazdami. Autobus do miasta a dokładniej do głównej drogi, gdzie można wsiąść na metro już jest na stanowisku. Przy budzie wystawiony jest stolik, przy którym urzęduje kobieta. Ma jakiś zeszycik i kubek z patyczkami po lodach. Patyczki są w dwóch kolorach, które oznaczają odpowiednio bilet normalny lub ulgowy. Chętni na przejazd autobusem na trasie Pasau – Rotunda kupują patyczki w cenie 20 lub 10 peso i oddają przy wsiadaniu do busa kierowcy. Urocze! Muszę przyznać, że to pomysłowe i ekologiczne zarazem rozwiązanie. Jedziemy zatłoczoną drogą, przeciskamy się, mozolnie, zmieniając wciąż pasy. Korek ciągnie się na kilka kilometrów. Teraz przewagę zyskują rowerzyści i motocykliści. Riksze pchają się poboczem. W końcu zajeżdżamy na mały dworzec na dziedzińcu otoczonym kilkupiętrowymi budynkami. Wszędzie nieopisane tłumy.
– Kolejka? Metro? LRT? – próbuję się dowiedzieć o dalszą drogę.
Mamy wsiąść do LRT, czyli Light Railway Transport. Napowietrzna linia kolejki poprowadzona jest na wysokości trzeciego piętra, musimy przecisnąć się przez tłum wchodzący i schodzący po schodach. Przed wejściem na peron sprawdzany jest bagaż. Pomimo ogólnego chaosu panuje tu porządek! Kolejka kursuje w miarę często, po chwili ruszamy. Mamy tylko ogólną informację o miejscu, do którego mamy dojechać. Sprawdzam co chwilę lokalizację na GPS, wysiadamy na jakiejś stacji. Za wcześnie, jak się okaże. Przeszliśmy jednak już przez bramki, nie ma odwrotu.
– Bierzemy rikszę – decyduję.
Łapiemy rikszę motorową i za 100 peso jedziemy do północnej części Manili. Zapewne przepłacamy, ale już nie chcę tracić czasu na negocjacje. Nasz kierowca najwyraźniej stwierdziwszy, że trafił mu się łatwy zarobek, pędzi ulicami starając się zasłużyć na miano najszybszego ryksiarza Manili. Jego maszyna Rikuo type 97 (produkowana na licencji Harleya-Davidsona w Japonii od 1935 r.) ma zaledwie 24 KM, ale z łatwością wyprzedzamy inne pojazdy, wciąż zmieniamy pas, manewrując między licznymi taksówkami. Ledwo mam możliwość oglądania 2-milionowego miasta. Cały czas zastanawiam się, czy te bilety na przejazd do Banaue, które kupiliśmy jeszcze w Krakowie, są prawdziwe.
Dworzec autobusowy niewielki, ale pełen Filipińczyków oczekujących na odjazd. Albo przyjazd autobusu z trasy, bo to nie jest oczywiste. W okienku pokazuję wydrukowane bilety, chłopak odnotowuje coś w zeszycie.
– Odjazd o 20:00, nie spóźnijcie się.
– Okay – potwierdzam i biorę swój plecak.
– Czy ty chcesz cały dzień chodzić z plecakami? – pyta Cecile.
– Tak myślałem...
– Poczekaj! Może zawieziemy bagaż do przechowalni?
– Nie wiem, czy tu już jest taki wynalazek.
Mają. Zostawiamy bagaże w kantorku.
Pozostaje teraz wrócić do starego centrum. Trzeba przejść do głównej drogi, czeka nas 20-minutowy spacer. Ustawiamy się przy drodze, którą pędzą sznur samochodów i upewniamy się, że zatrzymują się tu jeepney’e. To wydłużone amerykańskie jeepy dostosowane do przewozu pasażerów. Różnokolorowe, z wymalowanymi czasem sloganami, są oznakowane nazwami dzielnic lub przystanków. A może napisy oznaczają coś innego, zostanie to dla nas tajemnicą do końca pobytu. Nawet nie usiłujemy dogadywać się z miejscowymi, który pojazd jest dla nas właściwy, po prostu wskakujemy do jadącego w kierunku centrum. Wsiada się przez tylne drzwi, wewnątrz znajdują się dwa rzędy ławek przy oknach. Pieniądze podaje się kierowcy z rąk do rąk. Opłata umiarkowana, by nie powiedzieć, że przyjazd jest za darmo: płacimy 9 peso na dwie osoby (90 groszy). Pędzimy głównymi ulicami, później droga staje się bardziej zawiła, zwalniamy, przejeżdżamy pod jakimiś wiaduktami. Cały czas kontroluję naszą pozycję za pomocą GPS, gotów zatrzymać pojazd, gdyby skręcił w niewłaściwą kierunku.
Wysiadamy w starej części Manili, w pobliżu katedry. To miejsce jest zadbane, turystyczne. Znajdujemy się na terenie Intramuros, miasta wewnętrznego otoczonego (rzecz jasna) murami, a zbudowanego pod koniec XVI wieku przez Hiszpanów. Miasto z upływem lat rozrosło się, wyszło poza mury. Los filipińskiej starówki przypieczętowała trwająca bity miesiąc Bitwa o Manilę (1945 r.), podczas której zginęło nie tylko ponad 100 tysięcy osób (głównie cywilów), ale i zniszczono większość dziedzictwa architektonicznego i kulturowego Manili w tym osiem kościołów i … Amerykańskie haubice i czołgi wspierane przez piechotę uzbrojoną w miotacze ognia, granaty i bazooki, niszczyły budynek po budynku zabijając zarówno Japończyków, jak i cywilów uwięzionych w środku, bez rozróżnienia. Otoczeni Japończycy wyładowywali swą frustrację na cywilach, grabiąc, mordując i gwałcąc i używając jako żywych tarcz, co zostało zapamiętane przez historię jako Manilska masakra. Manila stała się jedną z najbardziej zniszczonych stolic całej II wojny światowej na równi z Berlinem i Warszawą.
Plac na który podjechaliśmy zwie się Plaza de Roma a jego główną atrakcją jest wspomniana katedra. W miejscu tym zbudowano w 1571 roku kościół parafialny. Najwyraźniej był on zbyt skromny a podatki zbierane przez Hiszpanów wystarczające, by kościół zburzyć i postawić katedrę (1581). Dla porządku trzeba powiedzieć, że była to tzw. pierwsza katedra. Zbudowana z drewna i liści palmowych nie oparła się pożarowi. Zbudowano więc drugą katedrę – kamienną, która nie przetrzymała trzęsienia ziemi. Potem już poszło: powstała trzecia katedra, również zniszczona przez trzęsienie ziemi, potem czwarta zniszczona przez tajfun, a dalej piąta (trzęsienie ziemi), szósta (trzęsienie ziemi) i siódma (wojna). Pechowe miejsce! Na pocieszenie dodam, że ósma katedra przeżyła trzęsienie ziemi z 2012 roku… Współczesna katedra pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP jest bazyliką mniejszą (Ang Basilika Menor at Kalakhang Katedral ng Kalinis-linisang Paglilihi) wybudowaną w stylu neoromańskim. I gdyby nie przytoczona długa historia demolek, można by pomyśleć, że pochodzi sprzed wieków. Jej fasada ma trzy bramy obramowane rzeźbionymi portalami, powyżej znajduje się wielka rozeta. Krzyż na frontonie nawy głównej podtrzymują dwa trawertynowe aniołki. Z tego samego materiału wykonano cztery posągi świętych wspaniale prezentujących się pomiędzy łukami tympanonów bram. Wieża z dzwonnicą znajduje się po lewej stronie katedry a dla wygody mieszkańców zainstalowano na niej także zegar.
– Wejdźmy – proponuję, obfotografowawszy kościół z zewnątrz.
– Poczekaj, jeszcze zrobię zdjęcie dorożce – mówi Cecile.
To właściwie dwukółka zaprzężona do pojedynczego konia. Zaparkowana przed wejściem do katedry czeka na turystów. Pojazd, zwany tu kalesą, pojawił się tu na początku XVIII wieku i szybko stał się głównym środkiem komunikacji publicznej.
Wnętrze katedry jest jasne, przestronne, ale główny ołtarz niespodziewanie bardzo skromny. Jasno oświetlona figura najświętszej Marii Panny ze zgromadzonymi wokół aniołkami ustawiona jest pod cyborium – baldachimem wspartym na czterech kolumnach. Na lewo od ołtarza znajduje się tron biskupi wykonany z meksykańskiego onyksu i marmuru karraryjskiego. Na czas wizyty kardynała Luisa Antonia Tagle’a zapewne podkładana jest poduszeczka, bo marmur zimny i twardy 😉.
Dziś dzień jest powszedni, mszy nie ma, nieliczni wierni raczej spacerują po katedrze niż się modlą. Spotykamy grupki uczennic ubranych w jednakowe zielone spódniczki i białe bluzki. W nawie głównej i kaplicach naw bocznych znajduje się kilka interesujących pomników i płaskorzeźb, między innymi wykonany z czarnego marmuru posąg Świętego Piotra. Po wyjściu z katedry zatrzymujemy się na chwilę przed centralnie postawionym na placu pomnikiem Karola IV Hiszpańskiego. Z dumą wyciąga do przodu prawą dłoń z mieczem.
– No, trochę się dziwię… – zaczynam.
– Że co?
– Że ten pomnik im nie przeszkadza. Przecież to był władca kolonizatorów.
Tak samo dziwiłem się widząc pomnik królowej Wiktorii w Kalkucie. Tu, na Plaza Roma (zwanym wcześniej Plaza Mayor) stał do niedawna (1981) pomnik trzech uduszonych garotą księży filipińskich (GomBurZa) na polecenie władz kolonialnych. To tak, jakby wywalić pomnik księdza Popiełuszki i ustawić pomnik imperatora Aleksandra II… A przecież wojska Karola IV zaciekle walczyły z ludem Moro, rdzenną ludnością południowych Filipin. Wojny toczyły się do początku XX wieku. Później lud Moro bronił się przed Amerykanami (Masakra Moro na wyspie Jolo), a dziś to rząd filipiński zwalcza milicję Moro. Dla porządku dodajmy wyjaśnienie, że lud ten w piątki uczęszcza do meczetów.
Podjeżdżamy teraz jeepney’em pod kościół św. Mikołaja. Trasa jest krótka, a przejazd odbywa się tak szybko, że nawet nie zdążymy zapłacić kierowcy, gdy już musimy wysiąść.
Kolejną atrakcją Manili będzie dla nas Fort Santiago. Pierwsze fortyfikacje zostały zbudowane przez Hiszpanów, jak to często bywało na miejscu pierwotnego osiedla Raja Soliman. Twierdza – zapewne drewniana – została zniszczona już trzy lata później, odbudowano ją później z solidniejszego materiału. Kolejną próbę wytrzymałościową fort przeszedł podczas trzęsienia ziemi (w 1645 r.) a później z różnymi kolejami losu dotrwał do XX wieku, kiedy to pełnił funkcję kwatery głównej amerykańskiej armii. Podczas II wojny światowej zajęty przez Japończyków stał się miejscem kaźni, tortur i egzekucji. Ostatecznie przekazany władzom filipińskim w 1946 roku. Tyle pokrótce historii twierdzy.
Mury zewnętrzne otoczona są dodatkowo fosami, a do środka fortu prowadzi piękna, rzeźbiona brama ozdobiona płaskorzeźbami. W herbie umieszczonym nad bramą na czterech polach dostrzegam dwie wieże i dwa lwy. Teren za murami to właściwie tropikalny park z alejkami, kwitnącymi krzewami i owocującymi pomarańczami. To enklawa zieleni i względnej ciszy w wypełnionym wielkomiejskim zgiełkiem Manili. Trudno się więc dziwić, że wielu mieszkańców stolicy spędza tu czas. Mijamy pomnik przedstawiający młodego mężczyznę z wyciągniętą przed sobą przed siebie otwartą księgą. To zapewne Jose Rizal. W budynkach z czerwonej cegły znajdujących się w głębi parku znajduje się skromne muzeum poświęcone temu męczennikowi. Jest tu cela, w której przebywał jesienią 1896 roku młody przywódca ruchu narodowo-wyzwoleńczego. Długo nie posiedział, gdyż w końcu grudnia tego roku został stracony po niekorzystnym dla siebie wyroku sądu. Liczne tablice informacyjne, portrety i figury woskowe, a także fragmenty listów i manifestów politycznych tu eksponowane pokazują ostatnie lata życia odważnego Filipińczyka.
W pobliżu znajduje się skwer czy też park z pomnikiem przedstawiającym przybycie misji katolickiej na Archipelag Filipiński. Czarne, nomen omen, postacie ubrane są w zakonne habity, niosą krzyż, a z kamiennych twarzy mężczyzn bije przekonanie, że najechany kraj teraz czeka szczęście i dostatek. Dziś Filipiny są praktycznie monolitem religijnym 80% mieszkańców deklaruje katolicyzm, a kolejne 10% – protestantyzm.
Zrobiła się 14:00, powstaje pytanie, co dalej?
– W pobliżu znajdują się najstarsze mury miejskie. Może pójdziemy? – proponuję, sprawdzając na mapie z LP zapisanej w komórce.
– No dobrze – mówi Cecile, ale widzę, że niezbyt ma ochotę.
Na szczęście kawałek muru, którego szczyt jest udostępniony dla turystów, nie jest długi. Tak więc, po 15 minutach, miejsce mamy "odfajkowane". W pobliżu znajduje się kilka interesujących, wypasionych rezydencji w otoczeniu palm i fikusów. Zapewne była to ekskluzywna dzielnica dla miejscowej władzy. Na chwilę zatrzymujemy się nad przepływającą przez stolicę rzeką Pasig. Dziwna to rzeka, bo nie dość, że ma ledwie 25 kilometrów długości, to płynie w obu kierunkach, zależnie od pływów morskich. Poza tym jest (a w każdym razie była do niedawna) najbardziej zanieczyszczoną rzeką świata i łatwiej wyłowić z niej złom niż rybę.
Jak wspomniałem, Manila była okupowana podczas wojny przez Japończyków i potem "odzyskana" przez Amerykanów. Ten czas upamiętniają różne pomniki, między innymi „Memorial Manila 1945", w pobliskim parku. To wieloosobowa rzeźba z centralnym posągiem kobiety symbolizującą ojczyznę i trzymającą niemowlę uosabiające nadzieję. Cóż, niemowlę jest martwe, zatem nadzieja stracona. Obok posąg leżącej kobiety – ofiary gwałtu z lgnącym do niej dzieckiem; a dalej postać mężczyzny. Chociaż wciąż żyje, jest zrozpaczony a z twarzy wyziera bezradności; posągi martwych chłopców reprezentują stracone pokolenie młodzieży. Jest i postać starszego człowieka, który zginął podczas bitwy. No cóż, trochę przygnębiający pomnik. Nie można jednak zapominać, że na Filipinach zginęło wówczas (głównie z głodu i chorób) niemal dwa miliony ludzi.
Idziemy teraz do miejsca bardziej odprężającego. Kościół świętego Augustyna jest obowiązkowym punktem wizyty w stolicy. W przeciwieństwie do katedry jest prawdziwą perełką hiszpańskiego baroku. Konsekrowany w 1607 roku został ostatnio wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Już z daleka już słyszymy dźwięki dzwonów wygrywających melodie i śpiewy wiernych. Gdyby nie kolorowy tłum ludzi o bardziej śniadej cerze i tropikalna przyroda, można by pomyśleć że znaleźliśmy się w hiszpańskiej Sewilli lub Toledo. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z kulturą hiszpańską poza Europą. Katedry, kościoły, pałace i inne budynki użyteczności publicznej widziałem już w Peru i w Ameryce Środkowej. Najeźdźcy zawsze narzucają swoją kulturę także w postaci określonych stylów: barokowego w Ameryce Łacińskiej, wiktoriańskiego i elżbietańskiego w Indiach, chińskiego w Wietnamie lub mauretańskiego w południowej Iberii. Można by sobie zadać pytanie, jaki styl architektoniczny wykształciłby się w tych krajach, gdyby nie epoka kolonializmu. W każdym razie tu będziemy oglądać barok hiszpański w wersji eksportowej.
Skończyła się akurat msza, możemy więc spokojnie wejść do środka. Obok ołtarza znajduje się grób Miguela Lopeza Legaspi (1502-1572), pierwszego hiszpańskiego gubernatora Filipin. Wnętrze jest bardziej bogato zdobione, a naszą uwagę zwraca ubrany w czarną tekstylną suknię posąg świętej Moniki (Santa Monica of Fagaste), patronki wszystkich matek a prywatnie matki świętego Augustyna. Ołtarze boczne są również pięknie dekorowane, a wiele pomników ma nałożone szaty z tekstyliów, dotyczy to zarówno złożonego do grobu Chrystusa, jak i Dzieciątka z wielką złotą koroną na głowie. Zarówno wewnątrz świątyni, jak i na zewnątrz spotykamy bardzo dużo młodzieży, która najwyraźniej lubi tu przebywać po skończonych lekcjach.
Podchodzimy jeszcze pod Puerta de Santa Lucia – bramę zbudowaną w 1603 roku; jest jedną z niewielu zachowanych oryginalnych bram prowadzących do ufortyfikowanego miasta. Najwyższa pora wracać na dworzec autobusowy. No i właściwie tyle zwiedzania Manili na dziś. Cmentarz chiński zostawiamy sobie na inną okazję a do Malacañang Palace, pałacu prezydenckiego położonego nad rzeką Pasig – zwyczajnie nie chce się iść. Na miejscu zjadamy obfity obiad, kupujemy jeszcze mandarynki i colę na drogę. Uzupełnieniem zakupów są okulary słoneczne dla Cecile.
Czeka nas teraz wielogodzinna nocna podróż do oddalonego o 380 kilometrów Banaue. Pierwszą godzinę spędzimy jadąc przez stołeczną aglomerację (Pambansang Punong Rehiyon) tworzoną przez 16 wysoko zurbanizowanych miast: Manilę, Caloocan, Las Piñas, Makati, Malabon, Mandaluyong, Marikinę, Muntinlupę, Navotas, Parañaque, Pasay, Pasig, San Juan, Taguig, Valenzuelę oraz Quezon City. To ostatnie, 3-milionowe, miasto było przez kilkadziesiąt lat (1948-1976) stolicą Filipin.