Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Brześć – Warszawa – Kraków

poniedziałek, 2 VII 2004


Koszmarna noc | Milicja zatrzymuje Tima | Teraz Polska! | Czas na podsumowanie | Plan zrealizowany | Europejska Mongolia? | Co mnie zachwyciło | Trudne chwile | Co dalej?


Grzegorz trenuje jogę

Noc w wagonie mieżobłastnym jest koszmarna. Kilkadziesiąt spoconych ciał, okna pozamykane. Mam, co prawda, pusty sąsiedni fotel, lecz kilkanaście godzin w półleżącej pozycji daje mi w kość. Nie lepiej ma Grzegorz – siedzi z podpitym Rosjaninem, ten opowiada mu o swoim życiu. Chcąc nie chcąc poznaję i ja powtarzane kilka razy historie rodzinne. Rano Grzegorz stwierdza, że małe otarcie na stopie zaogniło się, noga spuchła i stracił czucie. Siedzi teraz w pozycji godnej jogina, ale wątpię, czy mu to pomoże.

Brześć. Nie chcemy czekać na zwykły osobowy pociąg do Terespola, pochopnie podejmujemy decyzję, by jechać dalej pociągiem międzynarodowym relacji Moskwa – Warszawa. Grzegorz kupuje bilet dla Tima, my mamy przejściówki kupione jeszcze w Polsce. Przy odprawie paszportowej zdarzają się dwa incydenty: okazuje się, że Tim nie ma wizy białoruskiej (ma tylko rosyjską), po prostu "nie przyszło mu do głowy", że Białoruś i Federacja Rosyjska to dwa różne państwa. Hmm. Zostaje zatrzymany przez milicję. Mimo naszych interwencji Białorusini nie chcą go puścić. Musimy się z nim pożegnać (w trzy dni później spotykam go w Krakowie). Druga przykra sprawa to wymuszenie opłaty ekologicznej: funkcjonariusz zadowala się 100 rublami (błyskawicznie znikają w biurku).

To niestety nie koniec zgrzytów. Pociąg z Moskwy ma tylko wagony kupe, polska obsługa nie chce uznać naszych biletów i podaje nam jakieś księżycowe ceny (w błąd nas wprowadziła pani w kasie twierdząc, że polskie przejściówki wystarczą). Ostatecznie przejeżdżamy granicę po cenie, jak to się dawniej mówiło, komercyjnej). Wróciliśmy

W Terespolu rzucam się na polskie pomidory. Piękne, soczyste i... tanie! Jak mi ich brakowało! Pociąg osobowy do Warszawy. Stoję przy oknie i się zachwycam. Autentycznie! Patrzę na bocianie gniazda, na malwy i piwonie w ogródkach. Na polskie żółte zboża rozlewające się między zagajnikami. Na polskie ładnie utrzymane wsie bez jurt... Jakiż tu kontrast między tym, co widziałem z okien pociągu transsyberyjskiego! Grzegorz, co prawda, od czasu do czasu wykrzykuje: "O, eternit!", "Złom!", "Krzywy płot!", "O, tam droga bez asfaltu!", ale ja i tak czuję się szczęśliwy, że tu jestem, i że na co dzień mogę oglądać polskie krajobrazy. Jestem tak podekscytowany powrotem, że ponoć nie słyszę, co inni do mnie mówią... ;-) Grzegorz ogląda swoją nogę – nie wygląda najlepiej. Namawiam go na okład z polopiryny: "Utną ci przy udzie, jeśli zakażenie będzie postępować". "A tam! Przynajmniej skończą się kłopoty z reumatyzmem" – Grzegorz postanawia pocierpieć.

Dojeżdżamy do Warszawy. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie w polskim pociągu. Żegnamy się.


Czas na podsumowanie. Wracam zmęczony, ale zadowolony. Zmęczony, ale nie wykończony. Zadowolony z Mongolii, ale nią nie oczarowany. Z czystym sumieniem mogę jednak zachęcać innych do poznania tego odległego kraju. To moje "wyważone" zadowolenie być może wynika z pewnego niedosytu – zbyt krótko tu byliśmy, nieproporcjonalnie dużo czasu zajął nam dojazd. Alternatywą dla kolei transsyberyjskiej jest dużo, dużo droższy samolot. Przejazd zajął nam po 7 dni, koszt od granicy polskiej do granicy polskiej 230$ – trzykrotnie mniej niż lot samolotem. Warto by było – jednak – wydłużyć czas wyprawy do 4–5 tygodni na miejscu. Lub ewentualnie połączyć z opcją zwiedzania Bajkału lub Chamar Daban. Choćby z tego powodu, by za rok – jeśli się komuś spodobał ten kawał Azji – uniknąć powtórnej długiej podróży.

Zrealizowaliśmy plan minimum: "małą pętlę turystyczną": Ułan Bator – Moron – Chubsuguł – Terchijn Cagaan Nuur – Cecerleg – Karakorum – Ułan Bator. Deserem był Park Tereldż. Gdybym miał samodzielnie podjąć jeszcze raz decyzję o organizacji wyjazdu do Mongolii – porwałbym się na coś trudniejszego: eksplorację północnej części Gór Chubsugulskich, zdobywanie Otchon Tengri, przejazd do Republiki Ałtaju lub odkrywanie dla turystyki nieopisanych w przewodnikach regionów Ałtaju Gobijskiego.

Podróżowaliśmy bez wynajętego dżipa – takie było nasze zamierzenie – i pokazaliśmy, że korzystając z transportu publicznego, autostopu i ad hoc wynajmowanych na spółkę uazów da się sprawnie przemieszczać po mongolskich bezdrożach. Koszt naszego transportu zamknął się kwotą 70 USD + dwie pisanki. Ceny dżipa lub busa kształtowały się na poziomie 30–35 USD/dzień z kierowcą (plus koszt paliwa, około 200 USD(?) na trasie, którą przejechaliśmy – około 2000 km). Za te pieniądze, przy 8 osobach można podróżować przez 10–12 dni.

Zaskoczeniem dla mnie w Mongolii była duża liczba Polaków. Nie spodziewałem się aż tak dużej popularności tego kierunku. Inna rzecz, że spotykaliśmy ich tylko w stolicy (często w tranzycie do Chin) lub na typowych turystycznych trasach. W Górach Chubsugulskich i w Tereldż zwykłych plecakowiczów (tj. bez koni) na górskich szlakach w ogóle nie było! Tam turystyka koncentruje się wokół ger-campów :-( Z przypadkowych obserwacji ruchu turystycznego wynika nadreprezentacja Szwajcarów, Francuzów i Amerykanów. To oni zepsuli Mongołów! Słowian nie spotkaliśmy.

Jak wspomniałem, duża część spotykanych osób w Mongolii udawała się do Chin lub właśnie stamtąd przybywała. Wydaje mi się, że Mongolia stanowiła dla nich zaledwie dodatek do zwiedzanego Państwa Środka. W ich ocenie – Mongolia to już (jeszcze) Europa. Azja zaczyna się (kończy) w Chinach. Takie wypowiedzi – muszę przyznać – coraz bardziej zachęcają mnie do wyjazdu do Chin. Może w przyszłym roku?

Czy rzeczywiście Mongolia jest tak europejska, tak normalna? Turysta spędzający czas w 800-tysięcznej stolicy rzeczywiście może mieć takie wrażenie. "Normalne" domy i osiedla wielkiej płyty, "zwyczajny" ruch samochodowy; ludzie, choć innej rasy – ubrani w większości po europejsku, żadnych riksz, dżonek, galabij, turbanów, czadorów... Poza stolicą nie zabłądzimy w dżungli, nie spotkamy sawannowej fauny. Krajobrazy często... beskidzkie. A jednak spotkanie z jakami w stepie, a nad Chubsugułem z reniferami było dla mnie interesującym i miłym przeżyciem. Nie mówiąc już o niezliczonych stadach koni tak bardzo symbolizujących Mongolię i tak wyjątkowo ważnych dla Mongołów.

Zachwyciły mnie krajobrazy kraju Dżyngis Chana: zielone stepy, skaliste, piarżyste i lesiste góry, modrzewiowa tajga, kwieciste, wysokogórskie łąki, czysta woda Chubsugułu, lawa wulkanu Khorgo, przełomy rzek i ostańce wyrastające z bezkresnego stepu. Zabrakło oczywiście wydm z saksaułami na pustynnej Gobi i spotkania z owcą argali pod ałtajskim lodowcem – ale cóż – wszystkiego mieć nie można – zwłaszcza dysponując tak skromnym zapasem czasu i gotówki.

Zauroczyły mnie jurty, ich wewnętrzna struktura, zwyczaje z nimi związane i oczywiście sami mieszkańcy jurt. Z opowieści podróżników i z przewodników wyłania się obraz Mongołów życzliwych i wyjątkowo gościnnych. Opisywane są liczne przykłady zapraszania do jurt, częstowania wódką, kumysem i tabaką. My jednak nie doświadczaliśmy "aż" tak wielkiej gościnności z ich strony. W każdym razie ja tak to odczuwałem. Oczywiście pamiętam miły czas spędzony w jurcie u kierowcy, sympatyczną rodzinę, która wzięła nas na darmowego stopa, kierownika robót, który zaprosił mnie do swego mieszkania, interesujące rozmowy z sympatycznymi tubylcami.

Denerwowała mnie jednak pewna pazerność Mongołów: choćby podwajanie ceny tabaki na Black Market, zawyżanie ceny noclegu w jurcie w Tereldż, czy sprzedaż praw do zdjęć reniferów ;-) Nie spotkałem się z agresywnym czy nieuprzejmym zachowaniem z ich strony. Może zabrakło mi owego częstowania archii czy kumysem w jurcie? Może wtedy "wybaczyłbym" im stratę moich zabytkowych skarpet?

Oczarował mnie świat buddyzmu i lamaizmu, świat świątyń i mnichów, świat kadzideł, dzwonków, bębenków, czytanych na głos sutr; świat uśmiechniętych Buddów, zmysłowych Tar, wielorękich bogów, świat groźnych masek. Dla mnie osobiście to jeden z najważniejszych celów podróżowania: poznawanie innych religii (i kultur). Lamaizm jest kolejną po katolicyzmie, islamie i prawosławiu religią, której się bliżej przyjrzałem. We wspomnieniach pozostanie mi również obraz skrytego w lesie szamańskiego ołtarza.

Ciężko było ze "zjadliwym" dla mnie pożywieniem. Sto postaci baraniny i sto produktów otrzymywanych z krowiego czy kobylego mleka to menu dla ludzi ze zdegenerowanym układem pokarmowym, cierpiących na anosmię i z uszkodzonymi kubkami smakowymi. Może trochę przesadzam, poczęstunek w jurcie przecież mi smakował.

Ciężko było z dogadywaniem się z tubylcami. Najłatwiej rozmawia się z nimi po mongolsku ;-) Mój słownik mongolski obejmował kilkanaście słów a szczytowym osiągnięciem było złożenie zdania "Czi jewach Chatgał margasz?". Analogicznie rozległa jest znajomość angielskiego i rosyjskiego u przeciętnego mieszkańca prowincji czy nawet Ułan Bator. Najgorsze jest to, że nawet po wymianie kilku zdań po angielsku nie można być pewnym czy się zrozumieliśmy. Typowa scena dworcowa:

– Is this bus going to Moron?

– Yes, yes, Moron.

– Tomorrow or today?

– Yes, yes. Today.

– Today or margasz?

– Margasz, yes, yes! (wszystko jedno kiedy, byle do przodu)

– We need two places, OK?

– Yes, yes, OK

– OK, two places to Moron.

– No, no, to Erdenet! (hm)

– Is – this – bus – to – Erdenet – or – to – Moron?

– Yes, yes! bus OK!

– Awtobus (pukam w autobus) – Moron – margasz? (pokazuję na zegarku ruch wskazówek; Mongoł przygląda się mu z zaciekawieniem)

– No, no, awtobus good!

Oczywiście później okazuje się, że autobus jedzie jeszcze gdzie indziej.

Może znów trochę przejaskrawiam, znając rosyjski i angielski da się przeżyć!

Ceny w sklepach są często zaskakująco wysokie – wręcz polskie! zwłaszcza na importowane (a tych jest większość) produkty firm europejskich. Konserwy, dżemy i serki topione są dostępne bez problemu w większych miastach. Owoce rodzime są niskiej jakości (poza arbuzami), importowane – droższe niż w Polsce o tej porze. Wbrew temu, co można wyczytać w przewodnikach, w Mongolii da się targować i znacznie obniżać cenę wyjściową. Normą jest 20 procentowy discount (na przykład w sklepie przymuzealnym). Przy zakupie niektórych pamiątek kupowałem je za 1/3 pierwszej ceny. Podobnie na targu owocowym. Zdecydowanie zabrakło mi dłuższego górskiego trekkingu – pomimo zdobycia Ich Uuł (2961 m n.p.m.) – najwyższej mojej góry ;-) i kilku mniejszych górek, czuję niedosyt. Myślę, że dobrą alternatywą dla tych którzy lubią "góry inaczej" jest wynajęcie koni i tygodniowa wycieczka dolinami (5 USD/koniodzień).

Tak czy owak był to udany wyjazd. Znów dużo przeżyłem, odpocząłem, wróciłem cały i zdrowy, bogatszy o nowe doświadczenia. Czas zakończyć i to podsumowanie. I pomyśleć o nowej wyprawie.

Post Scriptum Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej