Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Ułan Bator

niedziela, 25. VII 2004


Mongoł za kółkiem |Idę do teatru


Chłopcy wykrzykują nazwy miejscowości

Spacer po stolicy. Na "dworcach" mikrobusowych chłopcy - pomocnicy kierowców stoją na progu drzwi, wychylają się i donośnie wykrzykują nazwę miejscowości docelowej. Tworzy do zabawny jazgot wzajemnie przekrzykujących się przewoźników. Podobnie jest na pośrednich przystankach "mikro", jak tu się mówi na busy: wydłuża to nadmiernie długość podróży, lecz cóż robić, jeśli nie ma (nad)kompletu pasażerów?
Właściwie nie ma tu kodeksu drogowego - skoro nie ma dróg a pojazdy poruszające się po stepie nie spełniają norm unijnych dla urządzenia zwanego samochodem. Być może należałoby wprowadzić rygorystyczne przepisy dotyczące bezpieczeństwa ludzi i stanu technicznego pojazdów: ruch wtedy zmalałby o 90% a Mongołowie znów by się przesiedli na konie - na których czują się tak świetnie. Maleńkie dzieci są przewożone nie tylko bez fotelików ( "a co to takiego?") ale wręcz sadzane z przodu bez żadnych zabezpieczeń ("a niech sobie popatrzy"). Opony są przeraźliwie zniszczone (bo drogi złe) i nie można mieć pretensji o to, że często pękają. Nie należy się więc dziwić, że na każdej ulicy spotyka się warsztat samochodowy z szyldem "Maszin ugaana". Ruchoma budka telefoniczna


Ale trzeba przyznać, że Mongołowie są dobrymi mechanikami. "Muszą być!" - mówi Grzegorz - "Inaczej by nie przeżyli". "Powinni tu do Mongolii wysyłać nowe samochody do testowania" - żartuję - "jeśli przeżyją jeden miesiąc - można rozpocząć produkcję". Gdy patrzę na zdecydowane manewry kierowców dżipów po wertepach i stromiznach, to jestem pełen podziwu dla ich umiejętności. I myślę sobie, że przeciętny polski kierowca, nawet gdyby dostał do dyspozycji takiego UAZ-a z napędem na cztery koła - to nie zdecydowałby się na taką wariacką niekiedy jazdę.
Wyjazd w dalszą trasę to taki mongolski przegląd techniczny - jeśli coś się popsuje (a popsuje się na pewno) - to zostanie naprawione. I samochód wraca cały i zdrowy. Zahartowany, rzec by można. "Co mnie nie zabije to mnie wzmocni!". Ale co myślą o sobie porzucone w stepie wraki samochodów....?

Dziś wybieram się na występy do teatru. Akademicki Zespół Pieśni i Tańca będzie prezentować obcokrajowcom swoje umiejętności (6000T). Przeprasowuję swój nieco wymięty garnitur, zakładam krawat i idę. Miejsca są nienumerowane, jestem więc 20 minut przed czasem. "No, dziś nie ma tłumów" - myślę sobie widząc na widowni tylko dwie osoby. Publiczność jednak stopniowo wypełnia salę. Bilard jest popularną rozrywką


Kurtyna z piękną aplikacją przedstawiającą zmysłową tancerkę idzie w górę i na scenie pojawia się dwanaście błękitno-zielono-żółtych tancerek. Makijaż sprawia, że wyglądają jak japońskie lalki. Ich taniec, a również kolejne, nagradzane brawami, są - jak się domyślam - "artystycznie" przetworzonymi tańcami ludowymi. Wchodzi teraz pieśniarka w towarzystwie dwóch Mongołów grających na dwustrunowych "skrzypcach" i "basetli". Śpiewa ładnie, choć z nieco denerwującą manierą. Ale może tak ma być?
Czas na trzech tancerzy: chłopaki skaczą i biegają. Wywijają hołubce, krzyżują nogi w powietrzu i biegają na kolanach - przypomina to trochę kazaczok, zwłaszcza że ich "ludowe" stroje są trochę kozackie. Coraz bardziej podobają mi się tu! Czas na pięć pięknych dziewczyn, na ich długich niebieskich sukniach mienią się srebrne nitki. Każda z tancerek zaopatrzona jest w krótki pejcz czy też bicz do poganiania konia. Oto pokaz jak postępować z koniem! Teatr
Po kolejnej zapowiedzi wchodzi na scenę 10-osobowy zespół. Wszystkie instrumenty poza perkusją są "mongolskie": morin-chuur ozdobiony końską głową, strunowy modon cuur z niewiarygodnie długim gryfem, psałteriumopodobny yatga z poziomymi strunami, flet - limb, shudarga - na którym się gra jak na sitarze, chuuczir - również strunowy, cytropodobny instrument, bishguur - róg krowi lub jaczy, gigantyczne dudy buri oraz bębny can chengereg.
A teraz coś wyjątkowego i bardzo mongolskiego. Na scenie dwóch muzyków z lutnią tow-szuur i skrzypcami morin-chuur i śpiewak chumu. To rodzaj gwizdo-śpiewu. Te świsty i gardłowe tony są niesamowite, jak on to robi? Dostaje zasłużone brawa.

Wystepy nie mogą się odbyć bez tradycyjnego tańca cam. Trzech tancerzy a może raczej aktorów porusza się zgrabnie po scenie. Ubrani są w proste stroje, najważniejszą ozdobą są ponadnaturalnej wielkości maski Jest siwy starzec z laską - Cagaan - jeden z siedmiu tengri wysłanych na ziemię, jest obrońca buddyzmu Begtse-Dharmpala w przerażającej masce oraz Lasz-chan, miłośnik sztuki. Postaci odgrywają jakiś rytuał - szkoda, że go nie rozumiem. Tańcowi cam towarzyszą występy trzech dziewczyn. Są niesamowicie wygimnastykowane, wyginają się na dwóch podestach tworząc najbardziej niezwykłe figury. Prawdziwe dziewczyny-gumy ;-) Trochę się dziwię tym pokazom, jakby nie pasującym do charakteru występów, dopiero później uświadamiam sobie że był to sławny "taniec węży". Teraz znów grają instrumentaliści na ludowych instrumentach, po kolejnej zapowiedzi wchodzą tancerki ubrane w długie, czerwono-zielone, bogato zdobione suknie, szerokie rękawy zakrywają im dłonie, włosy upięte w bujantogtoch, na głowie barchatki. Poruszają się dostojnie, taniec przypomina jakiś menuet. Teraz zmiana rytmu, na scenę wchodzi siedmiu muzyków i zaczyna się skoczna i wesoła gra; publiczność zaczyna rytmicznie klaskać, mężczyźni pogwizdują, gdyby mogli wbiegliby pewnie na scenę i zatańczyliby wszyscy. Atmosfera udziela się i mnie, cieszę się razem z nimi i klaszczę z całych sił!

Teraz odmiana: wchodzi na scenę solistka, widać znana, bo witana gromkimi brawami, śpiewa buwej - słodką kołysankę dla dziecka. Kilka kolejnych pieśni ożywia atmosferę, słyszymy gingun - pieśń o stepie, koniach, jeźdźcach i wyścigach konnych. Z sali rozlegają się okrzyki Uchaj! Uchaj!, instrumentaliści przyspieszają rytm, szarpią struny i walą w perkusję! Coś fantastycznego! Jestem absolutnie wniebowzięty! Chwila przerwy. Na scenie już nie septet, lecz cała mongolska orkiestra symfoniczna. Dyryguje zabawny niski i grubawy Mongoł. Muzyka ludowa ustąpiła współczesnym utworom mongolskim; czasem, całkiem nieoczekiwanie jako przerywnik pojawia się znany "kawałek" europejski - to chyba ukłon w stronę zagranicznych gości (a może popis przed własną publicznością?). Najważniejsze, że wszystko mi się tak podoba, że ta muzyka jest taka piękna. Przypominam sobie zeszłoroczne "Jezioro Łabędzie". Myliłem się co do liczby osób. Heh.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej