Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Dolina Hirbiseg-gercamp Janhay

czwartek, 15. VII 2004


W Dolinie Hirbiseg |Piknik z żukami |Urt-duu: jestem w niebowzięty! |Zawiedzione plany


Świt nad Chubsugułem

Wreszcie udało mi się sfotografować wschód słońca. Niebo zaróżowiło się, sfioletowiało, strzeliły kolorowe smugi na prawo i lewo od tego miejsca, gdzie za chwilę miało pojawić się słońce. Moment później te wszystkie kolory na niebie przygasły, a po drugiej stronie jeziora zapłonęła czerwona łuna. I w końcu wytoczyła się pomarańczowa kula ponad nisko rozścielone chmury. Byłem usatysfakcjonowany.
Wychodzimy o 10.15. Droga prosta jak drut: ścieżka wzdłuż rzeki Hirbiseg zaprowadzi nas nad jezioro. I znów kwieciste łąki, modrzewiowa tajga, burunduki skaczące po drzewach. Woda, która dotąd płynęła po granitach znikła teraz pod wapiennym łożyskiem. Po dwóch godzinach wychodzimy na nadbrzeżne łąki. Setki świerszczy uciekających spod nóg błyszczą w słońcu - wydaje się, że idziesz po żywym chodniku... Dolina Hirbiseg

Rozkładamy się za "chińskim" ger-campem. Grzegorz rozbiera się i bez oddychania przepływa 20 metrów. Godne podziwu zważywszy na krę pływającą po jeziorze. No, może przesadzam z tą krą, ale dla mnie temperatura wody była zdecydowanie za niska. Piorę, myję się i odpoczywam. Duże, fruwające żuki z 6-centymetrowymi wąsami przylatują pod nasze drzewo, siadają na mnie. Mam ochotę na taki okaz. "W Polsce są większe żuki" - powstrzymuje mnie Grzegorz. "Nie bądź taki ekologiczny" - mówię - "liczą się tylko te w gablotce!". "Ja ekolog?!" - oburza się - "A kazałem ci nosić śmieci?" OK, poddaję się i ograniczam do sfotografowania owadów.
Co robić dalej? Grzegorz "zleca" mi załatwienie koni na wieczór. Konie są tu po 2000T/h. Wynegocjowuję 10.000 tugrików za dwugodzinną przejażdżkę z przewodnikiem. Grzegorz kręci nosem - pamięta wyjątkową ofertę 1500T/h i 4000T/dzień złożoną nam przez "indywidualnego" koniarza. Ale tu jest "przedsiębiorstwo" z bossem i zejść z ceną nie da się niżej. Gdy Grzegorz renegocjuje wynajem, ucieka nam okazja (pusty bus). Złoszczę się. Dolina Hirbiseg

Idziemy godzinę wzdłuż jeziora, później podjeżdżamy kilka kilometrów klimatyzowanym nissanem (gratis) i rozbijamy się na miejscu obozowiska sprzed kilku dni.
--------
Wieczorem

Leżę pod modrzewiem i czekam na okazję, która zawiezie nas do Chatgał. Nieruchoma woda, nieruchome powietrze i zawieszone nad Chubsugułem chmury. Ciszę zakłóca tylko śpiew ptaków i miarowy odgłos żucia trawy - to stado jaków majestatycznie przemieszcza się przed nami. Spokój... Ale co to: słyszę śpiew kobiecy, głos dobiega od strony "Blue Pearl". "Urządzają sobie dyskotekę w ger-campie" - Grzegorz przypomina, rozmowę z Sarą. Głos jest wysoki i zmieniający pięknie tonację i jest coraz głośniejszy. Oto zbliża się jeździec. Kilometr dalej dziewczyna jedzie przez łąkę i śpiewa urt-duu - rzewną pieśń stepową. Czy śpiewa o szybującym ptaku nad bezkresnym stepie, czy o galopującym tabunie koni, czy o miłości - nie wiem. Ale pieśń jest fantastyczna! "A jak ja śpiewam po drodze, to się nie zachwycasz!" - słyszę pretensję w głosie Grzegorza. No tak, ale ona nie mruczy pod nosem, tylko śpiewa pełną piersią! I to jak ładnie! Nad Chubsugułem
Już dwa samochody przejechały i nic. Kierowcy sygnalizują tu liczbę pasażerów pokazując palcami ich liczbę. Rozłożona dłoń oznacza, że w dżipie nie ma już miejsca. Gdy zobaczysz dziesięć palców - do busa nikt się nie wciśnie.* Na razie czekamy. Chciałbym bardzo dojechać dziś do Chatgał - tam są nasze rzeczy, tam można wynająć konie, zakończyć ten wypad nad Chubsuguł... Przez kilka godzin uprawiamy autostop. Z zerowym skutkiem - Zostajemy więc tu na noc. Grzesiek rozpala ognisko, ja rozkładam namiot. Jemy spóźniony obiad.

Zmierzcha. Przy ognisku siedzi tylko Grzegorz. Mi odechciewa się wszystkiego. Z kubkiem kawy idę nad brzeg jeziora, by spojrzeć jeszcze raz na panoramę gór z "moim" Ich Uuł. Trawiaste, łagodne kopy, trochę ostrych wierzchołków i odsłonięte zbocza ze skalnym rumoszem przypominają Czerwone Wierchy. Ciężko to nazwać trudnymi górami. Jadąc tu miałem nadzieję na przejście głównym grzbietem od Chatgał do Ich Uuł. Po odwiedzeniu Caatanów liczyłem na wędrówkę od Ich Uuł na północ w kierunku wulkanu Uran Dösz. Góry okazały się niedostępne dla Grześka. Mongołki Czy czuję się oszukany? Rozczarowany? Zawiedziony? Do cholery, tak! Nie po to jadę 8.000 kilometrów, nie po to tłukę się ściśnięty 40 godzin w autobusie do Moron, by uprawiać turystykę nizinną! A wszystko wskazuje na to, że Grzegorz chciał powtórzyć swój zeszłoroczny wyjazd nad Bajkał - wędrówkę wzdłuż brzegów.

*) Tak w każdym razie myślałem. Myliłem się i to bardzo - patrz dalej

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej