Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Ułan Bator

środa, 7. VII 2004


Świt |LG Guest House |W poszukiwaniu właściwego ministerstwa |Dinozaury |Narodowe Muzeum Historii Mongolii |Czapki i tabakiery... |Broń, morin-chuur i ... okulary Cedenbała |Huitsa |Gandan po raz pierwszy


Mongolia: jurty, konie, step...

Świt. Rzucam się do okna. Tak! Jest Mongolia i to taka, jaką sobie wyobrażałem. Łagodne zbocza wzgórz, porozrzucane po stepie jurty, od czasu do czasu stado koni i kilku jeźdźców. Czerwono-fioletowe a później pomarańczowe chmury na wschodzie. Jakie to... ładne.
Robię kawę, myję się. Na godzinę przed Ułan Bator wstaje i Grzegorz. Pakuje się, swój plecak, przytracza buty i... "Może napijemy się kawy?" - pyta patrząc na mnie. Hm. Zdaje się, że właśnie przed momentem spakowałeś kawę i kubek... "Ja piłem już kawę godzinę temu" - mówię. Ułan Bator: stare przeplata się z nowym

Na dworcu - naganiacze. Do Grześka zgłaszają się dwie dziewczyny, każda zachwala swój hotel. (4$ dormitorium, 6$ pokój kilkuosobowy). Decydujemy się na ten bliższy, około 500 metrów od dworca. Kobieta zawozi nas vanem pod hotel LG mieszczący się na kilku poziomach w bloku mieszkalnym. Są to właściwie mieszkania przerobione na guest house: kuchnia, łazienka, WC, w pokojach piętrowe łóżka. Całość sprawia sympatyczne wrażenie.

O 10.00 wychodzimy do centrum. Zaliczamy kolejno kantor (1176T/1$) i internet (800T/h). Nowoczesne i zatłoczone (choć zaniedbane) ulice. Mnóstwo reklam i wielojęzycznych szyldów. Część pisana "nowoczesnym" pismem mongolskim - od niedawna Mongołowie próbują zrezygnować z cyrylicy i powrócić do swojego starodawnego alfabetu ujgurskiego. Piszą więc swymi niezrozumiałymi znaczkami pionowo, z góry na dół! Czy to jest droga do tożsamości narodowej? Dla mnie krok w tył: teraz muszą uczyć się czterech alfabetów: ujgurskiego, łacińskiego, cyrylicy i często znaczków sąsiadów: japońskich/chińskich/koreańskich. Na ulicach dużo samochodów, zawiódłby się ktoś oczekujący kilku ziłów i moskwiczy... Co krok banki, międzynarodowe firmy, kafejki internetowe i restauracje. Wiadomo: stolica! Dochodzimy do placu Suche Batora z dużym konnym pomnikiem pośrodku. Na pomniku inskrypcja pisana "nowoczesnym" alfabetem. Plac otoczony jest reprezentacyjnymi budynkami z Parlamentem, kinem i operą na czele. Plac Suche Batora: Wielki Chorał
Podchodzimy do skromnego mauzoleum Suche Batora, zaliczamy galerię sztuki (WC) i zdobywamy Ministerstwo Spraw Zagranicznych. To najważniejszy punkt programu na dziś. Znalazłem bowiem przed wyjazdem informację o możliwości przekraczania granicy rosyjskiej poza Nauszkami. Jako opcję zwiedzania Mongolii mieliśmy zamiar przejechać do Chowd i dalej do Ałtaju. Potrzebowaliśmy jednak potwierdzenia tej informacji przez mongolskie władze. Żołnierz-portier długo czyta wydrukowane przeze mnie informacje z sieci, w końcu daje nędzny szkic jak dojść do innego ministerstwa ponoć właściwego do załatwienia sprawy. Hm. Przeszło godzinę poszukiwania odpowiedniego budynku nic nie dają. Oni w ogóle nie mówią po angielsku ani po rosyjsku! Nikt nic nie wie! Nawet my nie znamy poprawnej nazwy tego ministerstwa (żołnierz nie umiał dobrze przetłumaczyć). Pomnik Suche Batora

No nic, na razie zwiedzamy wspólnie Muzeum Historii Naturalnej ze zbiorami mineralogicznymi (nic nadzwyczajnego), florą i fauną (nic ciekawego poza olbrzymimi sępami), zbiorami entomologicznymi (jak wyżej). Tak naprawdę to jedyną atrakcją jest spora kolekcja szkieletów dinozaurów.
Zaczynam od mniejszych okazów zostawiając sobie na koniec stojący pośrodku sali szkielet dużego dinozaura. Oto niewielki, raptem 1.5-metrowej długości Mononynus decranus. Pomyśleć, że przeleżał pod piaskiem 70 milionów lat! Obok starszy o - bagatela! - 5.000.000 lat jego daleki kuzyn, Saichania chulsanensis, nieźle opancerzona gadzina nazwana przez odkrywców "Marianską". Dalej, kilka mniejszych szkieletów wielkości wyrośniętego kangura. W gablotach trochę pojedynczych, ogromnych kości. Najwspanialszym zabytkiem jest wykopany w 1948 roku gigantyczny, 15-metrowy Tarbosaurus Bataar-Malejew. Jaka to musi być przyjemność uwiecznić swe nazwisko w ten sposób, prawda? Małe dzieci w sali z przestrachem i podziwem patrzą na dinozaura wyciągającego ku nim swój łeb. Muzeum Narodowe Historii Mongolii: gutule
W kolejnej sali dwa splecione szkielety dinozaurów: od kilkudziesięciu milionów lat trwa walka Velociraptora mongoliensis z Protoceratopsem andrewsi. Ciekawe, czy pamiętają, o co im poszło? Obok Embolotherium z dziwną kością na nosie, kilka czaszek ankylosaurów i protoceratopsów. Wrażenie robi pojedyncza kość miednicowa brontozaura - ma ponad metr szerokości a dorosły człowiek bez trudu mógłby przez nią przejść. Olbrzymie bydlę! W kolejnych salach zgromadzono więcej czaszek, zdekompletowanych szkieletów, pojedynczych kości i skamieniałych jaj dinozaurów. Zdaję sobie sprawę ze skromności tej kolekcji, myślę, że jest to związane z "eksportem" kości do wielu muzeów świata.

Wychodzę z muzeum usatysfakcjonowany, lecz mam ochotę na jeszcze! Idziemy do Muzeum Historii Naturalnej (3000T). Wchodzę tylko ja, Grzegorz nie jest zainteresowany, idzie na piwo. Przy wejściu witają mnie arsłany - kamienne lwy (VIII wiek n.e.). Zaczynam od zbiorów archeologicznych - przyznam szczerze, że nie spodziewałem się spotkać tu zabytków sprzed 4.000 lat. A tu patrzcie! Oto dwu i półmetrowy kamienny słup, tzw. Delv Stone. Oto petroglify przedstawiające sceny polowań, wielbłądy, las. Są równie interesujące jak tamte z Wadi Rum i Biełomorska. A dalej wielobarwna ceramika z okręgu Tuwy z przełomu er. Najciekawszym okresem wydaje się epoka Kök Türk przypadająca na wieki V-VIII wiek n.e. Zachowało się z tego okresu sporo srebrnej i złotej biżuterii ceremonialnej. Jeszcze piękniejsze są ozdoby z epoki ujgurskiej (741-840 r. n.e.). Choćby taka malutka 7-centymetrowa figurka z jelenia wykonana ze srebra ze złoconym porożem. W dalszej części muzeum znajduje się arcyciekawy zabytek z Tariat: ozdobiona inskrypcjami kamienna statua wsparta na żółwiu. Muzeum Narodowe Historii Mongolii: tabakiery

W kolejnych salach więcej zbiorów etnograficznych. Mamy tu kolekcję strojów ludowych z poszczególnych ajmaków - każdy inny! Dalej - bogato zdobione stroje ceremonialne zapewne książęce lub bogatego chana mongolskiego. A tu zbiór czapek: najróżniejszych, z różnych regionów i na różne okazje i pory roku. Jest tu zaokrąglony toorcog, jest spiczasta buriatka, burga okolona futrzanym paskiem, jest zabawny letercz przypominający nakrycie głowy Lajkonika. I wiele innych. Zwraca uwagę ubranie, które nosili najwyżsi rangą lamowie: długi, złocony płaszcz bez rękawów, ozdobna czapka w kształcie papierowego okręcika.
Zachwyciła mnie kolekcja tabakier. Wiadomo, że zwyczaj zażywania tabaki był tu rozpowszechniony. Nic więc dziwnego, że rzemieślnicy poświęcali dużo uwagi tabakierom: wykonane były z agatu, koralu, macicy perłowej, drewna, szkła, bursztynu, srebra... I kto wie z ilu jeszcze surowców! Już sobie wyobrażam, jaki to był szpan pojawić się w towarzystwie z nową tabakierą z jadeitu!
W kolejnej gablocie równie bogata kolekcja fajek a dalej przecudnej urody kindżały z rzeźbionymi srebrnymi jelcami. Są tu też srebrne naszyjniki z półszlachetnymi kamieniami, głównie koralem i turkusem, jest biżuteria z misternymi wzorami. Dłuższą chwilę poświęcam postaciom szamanów. Oto Boo (lub: Boege) i Uolgan (lub: Idugan) - męska i żeńska wersja szamana. Stoją w swym szałasie ubrani skórzaną i futrzaną odzież, przystrojeni w pióra i różnokolorowe tasiemki wplecione we włosy. W ręku bębenki, na szyi kościane i drewniane ozdoby. Równie ciekawy jest Dżyngis Chan - rozparty w fotelu, na podwyższeniu w swoim namiocie. Sądząc po ubraniu wygląda na skromnego człowieka: szare płótno prostej szaty jest ozdobione ledwie srebrną lamówką.

W kolejnej sali ekspozycja poświęcona historii wojskowości w kraju Dżyngis Chana. Oto stroje wojowników, ich broń - czasem prosta jak łuk :-), gdzie indziej pięknie zdobiona i zaawansowana technologicznie ;-) A tu proszę, ciekawostka: pieczęcie uprawniające do dowodzenia tysiącem wojowników. Taka mała rzecz a ile władzy! Władzę miał również dysponent tej oto skrzyni o wymiarach 2x1x1 metr. Zaopatrzona jest w potężną kłódkę i maciupeńkie okienko. Chłop jest nieposłuszny? Bach go do skrzyni na tydzień! Muzeum Narodowe Historii Mongolii: strój ludowy
Przechodzę teraz od instrumentów władzy do instrumentów muzycznych. Jest tu spora kolekcja dwustrunowych drewnianych skrzypiec, gitar z przesadnie wydłużonym gryfem, bębenków i innych brzękadeł. Oglądając te instrumenty nie spodziewałem się, że będzie mi dane ich posłuchać! Obok - kącik dla dzieci: gry i zabawki. Są tu warcaby, szachy, i inne, nieznane mi gry planszowe. Figury i piony od najprymitywniejszych kamyków po miniaturowe arcydzieła z mosiądzu i srebra. Zwracam uwagę na swastyki, którymi są ozdobione niektóre przedmioty - to znak ognia i pomyślności.
To jeszcze nie koniec zwiedzania. Czas na wystawę artykułów gospodarstwa domowego. I znów oglądam najróżniejsze cebrzyki, dzbanki, dzieże, ceramikę... Czegoś mi tu brakuje... bardzo mongolskiego... Ale nie! Jest i sklep "Wszystko dla konia". Cała kolekcja siodeł od prymitywnych w postaci dwóch deseczek związanych rzemieniem po modele "exclusive". A dalej uprzęże i charakterystyczne mongolskie krótkie pejcze. Na koniec oglądam pamiątki związane z władcami i przywódcami kraju. Na eksponowanym miejscu siedzi para królewska: Bogdo Chan VIII (1870-1924) z szanowną małżonką, matką narodu. Pomijam etap industrializacji i nieudanej kolektywizacji i przechodzę do gabloty z osobistymi rzeczami Pierwszego Sekretarza: brązowa teczka, książeczka z dedykacją i wzruszające okulary towarzysza Cedenbała...

Tyle na dziś poznawania dawnych dziejów Mongolii. Odszukuję Grześka w pobliskiej knajpie - młody Mongoł dosiadł się do niego i teraz piją piwo. Zamawiamy zupę - podobno narodową specjalność. Huitsa (350T) składa się z kawałków baraniny, ziemniaków, kapusty, brązowych kulek z mielonego mięsa oraz czegoś długiego i białego zwanego buntuc. Zagryzamy mantoo - tradycyjnym chlebem mongolskim w postaci słabo wypieczonych kęsów ciasta (70T).
Odpuszczamy sobie dziś walkę z biurokracją mongolską* i skupiamy się na poszukiwaniu dworca autobusowego by znaleźć transport do Moron, 680 kilometrów od stolicy. Po dłuższym czasie znajdujemy w końcu kogoś, kto rozumie, o co nam chodzi i potrafi nam pomóc. Dworzec autobusowy mieści się obok Dragon Center, 5 kilometrów na zachód od centrum, podjeżdżamy autobusem (200T, bilety u konduktorki). Dworzec to za dużo powiedziane, stoją tu busy, kilka większych autobusów. W końcu jakiś konkret: autobus jedzie rano o 7.00, kosztuje 18.000T. Mongołowie kochają pomniki: Pomnik premiera Zoriga

Wieczorem wyciągam Grześka na spacer do Gandan. Dwujezdniowa droga prowadzi do ślicznie podświetlonej świątyni na wzgórzu. Mijamy sklepiki z dewocjonaliami i lamajskie szkoły z salami wykładowymi. Dochodzimy do sławnej bramy pajlur zbudowanej w stylu chińskim. Przed nami biała bryła Avalokiteszwara - głównej świątyni zwanej też Midżid Dżanrajseg Sum. To, jak podpowiada przewodnik, mieszanka stylu chińskiego ("ulatujące dachy") i stylu charakterystycznego dla buddyzmu tybetańskiego (kamienne mury). Podobnie jak inne klasztory i świątynie w Mongolii nie jest zbyt stara - budynek liczy raptem 90 lat. Ale tak to już jest w kraju nomadów i potomków Dżyngis Chana: niewiele tu budowano trwałych obiektów, a te zbudowane - burzono przy każdej sposobności! Wokół świątyni spacerują grupki młodych ludzi. Są to głównie Mongołowie, którzy przyszli tu odpocząć lub się pomodlić. Obchodzą po kilka razy białe suburgany z rządkami młynków modlitewnych, niektórzy wkładają w szczeliny banknoty o niskich nominałach. 20-letni chłopak bije pokłony przed świątynią. Unosi złożone ręce nad głowę, opuszcza do wysokości piersi i kładzie się na pochyłej niskiej ławeczce z wyciągniętymi rękami. Znów wstaje i powtarza czynności. Tych pokłonów jest 50... 100... 200... Patrzymy z lekkim zdumieniem. Ma kondycję chłopak! "Pewnie ćwiczy przed Naadamem" - śmiejemy się. Zresztą, kto go tam wie? Może łączy w ten sposób przyjemne z pożytecznym? Z ciekawością zaglądamy przez okno do oświetlonej sali w jednym z budynków. To pracownia komputerowa. A przy kompach - rzecz jasna - mnisi w swych pomarańczowych strojach. Piękny obrazek!
Zaczyna mżyć, po chwili leje. Chronimy się pod głównym wejściem do świątyni. Nad Ułan Bator szaleje burza, pioruny rozświetlają okoliczne wzgórza. Wracamy do hotelu mokrzy i przemarznięci.


*) Następnego dnia Grzegorz uzyskuje informację od polskiego konsula tej mniej więcej treści "podróżowanie po zachodniej Mongolii jest niebezpieczne, może i Polacy mogą przekraczać granicę z Republiką Ałtaju, ale mongolscy pogranicznicy o tym nie wiedzą więc nie przekroczycie" Hm...

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej