Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Moron-Terchijn Cagaan Nuur

sobota, 17. VII 2004


Poszukiwanie transportu |Nerun sprzedaje skóry |Dżipem przez góry |W domu i w zagrodzie... |Kręcimy benzynę |Szczęściarz jestem


Córka Sary

Rano budzi mnie para rowerowa, pakują do sakw niewiarygodne ilości rzeczy. Grube opony i mocne ramy dostosowane są miejscowych warunków. O 9.00 wychodzimy z Francuzami na "polowanie". Transport publiczny w Moron - jak przystało na stolicę województwa - jest dobrze zorganizowany. Tylko skąd wiadomo, że w tym miejscu jest przystanek, i że mikrobus akurat tędy pojedzie? Miejscowi wiedzą, ustawiają się na rogu ulicy i czekają. Podjeżdżamy busem na targ; jest sobota, stragany świecą pustkami, dżipów też jak na lekarstwo. Kierowcy - owszem, są chętni do zawiezienia nas nad Terchijn Cagaan, a jakże! Problem tylko, że chcą od nas kolejno 240... 200, 160 tysięcy tugrików. Tymczasem Francuzi słyszeli, że ktoś przyjechał tu za 90.000T. I przy tej cenie się zafiksowali. Rozbieżność bierze się stąd, że kierowcy kalkulują zwykle opłatę za drogę w obie strony, a to - jako żywo - nie mieści się we francuskich głowach. W powrotnej drodze kierowca może liczyć na ekstra zarobek i wtedy jest skłonny obniżyć cenę do 90.000T. I takiego kogoś nam właśnie potrzeba!

Przenosimy się w poszukiwaniach na dworzec autobusowy. Niedoświadczone oko europejskie z trudem by rozpoznało w tym opuszczonym placyku największy dworzec ajmaku. Skup skór baranich Dwóch staruszków wspartych na lasce przycupnęło na ławce, wspominają pewnie czasy przedrewolucyjne. Mówią, że autobus w tamtym kierunku będzie... jeśli będzie. Ot - mongolskie realia. Trzeba nam czegoś więcej. Prowadzę na jeszcze jeden plac - ten z błękitnym owoo na wzgórzu, który zapamiętałem z poprzedniego pobytu w Moron. Tu stoi dużo dżipów i busów, lecz sytuacja przy negocjacjach się powtarza.

Grzegorz ciągnie mnie na internet, to dobry kawałek drogi stąd (budynek poczty). Już, już miałem wysłać e-maila, gdy wpadają Francuzi z dobrą nowiną. Dżip czeka, jedziemy za 100.000T. Szybkie pakowanie u Sary, przy okazji stwierdzam, że jakiś głodomór ukradł mi konserwę rybną.
W drodze do Terchijn Cagaan Nuur Teraz czas na zgromadzenie prowiantu na drogę. Znów jesteśmy na targu, kupujemy mnóstwo żarcia: zupki, konserwy, chleby, ciasteczka. Francuzi wybierają tradycyjną kuchnię mongolską: ciepłe chuszury - ciasto nadziewane baraniną, cebulą i innymi warzywami. Ruszamy w drogę. W każdym razie my tak myślimy. Teraz swoje sprawy załatwia Nerun Bator - nasz kierowca. Podjeżdżamy do bazy, gdzie skupuje się baranie skóry. No, jest tu trochę tego: chłopcy przerzucają skóry z przyczepy na ciężarówkę, brygadier je liczy. Inni noszą do magazynu worki zawierające po kilkanaście skór. Nasz dżołocz (kierowca) też przywiózł swój worek, właśnie poszedł go zważyć; dostał pieniądze i zadowolony wraca.

O 13.00 ostatecznie opuszczamy Moron kierując się górom Chantej. Jakoś po godzinie wjeżdżamy na przełęcz. Idzie nam to powoli, droga jest bardzo stroma; ciekawe, jak sobie radzą tu słabsze wozy. W kolejnej dolinie rzeki Bugsey podjeżdżamy do jurty. Kierowca wypakowuje 20-kilogramowy worek chińskiej mąki - jak widać jest on nie tylko przewoźnikiem, ale i akwizytorem. Zamienia kilka słów z rodziną - pewnie zbiera nowe zamówienie. Czas w drogę! Wjeżdżamy w las, dżip sprawnie pokonuje wertepy. Z kolejnego punktu widokowego rozpościera się zapierająca dech w piersiach panorama: łagodne zielone zbocza, step poprzecinany krzyżującymi się nitkami traktów i maleńkie obłoczki kurzu za innymi pojazdami wskazujące, że nie jesteśmy sami na tym pustkowiu. W wiosce mongolskiej. Na jurcie ogniwa słoneczne, poniżej akumulatory Błękitne niebo uzupełnia ten idealnie zharmonizowany obraz. A cała ta przestrzeń obejmuje 20-30 kilometrów i stanowi jedną z dolin dorzecza rzeki Ider. Może i kierowca zna jej nazwę, ale nie mówi słowa po angielsku. Ech, to już nasz jordański driver znał słowo "Photo", którego używał, by wskazać nam ciekawe miejsca przy objeździe Wadi Rum.

Kolejna wioska - kilka jurt. Wypakowujemy kolejny worek. Kilka minut na rozprostowanie kości i podglądanie mongolskiego życia. Między jurtami kręcą się półnagie dzieciaki, kobiety robią pranie w strumyku nieopodal jurt. Używają drewnianych tar, ale płuczą pranie już w eleganckich plastikowych miednicach. Cywilizacji jest tu zresztą więcej. Oto na dwóch jurtach dumnie błyszczą ogniwa słoneczne. Taki panel o powierzchni ćwierci metra kwadratowego kosztuje w stolicy 100.000T (cena wywoławcza) i ma moc 40 watów. Podłączony jest zwykle do potężnego bloku akumulatorów. Razi mnie niechlujne obejście. Wszędzie walają się jakieś odpadki, niepotrzebne, połamane części maszyn lub urządzeń. Pewnie brak tu drzew, by sklecić jakąś szopę, mogliby jednak sobie tu posprzątać!
Tankujemy. Dystrybutor na korbę Życie tych ludzi - nawykłych do trudnych i prymitywnych warunków, jest jednak nie do pozazdroszczenia. Latem jeszcze można tu wytrzymać (chyba że jest susza), ale zimą?! Gdy szlak jest nieprzejezdny, gdy nie ma zaopatrzenia, gdy nie można wezwać lekarza? Gdy codziennie trzeba rozkuwać zamarznięty strumyk, by dostać się do wody? Gdy trzeba siedzieć w półmroku, grzejąc się przy piecyku? Brr... A gdzie tu szkoła? Nie mówiąc już o dobrach "wyższego sorta"? Nic dziwnego, że tylu Mongołów ucieka do Ułan Bator w poszukiwaniu lepszego życia.

Gdy zatrzymujemy się w kolejnej dolinie, z jurty wychodzi kobieta, wita się serdecznie z Nerunem, ten nas zaprasza do jurty. Jesteśmy w domu kierowcy! Witamy się z żoną i resztą rodziny. Siadamy z braku miejsca "po turecku", dostajemy sute-caj, później ser krowi, chleb i "mleko w kostkach", wszystko w jednej misie. Najsmaczniejsze jest jednak "coś" o konsystencji twarożku lub lanego ciasta, co gospodyni dołożyła do miski na końcu... Dostajemy również kwaśne mleko - dla Francuzów to "jogurt", dla Grzegorza - jak zwykle "humus". Bajerla! Jedziemy dalej, do widzenia, bajerte.
Gdzieś w górach Tarbagataj Pogoda nieco się psuje, popaduje drobniutki deszcz. Dojeżdżamy do Orgil - tu teoretycznie docierają "autobusy" z Moron. Kierowca podjeżdża pod stację benzynową. Że nie ma prądu we wsi? Nie szkodzi, dystrybutor jest dobry, rosyjski - na korbkę. Po pięciu minutach kręcenia - zmiana i kręci pomocnik szefa. UAZ ma dwa baki z wlewami po obu stronach wozu. Potrzebujemy dużo benzyny!
Jeszcze jedno pasmo gór przed nami. A tu - prawie noc. Myślisz sobie: phi, 240 kilometrów, co to jest? Że drogi wygodnej nie ma? Nie szkodzi, przejadę to dżipem w pięć godzin! Ale tak w Mongolii nie da się jeździć. Może na drodze z Ułan Bator do Cecerleg. Ale nie tu, po górach! Jedziemy już dziesięć godzin, i uważam, że wszystko idzie szybko i bardzo sprawnie, a Nerun doskonale radzi sobie z samochodem i terenem. A przede wszystkim - zero awarii! Zachód

Mijamy kilka mniejszych jezior i kolejną przełęcz. Wokół przepiękne i dzikie góry Tarbagataj. Zatrzymujemy się przy kamiennym owoo - jest przystrojone kilkoma butelkami po wódce. Wot nowaja kultura. Smutne. Wreszcie, w zapadającym zmroku dostrzegamy błyszczącą taflę olbrzymiego jeziora Terchijn Cagaan Nuur. Objeżdżamy północne wybrzeża. Na podmokłych łąkach stada czapli, nad wodą krążą rybitwy - dużo tu ptactwa, wszak to teren obszaru chronionego. Na marginesie: ta ochrona jest inaczej pojmowana niż w Polsce. Można tutaj obozować - gdziekolwiek, palić ogniska, śmiecić itp...
Koniec drogi. Rozbijamy się przy ger-campie. Nagle odkrywam, że przy płaceniu za przejazd zgubiłem 50.000T. Po ciemku wracam na miejsce, gdzie się zatrzymaliśmy i w świetle latarki przeszukuję zarośla. Są! Zwitek banknotów wypadł mi z przetartego woreczka. Szczęściarz jestem jednak :-D
Kładę się na trawie. Gwiazdy. Sputniki.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej