Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Ich Uuł (2961m)

środa, 14. VII 2004


Moje zapasy |Zżerają mnie muszki |Fascynujące widoki |Racja Grzegorza, racja moja |Czas na danie główne! |Deser |Wieczór


Widok na północ znad przełęczy pod Czerwoną Górą. Widoczny wulkan Uran Dösz Uuł

Nad ranem budzi mnie jakieś zwierzę wydające dziwny odgłos: "sz-sz-sz" raz na kilka sekund. Łazi to-to koło namiotu i wzdłuż strumyka z pół godziny. Niestety jest zbyt ciemno i nie udaje mi się zwierzęcia zobaczyć. O świcie idę do "grzyba" robić zdjęcia, słońce jednak wstaje za skałami, nie nad jeziorem, ale i tak widoki są ładne. Grzegorz wciąż śpi. Jem śniadanie i robię mu kawę. A propos jedzenia. Wziąłem ze sobą 2x0.5kg makaronu 1.5-minutowego(!), 5 mielonek, 2 konserwy rybne, kilogram orzeszków ziemnych, 12 zupek chińskich, 15 batonów, 6 czekolad, 2x200g rodzynek i inne łakocie. No cóż, ważyło to co nieco, ale pamiętałem, co mówił Maciek z Instytutu: w jurcie nie kupicie nic do jedzenia! Poza tym... dla mnie to takie, hm... oczywiste, że w góry bierze się czekoladę i inne "energetyczne" jedzenie. Dla mnie tak... Ich Uuł ze stoku Czerwonej Góry

10.30. Wreszcie wychodzimy. Mijamy Francuzów juczących konie. Prowadzę ja - stromą drogą po trawiastym zboczu wczorajszym francuskim szlakiem. Widzę, że Grzegorz skręca na przełęcz wybierając łatwiejszy trawers. Po chwili znika mi z oczu. Z trudem posuwam się w górę. Przechodzę poletka miniaturowej "akacji", odpowiednika polskiej kosodrzewiny, przeskakuję po wielkich głazach, byleby w górę i w górę. Muszki mnie zżerają i mimo 30-stopniowego upału idę w polarze szczelnie pozapinany. Skąd tu muszki na wysokości 2400 metrów? Odbijam nieco na prawo i wychodzę na grzbiet powyżej przełęczy. Szczyt Ich Uuł

Leżę teraz na zboczu pod Czerwoną Górą. Grzegorza jeszcze nie ma. Widoki wokół fascynujące. Wokół góry jak okiem sięgnąć. Na wschodzie Chubsuguł, pośrodku niebieskiej tafli jeziora wyłania się olbrzymia wyspa. Jego północne brzegi giną we mgle. Nieco dalej na północ wznosi się potężny masyw czarnego wulkanu Uran Dösz Uuł (2791 m n.p.m.). Jego ścięty stożek wyraźnie odznacza się na tle innych, wapiennych szczytów. Pomiędzy nimi widać - to chyba niemożliwe - tak!, ze sto kilometrów dalej w powietrzu zawieszona jest biała plama lodowca! To chyba na granicy z Rosją. Przepiękne!

Jest Grzegorz. Ma pretensje, że go zostawiłem przy podchodzeniu. Że źle znosi wysokość, że od dwóch dni nie ma sił chodzić, że nie zostawia się słabszego. Cóż, mam w tej konkretnej sytuacji zupełnie odmienną ocenę. Pojechałem z młodym (o 12 lat młodszym) wysportowanym facetem, chodzącym całe życie po górach. Dopiero w pociągu okazało się, że chodził wyłącznie po Beskidach (+ 2 razy Rysy). Wczoraj okazało się, że "nie chodzi po skałach". OK! Szkoda tylko, że nie przewidział, iż w Górach Chubsugulskich o wysokości 3000 m n.p.m. jest mnóstwo skałek... Patrząc wczoraj na wchodzących wieczorem ostro pod górę Francuzów powiedział: "Tak mogę chodzić, to lajcik". Jeszcze dziś rano zapytałem, czy ma siły na góry - stwierdził, że tak. Więc?
Płaskowyż na  Ich Uuł. Widoczny wulkan Uran Dösz Uuł Poszedłem drogą Francuzów na Czerwoną Górę (trawa - bez ścieżki, ostro w górę, zero zagrożeń). Grzegorz szedł 20 metrów za mną, i w pewnym momencie samodzielnie skręcił na przełęcz (mniej ostro, ale też bez ścieżki). Nie powiedział mi, że nie może tak ostro pod górę, po prostu wybrał łatwiejszą dla siebie drogę. Ja zaś trawersowałem zbocze możliwie ostro pod górę (choć nie tak ostro jak Francuzi). Po wejściu na grzbiet podszedłem ze 100 metrów w górę rozglądając się za Grzegorzem. Z mojego punktu widzenia to już druga sytuacja, gdy podczas mojego prowadzenia Grzegorz podejmuje samodzielnie decyzję o wyborze innej (łatwiejszej dla siebie) drogi. Jeśli uważał, trasa jest zbyt trudna (skałki), zbyt ciężka (ostro pod górę), to - moim zdaniem - mógł mi powiedzieć: "wybierzmy inny wariant - wspólny lub rozdzielny. Taka jest moja ocena sytuacji.
Po ostrej wymianie zdań, ustalamy, że Grzegorz zostaje na miejscu (to jest pod szczytem Czerwonej Góry) a ja idę na Ich Uuł. Dolina Ongolog

Jest 11.10, czas na danie główne! Biorę tylko kurtkę, wodę i aparat. Początkowo trawersuję stromo pod górę północno-zachodnie zbocza Czerwonej Góry. Przeskakiwanie po potężnych blokach gołoborza jest męczące, zwłaszcza że brak tu ścieżek. Co dziesiąty kamień chwieje się, co zmusza mnie do wykazywania zdwojonej czujności. Idę szybkim krokiem, nie chcę, by Grzegorz zbyt długo czekał na mnie. W pół godziny później osiągam szeroką przełęcz pod Ich Uuł. Szukam ewentualnej ścieżki prowadzącej w dół Doliny Hirbisteg.
Od tej strony mój cel wygląda jak forteca otoczona potężnym murem złożonym z gigantycznych głazów - już nie wapiennych, lecz granitowych. Wspinając się na ten mur dostrzegam w zakamarkach resztki topniejącego śniegu. Dalej taras wyłożony jest płaskimi blokami, pomiędzy którymi lawiruje mały strumyczek. Znów potężny mur skalny. Pokonywanie tych przeszkód idzie mi łatwo, po chwili jestem na górnym, lekko pochylonym tarasie. Teraz to już łatwizna. Kierując się kierunkiem spadku terenu zmierzam ku szczytowi. Przeskakuję po głazach - są naprawdę gigantyczne, o długości dochodzącej do 6-8 metrów. Czasem trafiają się małe pieczary, nisze, w których można się schronić. Wreszcie dostrzegam maleńki punkt na horyzoncie tej kamiennej pustyni - trianguł wskazujący wierzchołek. Jeszcze 200 metrów, jeszcze 100 metrów. Teren staje się znów bardziej nierówny, mój cel jest już w zasięgu ręki, podciągam się i siadam przy drewnianym triangule (2961 m n.p.m.; godz.12.20). Próbuję sobie uzmysłowić, czy to nie aby nie jest najwyższa góra, na którą wlazłem. Była Etna (dotarłem do ok. 2900m), był Moldoveanu (2544m), był również Mitikas (2917m)... A zatem to moja najwyższa góra! :-D
Daleko na horyzoncie odległe pasma gór, cisza zaś tu i pustka. Na zachód od wulkanu błyszczą ośnieżone szczyty. Zostawiam pod kamieniem kartkę z nazwiskiem, trochę polskich pieniążków i wracam. Północne stoki Ongolog, w dali Chubsuguł
Dobrze, że zapamiętałem według słońca kierunek powrotu - na tym głazowisku trudno wyczuć gdzie iść. Kilka ptaków wielkości kaczek z żółtym dziobem ucieka przede mną na piechotę, w końcu zrywają się do lotu z krzykiem. Ależ sobie wybrały miejsce do gniazdowania!
Postanawiam wracać na skróty, poniżej gołoborzy schodzących do doliny Mongolyn Yast. Mijam strumyki ukryte wśród kamieni i urocze kępy żółtych, czerwonych i niebieskich kwiatków. Wracam do Grzegorza po 2 godzinach (13.20).

Uzgadniamy kwestię noclegu - schodzimy z gór. No, trudno. Trafiają się czasem zbyt wysokie góry. Na przełęczy Grzegorz nieoczekiwanie proponuje, że zatrzymamy się na miejscu biwaku Francuzów - ja będę miał okazję na samotny spacer po okolicznych górkach. Grzegorz schodzi w dół a ja, ukrywszy plecak wśród skał, idę granią w kierunku północnym. Chcę zdobyć odległy może o godzinę drogi bezimienny szczyt liczący około 2500 metrów wysokości. Trawersuję od zachodu niewielkie wzniesienie, ledwo widoczna ścieżka prowadzi do ciągu ostrych grzbietowych skałek. Na prawo - przepaścista dolina Ongolog ozdobiona w górnej części grzebieniem skał. Poniżej na południowym zboczu tkwi ów olbrzymi blok wspomniany w przewodniku. Osypujący się rumosz skalny o różnym zabarwieniu tworzy kolorowe wstęgi zbiegające się w jednym miejscu kotliny. Wspaniały widok. Szkoda, że żadne zdjęcie nie odda tego wrażenia stromizny i przestrzeni. Po wschodniej stronie grani, którą idę rozpościera się śliczna zielona dolina rzeki Mongolyn Yast. To do niej często schodzą karawany z turystami. Piargi w kotlinie Ongolog
Spoglądam na znajdujący się za mną Ich Uuł i z niepokojem patrzę na rosnącego gigantycznego cumulusa. Chmur nad górą gromadzi się coraz więcej i nie wiem, czy pchać się na szczyt, który dziś wybrałem na deser. Zaczyna się wyścig z czasem. Ścieżki już nie ma, całe zachodnie zbocze pokryte jest chrzęszczącym pod butami i łamiącym się jak szkło łupkiem. To jedyna droga na szczyt - od wschodu skały i przepaść. W dziesięć minut później jestem u celu. Wypijam wodę i przyglądam się chmurom. Są coraz bliżej. Kilka zdjęć i zjeżdżam po piargu. Przy ukrytym plecaku jestem po godzinie od momentu wyruszenia. Stąd jeszcze niespełna kwadrans przyspieszanego grzmotami marszu do czekającego w kotlinie Grzegorza.

Jestem na miejscu i padam jak nieżywy obok czerwonej flagi zrobionej z chusty Grześka. Rozbijać namiot pośrodku łąki? Hm... "Tu nas trafi piorun, mówię ci!" - mówię. "E tam, ja lubię burze" - tłumaczy Grzegorz tak jakby to "lubienie" było wzajemne... "W każdym razie wychodzimy robić siku razem" - żartuję - "nie mam zamiaru siedzieć tu sam w namiocie". Tymczasem... burza przechodzi bokiem, niebo pozostaje zachmurzone.
Pod wieczór wybieram się z krótką wizytą do pobliskiego obozowiska. Para Szwajcarów z Mongołem (i końmi) zwiedza region. Później jadą do Chin, Kirgistanu, Kathmandu, Indii... Takim to dobrze! W nocy nie mogę usnąć: przeżywam wydarzenia ostatniego dnia.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej