Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Lille-Paryż

środa, 12. VIII 1992


Do you speak English? | Paryż na horyzoncie | Sacre Coeur | Nocleg u paryżan


Paryż: Sacre Coeur

To pierwszy chłodny poranek. Składamy namiot i na planie miasta odszukujemy miejsce, w którym się znaleźliśmy. To straszne, ale wygląda na to, że będziemy musieli przemieścić się przez całe Lille ku wylotowi autostrady na Paryż. Oczywiście na piechotę - zaciskamy zęby i portmonetki i ruszamy przez budzące się do życia miasto. Z plątaniny autostrad wokół Lille wynika, że właściwie nie ma dobrego miejsca do stania. Po dwóch czy trzech godzinach wyczekiwania na ślimaku mamy dosyć. Kilkaset metrów dalej stoi para młodych ludzi. Podchodzę do nich - jako, że jestem we Francji - zapytuję uprzejmie: "Do you speak English?". "I think I do" odpowiada chłopak z uśmiechem. Są z Wlk. Brytanii. Narzekają, że w Calais stali wczoraj 7 godzin. Nie brzmi to zachęcająco. Kilka razy zmieniamy miejsce, ostatecznie zabiera nas chłopak 20-letni. Jedzie wprost do Paryża (!). Czyli udaje się - 220 km i jesteśmy na miejscu.

Paryż - klasycznie

Po drodze rozmawiamy po angielsku i francusku (Dorota może się wreszcie wykazać) o Lille, bezrobociu mieszkańców, zamykanych kopalniach. Coś nowego. Zwalniamy, zbliżając się do przegrody na autostradzie. Peage. Chłopak dostaje bilet nie płacąc za przejazd autostradą. Płaci się dopiero przy zjeździe. Mam wyrzuty sumienia, że się nie dokładamy - ale - są bogatsi od nas.
Już od pół godziny widać Paryż. Przejeżdżamy przez przedmieścia, zbliżając się do celu podróży chłopaka. Żegnamy się wymieniając adresy. Czynię to po raz kolejny licząc, że z takiego kontaktu kiedyś coś wyniknie. Centrum Pompidou

Lądujemy z betami przed stacją metra. Dorota idzie zadzwonić do esperantystów, ja siedzę na schodkach wąskiej uliczki Montmartru. Jest dobrze. Mimo, że Paryż nie był głównym celem mojej podróży (w przeciwieństwie do Doroty, dla której pobyt w tym mieście był szczytem marzeń), fakt, że znalazłem się tutaj robi wrażenie. Wraca Dorota po półgodzinnej nieobecności. Podobno z powodu kolejek do zwykłego aparatu telefonicznego na poczcie - pozostałe są obsługiwane przez karty magnetyczne. Najważniejsze, że mamy nocleg - na jedną noc. Ponieważ musimy się przerzucić do południowego Paryża, chcemy wykorzystać bliskość Montmartru. Chcąc nie chcąc zarzucamy plecaki i wspinamy się po schodach do Bazyliki Sacre Coeur. Jej niezwykły styl quasi-bizantyjski wprowadza mnie w błąd - kościół jest z początku XX wieku. Tak czy owak wywiera wrażenie swym ogromem i bielą.
Kościół Inwalidów

Kupujemy karnet na metro i jedziemy na Avenue de Choisy w okolicach Pl. Italia. Winda zawozi nas wprost do mieszkania Francuzów. 30-latek pokazuje nam pokój, w którym będziemy nocować. Moje wyrzuty sumienia spowodowane kolejną inwazją na Zachodnioeuropejczyków trochę przygasają po dość bezobcesowym potraktowaniu nas: gospodarze podali nam codo (numer do domofonu), dali klucze i poszli sobie. My zaś wyszliśmy na spacero-zakupy. Rzuciliśmy się na tanie wietnamskie sklepy, w których długo przebieraliśmy wśród nieznanych owoców. Niezbyt dobrze czułem się wieczorem u tych Francuzów: Dorota konwersowała z panami po francusku.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej