Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Cecerleg-Karakorum

wtorek, 20. VII 2004


Dzień Żałoby |Zwiedzamy Erdeni Zuu |Kupuję pamiątki |Ile osób wchodzi do UAZ-a?


Erdeni Dzu

Są ludzie, którzy potrafią rano się spakować, umyć i zjeść śniadanie w ciągu godziny. Są tacy, którym dwóch godzin nie starcza. Ależ ja mam pecha. Grzegorz mówi, że nie można się spieszyć, że musi mieć czas na kontemplowanie miejsca, smakowanie, przeżywanie... Zapewniam wszystkich, że niczego ciekawego nie przeżyłem siedząc rano do 10.00 na zaśmieconej łące i patrząc na pakującego się towarzysza podróży!
Dziś Dzień Żałoby po Skarpetach. Podstępny potomek Dżyngis Chana porwał nad ranem moje suszące się 20-letnie wełniane skarpetki i dziurawe majtki. Biada mi! Później każdego podchodzącego Mongoła zapytuję (po polsku) o swoje rzeczy. Udają, że nie wiedzą, o co chodzi!
Idziemy na internet (460T/h, najtańsza oferta w Mongolii), wysyłam e-maila i sms-y. Wciąż brak wiadomości z domu. Później drobne zakupy i stajemy na drodze wylotowej w kierunku Charchordin. Buhuun Zuu
Po półgodzinnym machaniu zatrzymuje się gazik z przyczepką załadowaną setkami baranich skór. Pytam kierowcę, czy nas podwiezie do Karakorum i... mina mi rzednie: w samochodzie jest już siedem osób. Ale czy to może być przeszkoda? Pakujemy plecaki i wsiadamy! Czas upływa na wesołych pogaduszkach. Kierowca zatrzymuje się przy przydrożnych jurtach i skupuje skóry. Słoneczko świeci, mijają godziny na szlaku. Jest dobrze.

Około 17.00 zjeżdżamy z głównej drogi do Charchorin i podjeżdżamy do miejsca zwanego kiedyś Karakorum. Po stolicy państwa Dżyngis Chana zburzonej przez wojska Monchusa w 1388 roku pozostały dziś tylko dwa kamienne żółwie*, turyści jednak koncentrują się na budowanym od 1586 roku klasztorze.
Klasztor a raczej zespół klasztorny otoczony jest wysokim białym murem z kilkudziesięcioma stupami. W popołudniowym słońcu ich złote zwieńczenia pięknie lśnią na tle niebieskiego nieba. Wchodzimy przez okazałą bramę. Po terenie klasztoru można poruszać się bezpłatnie, dopiero wstęp do ogrodzonej Zuu Temples kosztuje 2500T. Zaliczamy na początku sklep muzealny (tu zostawiamy bety) i mijając zamkniętą świątynię Dalajlamy dochodzimy do przedsionka w Zuu. Płacę jak za bilet studencki, biletu nie biorę.
W głównym środkowym budynku aż tłoczno od... buddów. W centrum olbrzymi "złoty" posąg Buddy Avid, po prawej zasiada Budda Siakjamuni jeszcze dalej, w kącie Budda Uzdrawiający (Manel). Po prawej stronie sali posąg Bolden Lamy na osiołku. Po lewej stronie posąg GomboguraDrhma Protech depczącą Bogdhisattva (Glorious female) oraz przerażające postacie w maskach ozdobionych wianuszkami trupich czaszek. Wokół pomieszczenia prowadzi wąski korytarzyk oddzielający wnętrze od zewnętrznych grubych murów. Obchodzi się go - podobnie jak jurtę - zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Przed wejściem w korytarz należy kilkakroć stuknąć żelazem w gong. Altan stupa
Lewy budynek to Buhuun Zuu z pięknymi kasetonami na suficie. Wewnątrz trzy duże posągi po lewej Budda Kasyapa, który ma pieczę nad tym, co przeszłe, po środku Budda Siakjamuni (ur. w 624 roku p.n.e.), po prawej opiekujący się przyszłością Budda Maitreja. W prawym (wschodnim) budynku zbudowanym dla chana Gombidorja i jego żony Khandojemts znów trzech bodhisattwów (od lewej): Je Zonkhapa, Siakjamuni i Janraising (Avalokiteśvara). Mniejsze boczne budynki to Avush Temple ku czci Buddy Amitays (na prawo) z przeznaczeniem na recytację sutr oraz Tsambo Temple (na lewo) z zawieszonymi na ścianie "tekstylnymi" obrazami przedstawiającymi różne emanacje Buddy. Pomiędzy świątyniami leży kupa gruzu, wśród nich zielenią się kawałki ceramiki z dachu. Nie mogę się powstrzymać - i zabieram na pamiątkę niewielki odłamek.
Opuszczam Zuu Temples, mijam kilkupiętrową białą Altan Stupę - niestety zamkniętą, mijam niewielki budynek Znamraiseg i wchodzę na dziedziniec Temple of Lavran. Ta świątynia jest zbudowana w stylu tybetańskim, murowana i otynkowana na biało. Z niewielkiego dziedzińca można się dostać do kilku budynków. Z jednego z nich dobiega mnisi śpiew, skuszony wchodzę, wewnątrz stoisko z dewocjonaliami, mnisi urzędują na pięterku, odpuszczam sobie. W głównym budynku więcej bordowo-pomarańczowej młodzieży, lecz jakoś nie mam sumienia ich obfotografowywać. Temple of Lavran

W poszukiwaniu kamiennych żółwi - skromnych pozostałości po świetnej kiedyś stolicy Dżyngis Chana wychodzę przez tylną bramę. Stąd już tylko 300 metrów do żółwi. Są dwa - kamienne, może dwumetrowej długości. Gdzieś wyczytałem w sieci, że ostały się cztery żółwie - lecz nie znam lokalizacji a te dwa w zupełności mi wystarczają! Obok żółwi - oczywiście stragany z pamiątkami. Turyści z bogatszych krajów podwyższają poziom cen, mój skromny wygląd i perfekcyjny rosyjski ;-) ostrzegają straganiarki, że dużo na mnie nie zarobią. O ile nie stracą, bo zamierzam długo się targować! Upatruję sobie miniaturowego żółwia, mandalę na "srebrnym" łańcuszki i "zabytkową" monetę chińską z kwadratową dziurką pośrodku. Schodzę do 25% ceny wyjściowej. Z rozbawieniem patrzę na Amerykanina płacącego bez zmrużenia oka 40 dolarów za ołtarzyk buddyjski. "I could buy this for you for a half of the price" - mówię mu z satysfakcją. Wątpię jednak, by się przejął moją uwagą. Wracam do świątyń i odszukuję Grześka.
Wnętrze świątyni

Moje zakupy
Wbrew temu, co można wyczytać w przewodnikach, w Mongolii da się targować i znacznie obniżać cenę wyjściową. Normą jest 20 procentowy discount (na przykład w sklepie przymuzealnym). Przy zakupie niektórych pamiątek kupowałem je za 1/3 pierwszej ceny. Podobnie na targu owocowym. Moje zasady są proste:
-mówię po rosyjsku, nie po angielsku
-skromnie ;-) wyglądam
-przypatruję się, ile płacą miejscowi (można też zapytać klienta, ale nie przy stoisku!)
-jeśli jestem z grupą czekam, aż pozostali skończą zakupy
-przychodzę na targ wieczorem, pod koniec handlowania
-nie wykazuję zbytniego zainteresowania przedmiotami, które chcę kupić
-wypytuję o różne ceny, później łapię się za głowę, kręcę nią, krzywię się itd. lub... milczę
-odchodzę od stoiska, idę do innych sprzedawców itd. czasem przed odejściem podaję swoją cenę
-czekam aż przy sprzedawcy nie będzie innego turysty
-przygotowuję kwotę, na którą się zdecydowałem, biorę wybrany towar a najlepiej klika rzeczy! i pokazuję ile jestem skłonny zapłacić (widok pieniędzy jest ważny!)
-jeśli sprzedawca nie akceptuje ceny "zbieram" się do odejścia, idę i czekam na "wait, wait" :-)

Żegnamy Karakorum i ustawiamy się na stopie za stacją benzynową. Wiatr sypie piaskiem w oczy, przez drogę przetaczają się - niczym na amerykańskim filmie o Nevadzie - kolczaste rośliny stepowe. W pół godziny później siedzimy w furgonie. Jedzie nas...19 osób! Siedzimy w trzech rzędach i na podłodze. O tym jak wielkie ilości bagażu przewozimy pod siedzeniami i na dachu - nawet nie wspomnę! Ta podróż to prawdziwa mordęga. I niech nikt mi nie mówi, że te trzysta kilometrów do stolicy pokonuje się w siedem godzin, bo tak napisali w przewodniku! Jechaliśmy dwanaście godzin! Po piętnastu minutach jazdy rozlega się zgrzyt, ostro hamujemy. Wał napędowy zepsuty. Pewnie psuł się od dawna, bo kierowca i jego mechanicy nie są zdziwieni i raźno przystępują do naprawy. Żeby jeszcze tylko później bus chciał odpalić! Nie chce? Kto ma pustą butelkę po "Dżurdżu"? Chłopak wpycha jej szyjkę do rury wydechowej, kierowca zapuszcza motor. Jedziemy.
Długie godziny wypełniają nam rozmowy i wygłupy. Mężczyźni grają w karty, tylko dlaczego to robią na moich kolanach? Obok Grześka usadowiła się dziewczyna i drzemie na jego ramieniu. Gorzej, że Mongoł kucnął przed nim i usnął z głową między jego nogami.
Stacja benzynowa. O tyle nietypowa, że brakuje benzyny. Na resztkach paliwa jedziemy do kolejnej miejscowości. Niestety "benzin niet", ma być podobno o 23.00. Bus odjeżdża, może coś wykombinują, my zostajemy w osadzie wziętej żywcem z "Dzikiego Zachodu". Prądu tu nie ma, zresztą po co, skoro we wszystkich barach są świece? W półmroku jemy spóźniony obiad. Zaprzyjaźniamy się z nastoletnią mieszkanką osady. Jej marzeniem jest nauczyć się hiszpańskiego i wyjechać stąd daleko, daleko...
Sławny żółw Dżyngis Chana Po dwóch godzinach przyjeżdża bus, ruszamy. Kilka kolejnych napraw nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Myślę tylko o swoich obolałych kolanach, które unieruchomione w niewygodnej pozycji dotkliwie dają znać o sobie. Ileż to jeszcze? Raz po raz ktoś nas wyprzedza. Że też musieliśmy trafić na taką "okazję"! Mam wrażenie, że zjechaliśmy z głównego traktu i poruszamy się bocznymi drogami. O świcie wjeżdżamy do Ułan Bator. Rzecz jasna omijając wszelkie możliwe rogatki. Na polecenie kierowcy zasłaniamy okna - czuj duch! - milicja by nas nie przepuściła. Docieramy do naszego LG, prysznic i do łóżka!

*) Podobno są cztery żółwie, ja widziałem tylko dwa.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej