Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Ułan Bator-Erdenet

czwartek, 8. VII 2004


Mamy transport do Moron! |Miłe złego początki... |"Oho, Piotr ma romans!" |Mongolska ziemia |Przychodzi knajpa do autobusu |Off the beaten tracks


Chłopcy z placu autobusowego

Wychodzę z hotelu koło 9.00, na "placu autobusowym" natrafiam na kilkanaście dżipów i busów.* Stoi też przedpotopowy autobus - jedzie nad Chubsuguł. Cena 25.000T, nie podlega negocjacji. To więcej niż za busa do Moron, o którym słyszeliśmy wczoraj (18.000T), ale po pierwsze - jedzie już dziś, po drugie - dojedziemy aż do Chatgał (w rzeczywistości kierowca wprowadził nas w błąd - jechał tylko do Moron, ale okazało się to dopiero pod koniec trasy). Budzę Grzegorza i przedstawiam sytuację. O dziwo - akceptuje ją. Błyskawicznie się pakujemy, zostawiam Bimbie pożegnalną karteczkę i 10$, i lecimy zająć ostatnie dwa miejsca.

Autobus pozornie wygląda na przestronny - wnet na zajętych wcześniej miejscach pojawią się ludzie, dołożą swe worki i kartony; pakunki i torby wypełnią całe przejście półmetrową warstwą. Grzegorz usadowił się na tylniej kanapie, ja mam miejsce na kole obok Mongoła. Bagaże w przejściu pozwalają mi na wyprostowanie tylko jednej nogi. Czuję, że będzie to ciężka podróż...
Piewszy 'naturalny' przystanek Tak jest w istocie. Ledwo wyjeżdżamy z Ułan Bator - pęka obręcz koła i eksploduje opona. Na szczęście wyhamowujemy. To pierwsza z serii zmiana koła. Przy drugiej - w godzinę później, uważnie się przyglądam oponom. Tak, mogłyby służyć za wzorzec łysiny w Sevres pod Paryżem. "Eto kitajskaja pokryszka, płochaja - tłumaczy kierowca. No tak, to tłumaczy oponę :-))

Asfaltowa droga ciągnie się aż do Erdenet. Mijamy dużo ziłów - sapiących pod górkę i stojących na poboczu z otwartą maską. Tych ostatnich jest zresztą więcej. Strach pomyśleć, co by było, gdyby w Mongolii ożyły wszystkie niesprawne samochody! Korki jak nic... Zdarza się, że do zepsutego samochodu podjeżdża taksówka z potrzebną częścią. Cóż za wygoda!
Za oknem łagodne linie wzgórz, bezleśny krajobraz. Mongolia. Czasem jakiś jeździec usiłuje ścigać się z nami, mijamy jurty i stada bydła. Mijają godziny.

Wewnątrz ścisk okropny. Sąsiad mój, 30-letni Mongoł, pcha się na mnie cały czas. Popada co chwilę w drzemkę opierając głowę na moim ramieniu. Nawet najsilniejsze kuksańce nie wpływają na niego. Najgorsze, że zaczyna mi wciskać nogę między moje. "Oho, Piotr ma romans, zaraz wyślę e-maila do Krakowa" - mówi z tyłu Grzegorz. He he, na razie mu dobrze, ale za chwilę dosiądzie się do niego chłopak i będą razem leżeć :-p Podczas przymusowych postojów depczemy, pomimo protestów właścicieli, po tych wszystkich pakunkach. Ja tylko proszę, by nie wdepnęli w moje butle z propan-butanem. Zwraca moją uwagę grubawy gość przedstawiający się jako pracownik ministierstwa choziajstwa. Ma czarną teczkę i siedzi obok kierowcy. Mały Dżingi łazi po paczkach i uśmiecha się do nas. Gdy podrośnie, obetną mu włosy i będzie nosić dumne imię Dżyngisa. Mongolska harmonia

O! Wreszcie coś nowego. W polu rośnie zboże! Takie zwyczajne - choć niskie i liche. Ale w kraju zamieszkałym przez nomadów to rzecz niezwykła. Bo ziemia - to rzecz święta: nie można jej kaleczyć! Orać pole?! To zły pomysł. Przecież już nasi dziadowie i pradziadowie uważali, by nie drasnąć ziemi czubkiem buta. To oni wymyślili gutule - te zabawne buty z noskami podwiniętymi ku górze! Lata przymusowej kolektywizacji nie zmieniły mentalności Mongołów, nie rozwinęła się prawie uprawa zbóż. Oczywiście to nie tylko kwestia tradycji - po prostu brak tu warunków dla rozwoju rolnictwa. W tej okolicy zastosowano prymitywny płodozmian: co drugi kawałek pola jest obsiany, pozostałe tylko zaorane. Za to hodowla jest rozwinięta niezwykle: na każdego Mongoła przypada 10 zwierząt! I widać to jak na dłoni: mijamy małe stada, duże stada i gigantyczne stada; tysiące owiec, kóz i krów skubie trawę, spod kół autobusu uskakują kozy białe, kozy czarne, kozy łaciate. Najładniejsze są jednak barany z długimi skręconymi rogami. Mały Dżingi

Około północy zajeżdżamy do Erdenetu. Miasto sprawia niemiłe wrażenie: ponure blokowiska, centrum ozdobione neonami oświetlającymi sterty śmieci. Pod dyskoteką gromadki naćpanych i pijanych wyrostków. "Zdies mnogo narkomanow. U połowiny liudiej niet roboty" - tłumaczy "minister", zaś kierowca dodaje na postoju: "Nie otchoditie, eto opasno!". Nie zamierzam. Do autobusu przychodzi restauracja. Menu skromne, ale danie przygotowane przez kobiecinę cieszy się powodzeniem. Sute-caj i pierogi pocara. Kupujemy 10 sztuk (1000T), ledwo przełykam tłuste kawałki baraniny. Oddaję swoją część Grzegorzowi. On wszystko zje! Naczynia i sztućce - do zwrotu.

Za Erdenetem kończy się asfalt, zaczyna normalna Mongolia: bezdroża i wertepy. Słyszę jęki dobiegające z tyłu, gdy Grzegorz i reszta wylatują z podświetlną prędkością do góry. Wjeżdżamy coraz wyżej i wyżej. Trudno mi powiedzieć, czy jedziemy drogą czy obok niej. Mijają nas inne samochody. Jak oni w tym pustkowiu znajdują drogę bez GPS-u? Światła reflektorów poruszają się niczym robaczki świętojańskie. Przypominają mi się dżipy pędzące po Wadi Rum. Zatrzymujemy się. Nocna przerwa dla kierowcy. Udaję, że śpię odpychając łokciami nachalnego sąsiada.

*dżip to najczęściej 4-miejscowy UAZ469, "bus" to 10-miejscowy UAZ486.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej