Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Tereldż-Orog Yamaat Uuł (2197m)-Ułan Bator

sobota, 24. VII 2004


W drodze na szczyt |Dlaczego mnisi kochają góry? |Turtle Rock |"Ta jaskinia jest krzywa!"


PN Tereldż

W nocy było 13oC ale w swoim nowym śpiworze nie narzekałem. Dziś w planach miałem wspięcie się na główny grzbiet gór Baga-Chentej i zdobycie najwyższego szczytu (2197 m n.p.m.). Pierwotnie zamierzałem podjąć wędrówkę poczynając od Shiljireengiyn Davaa - przełęczy na zachód od Tereldż, ale gęsty las na zboczach zniechęcił mnie: nie chciałem tracić czasu na szukanie ścieżek. Poszedłem więc drogą wprost na południe - wzdłuż bezimiennej doliny schodzącej od wczorajszej przełęczy 1679m. Liczyłem na to, że znajdę wygodniejsze wejście na Orog Yamaat Uuł.
Krajobraz początkowo był prawie beskidzki z charakterystycznymi stokami zalesionymi tylko od północy. Jakieś domki, zagrody... polskie ukwiecone łąki... Tylko skąd tu, kurczę, wielbłąd! Chodził sobie samopas po wiosce.... Przy mostku skręciłem na zachód, w stronę głównego grzbietu. Minąłem pierwsze malownicze skałki i na nich wyładowałem chęć robienia zdjęć. Później podobnych skałek spotkałem więcej, ale co mi tam! Mam jeszcze trzy filmy! Niesamowicie stromym zboczem podszedłem ku lasowi - różnica wysokości między drogą w dolinie a szczytem to około 600 metrów. Później odszukałem ledwie widoczną ścieżkę idącą wzdłuż ramienia. Po kolejnej godzinie byłem na szczycie (12.00). Tu jednak ścieżki się plączą i ostatecznie znikają. Wróciłem więc nieco niżej i skierowałem się na południe. Widać było, że mało turystów tędy chodzi (zero śmieci), mało koni przebywa tę trasę (nieliczne stare kupy). Obawiałem się nieco spotkania z niedźwiedziem - nie chciałbym powtórzyć rumuńskiej przygody. Świątynia w górach

Las zrzedniał, wyszedłem na słoneczną łąkę i ujrzałem przed sobą rozległą panoramę doliny Melhiy Had zaśmieconą, co prawda, ger-campami, ale i ozdobioną skałkami. Ujrzałem również samotną skałę zamykającą kotlinę. Czy był to o sławny żółw? (Turtle Rock) Raczej pies!. Zagotowałem sobie chińską zupkę, zrobiłem kanapki i posiedziałem z pół godziny w tym pięknym otoczeniu (13.00). Jasne było dla mnie, że muszę teraz zejść na dno tej kotliny, jednak skały bezpośrednio przede mną były zbyt strome. Przechodząc przez ciąg pachnących polanek obniżyłem się na przełęcz pod Dunhen Uuł (2120 m n.p.m.) a następnie przez mało przyjemną gęstwinę, po kamolach, prawie bez ścieżki zacząłem złazić w dół. I wtedy dostrzegłem pod ogromną skalną ścianą przytulony do zbocza klasztor.

Ciekawe, że bez względu na krąg kulturowy mnisi wybierają sobie takie atrakcyjne miejsca dla siebie: Montserrat, Meteory, Maaloula, czy choćby Monte Cassino. Pewnie dlatego, że im wyżej świątynia tym bliżej do boga. Hm... czy będzie mi dane zobaczyć klasztory w Nepalu...?
Świątynia w górach Wspiąłem się i ja ku górze kamiennymi schodami. Świątynia, jak wiem z relacji jest odbudowywana - rzeczywiście kręciło się tu kilku robotników wykańczających wnętrza i elewacje. Chłopak zaprosił mnie do środka: duża surowa przestrzeń pachnąca farbami i świeżym drewnem; trochę buddyjskich akcesoriów: obrazy i wstążki. Kierownik prac remontowych stwierdził, że za miesiąc wszystko będzie gotowe. "Powiedzmy, w przyszłym roku" - pomyślałem sobie znając mongolskie realia ;-) "Czy byłem w drugiej świątyni? Nie?" - poszliśmy więc przez wiszący mostek do drugiego budynku. Widać było, że to pomieszczenie jest używane na co dzień, obraz Buddy na ołtarzu, wokół świece, makatki na ścianach, dywany i wstążki; kolorowo tu! Mongoł zaprosił mnie do sąsiedniego pomieszczenia, jak się okazało prywatnej części mieszkalnej. Dostałem jak zwykle herbatę i poczęstunek, pogadaliśmy z pół godziny. Sympatyczny facet i mile spędzony czas. W ramach dialogu międzykulturowego opowiedziałem mu legendę o Smoku Wawelskim i wręczyłem cepeliowski długopis ze smokiem w krakowskiej czapeczce. Bajerla! Mongoł poczuł się na tyle zobowiązany, że dał mi pudełko japońskich czekoladek. Bajerla! Żółw

Czas w drogę, poszedłem dróżką do Turtle Rock. Od wschodniej strony samotna skała prezentowała się sto razy lepiej niż widziana z gór i rzeczywiście przypominała żółwia. Muszę przyznać, że cala ta kotlina, mimo dziesiątków jurt i brzydkich domków kempingowych była po prostu śliczna! A to za sprawą brązowych skał tworzących potężny mur od zachodu - żółw zaś stał niczym odźwierny w bramie kotliny. Ciekawe, czy jest z nim związana jakaś lokalna legenda?
Zszedłem do głównej drogi, tej, którą wczoraj przyjechałem autobusem, w rzeczce umyłem się i ochłodziłem. Nie miałem już sił wdrapywać się na główny grzbiet - postanowiłem pójść doliną, zwłaszcza że miałem do zaliczenia jeszcze jedną miejscową "atrakcję" - szczelinową jaskinię zlokalizowaną w samotnej skale tuż przy szosie. Jakże tu pięknie! Tak, dolina rzeki Ovor Gorhu w pełni zasługuje na ochronę w postaci Parku Narodowego: zielone łąki okolone modrzewiowymi lasami z rozproszonymi wśród nich wielkimi blokami zlepieńców. A przy co ładniejszych skałkach - ger-campy. Widać, że to zaplecze turystyczne dla ułanbatorowiczów, ale co dziwne - miałem wrażenie, że wszyscy oni siedzą w jurtach lub kręcą się w pobliżu na koniach. Nie spotkałem tu w górach żadnego plecakowicza! Może mają dość swojej nomadycznej "turystyki" na co dzień? Hm, poczułem się przez moment zmęczony tą wycieczką. Gdybym jeszcze nie był zmuszony do samotnego łażenia po górach... Cóż, może za rok pojadę z kimś, kto rzeczywiście lubi górską turystykę? I kto lubi "intensywnie" spędzać czas? Kwiatuszki

Stopem podjechałem 3 kilometry do jaskini. Jest niewielka, z wejściem na wysokości około 7 metrów, łatwo dostępna. Dla mnie to jaskinia tektoniczna, dla Grzegorza erozyjna, w każdym razie jest ona zupełnie nieprzygotowana do ruchu turystycznego ;-) Krzywa jest! Moja przyjemność speleologiczna skończyła się po15 metrach. Ale i tak byłem zadowolony. Koniec zwiedzania Tereldż! Zabrałem się następnym stopem. Przy okazji: zatrzymując samochody w Mongolii nie należy machać ręką; wystarczy unieść ją pod kątem 30o... Kierowca był rosyjskojęzyczny, podjechaliśmy najpierw do Nalayh - tam mieszkał - po dokumenty samochodu. Powrót do Ułan Bator przyjąłem z ulgą.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej