Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]
"Cieszę się, że tu jestem" | Gdzie jechać? | Wywiad | Spacerkiem po Brześciu
– No, co chciałeś mi powiedzieć? – Grzegorz popatrzył na mnie uważnie.
– ...
– Patrzyłeś na mnie tak, jakbyś chciał mi coś powiedzieć...
– Hm... No... Cieszę się, że tu jestem – uśmiechnąłem się.
Tak! Patrząc na rozłożonych ludzi w płackartnym wagonie pociągu ruszającego z Brześcia po raz pierwszy od wyjścia z domu poczułem autentyczną radość. Jedziemy do Mongolii, mamy wizy i bilety do Ułan Ude!
Krótki deszcz w Brześciu nie zdołał zmyć powłoki krakowskiego stresu – zbyt mała widać odległość dzieli mnie od przykrych spraw domowych i związanych z pracą. Może, gdy wsiądziemy do pociągu transsyberyjskiego, zapomnę o nich, może stanie się tak dopiero "w stepie szerokim"...? Te krakowskie wydarzenia, tak nasilające się ostatnio, sprawiły, że z dość małym zaangażowaniem emocjonalnym przygotowywałem się do tych wakacji.
Do wyboru miałem wymarzoną od dawna Syberię, Mongolię i niezrealizowane w zeszłym roku Bałkany. Niestety, sytuacja wokół Iraku i Afganistanu pogorszyła się od zeszłego roku i plany wyjazdu do Iranu czy Pakistanu kolejny raz musiały ulec przesunięciu. Ostatecznie pozostała Mongolia. Grzegorz, którego poznałem w sieci, był w zeszłym roku nad Bajkałem, tym razem postanowił pojechać "ciut" dalej – a ja wraz z nim :-).
Głównym problemem logistycznym były wizy: mongolska i rosyjska tranzytowa oraz zakup biletów na pociąg (i tym razem nie zdecydowałem się na samolot). Załatwianie formalności wizowych poszło nadspodziewanie łatwo. Kaśka z Warszawy zebrała kilka paszportów od chętnych na wyjazd do Mongolii (grupa warszawsko-bydgosko-sosnowiecka i my) i uzyskała zniżkę dla grupy (koszt wizy 30 + 7 $). W krakowskim konsulacie Federacji Rosyjskiej na podstawie wizy mongolskiej dostaliśmy bez problemów (tj. bez biletów do kraju docelowego) dwukrotną wizę tranzytową – niestety na ściśle określony 7-dniowy okres na przejazd "tam" i "z powrotem". Pozostawała tylko jedna niewiadoma, czy uda się nam kupić bilety płackartnyje na transsib w Brześciu, czy też dopiero w Moskwie?
Wywiad z Zenonem K.
– Jest pan kierowcą zawodowym, większość życia spędza pan za kółkiem. Jak się pan czuje, jeżdżąc wciąż po tych samych trasach?
– To prawda, region, który obsługuję nie zmienia się. Ale muszę powiedzieć, że szefostwo firmy daje mi wolną rękę w wyborze drogi. Jeżdżę więc właściwie tak, jak chcę i którędy chcę.
– Ale obowiązują pana przecież jakieś ograniczenia?
– No... muszę cały region objechać... w dzień większy jest ruch, lubię nocną jazdę.
– Jakie momenty lubi pan najbardziej?
– Cóż, w każdym z nas tkwi żyłka kierowcy rajdowego (pan Zenon się śmieje). Lubię się rozpędzać na prostych odcinkach, włączam światła awaryjne i gnam przed siebie...
– Z tego co słyszałem największy pana problem to nogi...
– Tak, nogi są zmorą! Ludzie są zupełnie bez wyobraźni. Potrafią na przykład wyciągnąć nogi bez ostrzeżenia, w najmniej odpowiednim momencie. Taki gość, panie redaktorze, to nawet może wyciągnąć nogi i usnąć. Muszę wtedy się zatrzymać i trąbić. A jak potem taki psioczy i przeklina.....!
– Najgorsi to chyba turyści z karimatami...?
– A żeby pan wiedział! Rozłoży się taki i ma wszystko w nosie! A przecież ja muszę wszędzie swoim wozem dojechać! Zupełnie nie myślą. A poszedłby taki do Mariotta spać, psiakrew!
– Panie Zenonie, niech się pan przyzna: ma pan ochotę takiego przejechać?
– He, he, pewnie! Jak przygazuję, jak się rozpędzę, to zmykają, aż się kurzy! Boją się o te swoje karimaty!
– Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w pracy.
Z kierowcą elektrycznego wózka zmywającego podłogę w hali głównej Dworca Centralnego w Warszawie rozmawiał:
Kornel
Brześć. Mamy kilka godzin czasu, bety trafiają do przechowalni bagażu (2.800 BYR), my idziemy się przejść.
Znajome ulice. Urozmaiceniem spaceru są mniej lub bardziej intensywne opady deszczu – jest więc okazja do przetestowania nowej kurtki Alviki. W poszukiwaniu internetu docieramy do budynku poczty. Teraz czas na obiad przy głównej promenadzie ("Krez"). Wcinamy trochę twardy stek i oglądamy miejscowe piękności.
Dziwne. Za każdym razem, gdy wychodzimy na zewnątrz, zaczyna bardziej padać. Grzegorz mruczy, że to przez niego, że gdziekolwiek jedzie, to pada. Nie wierzę... W rzedniejącym deszczu wracamy do poczekalni. Tu spotykamy kolejny raz grupę SKKB (Warszawa) wybierających się na Kamczatkę. Samolot Moskwa-Pietropawłowsk Kamczacki kosztuje ponoć 1600 zł. Jutro już będą na miejscu. Takim to dobrze!
W poczekalni przysiada się do nas sympatyczny staruszek.
– Wszyscy pouciekali do miast, wszyscy – mówi przedwojenną polszczyzną – Ja mam rentę. Byłem w Warszawie; Warszawa bardzo zniszczona, bardzo.
– Może wybierze się pan na grób ojców do Polski? – pyta Grzegorz.
– O, w Polsce pociągi drogie, tu mam za darmo, a tam drogo! – dziadek się zamyśla – Wszyscy pouciekali do miasta, wszyscy, panie. A tam taki hałas, wolę swoją wieś...
Grzegorz daje mi swą lustrzankę, robię im zdjęcie.
Pociąg mamy o 18.50, w Moskwie będziemy o 10.37. Jest dobrze.