Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Ułan Bator

czwartek, 22. VII 2004


Co by tu robić? |Geser: jestem pod wrażeniem |W klasztorze Czojdżin Lamy|W świecie masek i buddów |Sajn, czuję się lepiej |Co za niespodzianka!


Geser

Grzegorz zdecydował się jednak pojechać dziś do Parku Narodowego Tereldż na mini objazdówkę. Dwadzieścia dolarów to dla mnie stanowczo zbyt dużo. Są przecież inne sposoby na dotarcie "tam". Zostaję.
Co by tu robić w tym pięknym mieście? Oczywiście zwiedzać świątynie lamajskie! Najpierw idę do księgarni, kupuję mapę PN Tereldż (3500T), stąd już tylko parę kroków do świątyni Geser. Wchodzę do niepozornej bramy, szybkim krokiem mijam kasę (niepotrzebnie, ona tylko dla wiernych) i wchodzę na niewielki dziedziniec. Tu stoisko z dewocjonaliami, bębny modlitewne, piecyk żelazny do podgrzewania wody. W głębi pod sterczącymi ku górze dachami - świątynia. Przekraczam próg i... staję w miejscu! Wewnątrz aż gęsto od ludzi. Gwar, dźwięki dzwonków, bębenków, śpiewy... no i ten zapach kadzideł: aż się kręci w nosie! Opieram się o ścianę i próbuję ogarnąć całość.

Uświadamiam sobie przede wszystkim, że to nie miejsce do mnisiej nauki. To miejsce spotkań mnichów z wiernymi. Tu się załatwia swoje sprawy. Widzę zatem kolorowych mnichów siedzących "po turecku" na czerwonych ławach ustawionych w kilku rzędach, przed nimi niskie stoły, po przeciwnej stronie ławki, do których przysiadają się "cywile" - wierni, Dzwonek lamajski i ochir przychodzący tu z prośbą o modlitwę. Rzucam okiem na prawo i lewo, usiłuję zrozumieć sens tego wszystkiego. Wciąż wchodzą tu nowe osoby, przynoszą jakieś karteczki, mnisi monotonnym głosem czytają modlitwy z podłużnych kartek, zapalają kadzidełka. Chaos.

Podczas tego 1.5-godzinnego przyglądania się lamaizmowi z bliska, z wolna odkrywam w tym wszystkim sens i porządek... Wierni przynoszą kwitki z kasy - widać zapłacili pewną kwotę za usługę u mnicha. Na odwrocie mają jeszcze coś napisane - lecz nie wiem co. Czekają aż mnich będzie wolny: coś jakby odpowiednik spowiedzi u "swojego księdza". Mnich - a są to młodzieńcy 20-kilkutetni (albo wręcz 17-letni) - bierze ów kwitek (jeszcze podczas "obsługi" poprzedniej osoby) i skinieniem głowy akceptuje go lub wskazuje ręką innego mnicha. Czyżby specjalizacja?
Oczekującymi na rozmowę z mnichem i wstawiennictwo u bogów są głównie kobiety i dziewczęta. Kobiety dojrzałe, ale także staruszki ledwo chodzące. Te ostatnie zwracają największą moją uwagę: są elegancko ubrane w tradycyjne suknie - wzorzyste, świecące złotym lub srebrnym haftem, patrzę na ich pomarszczone dłonie i twarze. Widać jak bardzo przeżywają tu wizytę. Do świątyni przychodzą również młode małżeństwa lub po prostu pary, wyjątkowo spotyka się mężczyzn w średnim wieku. Płaskorzezby przed klasztorem Czojdżin Lamy
Mongołowie siadają dwójkami i trójkami (może to siostry, córki z matkami, ciotki) przed mnichem, ten zaś przerywa na chwilę mantrowanie, pyta o spisane na kartce prośby o różne modlitwy, zapala kadzidełko nasypane do niewielkiej czarki i zaczyna wertować "książkę" z sutrami w poszukiwaniu właściwej modlitwy. Modlitwy zapisane są przy pomocy starego alfabetu i z pewnością ich tekst nie jest dostępny dla przeciętnego zjadacza baraniny w Mongolii. Same zaś księgi to luźny zbiór nieproporcjonalnie wydłużonych dwustronnie zapisanych kartek. Są pożółkłe ze starości, poplamione, z postrzępionymi brzegami od ustawicznego wertowania. Modlitwy trwają 15-30 minut, od czasu do czasu mnich ujmuje dzwonek i rytmicznie potrząsa kilka razy. Ostatni akord jest przyspieszony i gwałtownie wyciszony. Może to przerywniki między kolejnymi prośbami wiernych?
Klasztor Czojdżin Lamy Mongołki z dużą uwagą i skupieniem na twarzy słuchają tego wszystkiego. Niektóre szybko przekładają między palcami koraliki różańca. Mnisi natomiast zachowują się bardziej swobodnie: a to poproszą kolegę o jakieś akcesoria, a to ziewną szeroko, a to pospacerują się po ławkach (w butach) po nowy modlitewnik lub zapas kadzidełka w proszku... Kto by widział księdza skaczącego po ławkach w kościele?
Pod koniec modłów mnich podaje Mongołce czarkę z zapalonym kadzidłem, ta - wciąż siedząc! - trzykrotnie przekłada naczynie wokół siebie, oczywiście zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. Starsza kobita nachyla się nad kadzidełkiem, nagania dłońmi dym ku sobie, wyjmuje zza pazuchy szal, okadza go, przykłada do serca, znów okadza w obłoku dymu, dotyka nim głowy. W końcu wymienia go na ten, którym jest przepasana. Czasem mnich dotknie swoją księgą lub pojedynczą kartką pochylonego czoła wiernej. Na zakończenie odsypuje do woreczka po łyżeczce dwóch rodzajów kadzidła.
Klasztor Czojdżin Lamy Mimo że te wszystkie sceny rozgrywają się w samo południe, że kilka metrów dalej pewnie słychać ryk klaksonów samochodowych, a po chodnikach chodzą elegantki z komórką przy uchu - mimo tego wszystkiego czuję, że uczestniczę w czymś niezwykłym i niepowtarzalnym dla mnie. A jednocześnie tak zwyczajnym i codziennym dla reszty przebywających tu osób. Jakże lubię patrzeć na tych skupionych ludzi przychodzących pomodlić się do swych świątyń i to niezależnie od tego, czy to będzie .
Na koniec jeszcze jeden obrazek, który mi się tak spodobał. Przed staruszką mnich ustawia miskę z wodą, przy pomocy ochir wprowadza wodę w ruch wirowy a następnie kładzie na niej deseczkę ze sterczącym patyczkiem. Na końcu tego "masztu" zatknięta jest karteczka - z jednej strony zapisana pytaniem czy może prośbą. Kartka obraca się, mnich czyta modlitwy. Mam podejrzenie, że to rodzaj wróżby. Kilka razy mnich zanurza ochir w naczyniu - czyżby regulował obroty? Klasztor Czojdżin Lamy
Nikt na mnie nie zwraca uwagi, ani mnisi ani tubylcy. Ciekawe, co by było, gdyby w polskim kościele pojawił się Murzyn? Stoję więc sobie dalej, rozglądam się po wnętrzu. Jest jak zwykle w czerwonej kolorystyce, ze zwisającymi frędzlami święte obrazy i posągi. Stoją też dwa bębny i czajnik z czajem. Mam pragnienie zapamiętania tego wszystkiego, tych wszystkich odczuć i wrażeń. Wychodzę.

W drodze na plac Suche Batora wstępuję na bazar, bez targowania kupuję grube skarpety (500T). "Będę na nich spał, żeby mi nie zginęły" - później powiem Grzegorzowi.
Dochodzę do klasztoru Czojdzin Lamy - już zza ogrodzenia widać, jak bardzo interesujący będzie to kompleks świątyń. Podłączam się do wycieczki Szwedów i wchodzę. Takie wślizgiwanie się ma obopólne korzyści: odciążam panią w kasie - ma więcej czasu dla siebie, a ja mam zapewnione angielskie objaśnianie. Poza tym mam wciąż w pamięci swoje skarpetki!

W bramie wejściowej w szklanych gablotach umieszczone są cztery, ponadnaturalnej wielkości postaci: uosabiają Wiarę, Niebo, Ziemię i coś jeszcze - stres związany z wejściem sprawia, że zapominam, co to było. Znajduję się teraz w ogrodzie, przede mną alejka prowadząca do kolejnych budynków rozstawionych w amfiladzie. Wszystkie pięć świątyń zostało zbudowane w stylu chińskim z podniesionymi narożnikami dachów, kolorowe kolumny podpierają dachy ozdobione smokami. Pierwsza świątynia, którą dostrzegam to Maharaja. Kręci się tu dużo turystów, zostawiam ją na deser.
Czojdzin Lama  - maska cam Zaczynam od Zug Temple poświęconej twórcy buddyzmu Skakyamuniemu. Wewnątrz XIX-wieczny posąg Buddy i 16 Arkhatów w stylizowanych eremach. Arhatowie niby medytują ale jeśli się dobrze przyjrzeć - przyjemnie spędzają czas... po prostu się zabawiają! Z boku pomieszczenia - postać kobieca na mule (protector-diety) wykonana z paper-mache. To dzieło artystów ze Szkoły Ufei.
Idę dalej. Na końcu ścieżki - mur i brama. Za bramą mini-podwórko i ośmiokątna miniaturowa świątynia. To Yadam Temple (1904-1908) oddzielona od innych murem - ze względu na wyjątkową świętość. Tylko Luvsan khaidav czyli Chojdzin Lama (brat Ósmego Bogda) tu wchodził, by medytować sekretną tantrę. Pośrodku brązowa statua Mahacida, jednego z 85 hinduskich mędrców. Z boku posąg Begtse Dharmpali z khorami oraz Lamentery. Po drugiej stronie dwa posągi z brązu: Mahamajamy (XIXw) i Sitasmwary (XVIIw). Tych posągów - wykonanych między innymi przez samego Zanabazara - jest zresztą więcej: jest Kalachakra (XIXw) z czterema nogami i kilkoma rękami w otoczeniu trzech Tar; jest Vajredara i Samwara - też wieloręki.
Pozostała mi jeszcze jedna świątynia do oglądnięcia - Amgalan Sum. Wykrzywiam ukośnie oczy i niepostrzeżenie podłączam się do grupy kilku Japoczyków, oprowadzanych przez mongolskie dziewczę. Wysłuchuję historii Zanabazara, oglądam tu umieszczony jego autoportret i małą stupę prawdopodobnie przywiezioną przez niego do stolicy z wycieczki do Tybetu.
Pałac Letni Bogdo Gegena

Czas na Maharaya Temple, muszę tylko pozbyć się pani, która chciała okazania biletu, gdy wchodziłem do tej największej świątyni. Już od wejścia rzuca się w oczy bogactwo zbiorów. Są tu przede wszystkim maski rytualne cam wykonane z paper-mache i inkrustowane koralem i innymi drogocennymi kamieniami. Maski są przeróżne: potworne i zabawne, kolorowe i ponadnaturalnej wielkości. Jest tu Sita Mahakala z kłami, Gawalan z rogami, Zamindi z trupimi czaszkami. Jest także Vajrapani z trzema oczami a dalej Dunjidma, Shridevi i inne postacie bóstw i demonów. Nie bez powodu tu je zgromadzono. W czasach świetności klasztoru to właśnie w siedzibie Czojdżin Lamy odbywały się główne uroczystości rytualne z tańcami Cam włącznie. Nie brakuje tu więc i instrumentów muzycznych. W świątyni są też dzieła sławnego mongolskiego rzeźbiarza (Puntsag-Osor XXw). A także olbrzymie statuy wykonane z miedzi i brązu pomiędzy XVII i XIX stuleciem przedstawiające Dharmpale - obrońców wiary. Niemniej godne uwagi są wykonane z jedwabiu aplikacje dekorujące ściany. Przedstawiają sceny z życia buddyjskich bogów i świętych. Ot choćby - sześcioręki Mahakala. Widać po minie, że zdenerwowany, bo nie radzi sobie z ich koordynacją. Obok - Yamaraja - Pan Śmierci stojący na byku. Są również thangki wykonane z bawełny naciągniętej na ramę i pokrytej mieszanką kredy, kleju ze skóry jaka, archii i mineralnych barwników.
Obchodząc wokół dużą salę - trafiam na Paradise of Maitrey - genialny pałac wykonany z drewna. Przypomina szopkę krakowską, z małymi postaciami buddą mnichami i eremami. Dochodzę w końcu do najważniejszego miejsca - wydzielonego pokoju - z tronem dla Chojdzina - wyroczni. Wokół złote posągi Buddy Shakyamuniego, Chojdżin Lamy i Baltung Choimba - nauczyciela Bogdo Gegena. Zmumifikowane resztki tego ostatniego podobno wciąż leżą wewnątrz statuy. Ponad tronem rozwieszone na sznurku papierowe postacie. Delikatnie chwieją się w powietrzu zwisając głowami w dół. Hm... Jak zwykle w takich miejscach - pełno kolorowych wstęg i i ozdób, miła przewodniczka objaśnia znaczenie kolorów. Opowiada również o dwóch odmianach lamaizmu, których atrybutami są żółte i czerwone czapki. Klasztor Czojdżin Lamy
I znów papierowe postacie sześcioręki Hajagriva, obok Bazarbik na lwie, dalej Perenleijalbu z łukiem i Zemura na koniu. I pomyśleć, że wszystkie te piękne rzeczy zachowały się cudem - klasztor pewno zostałby zniszczony w okresie ateizacji, lecz jakiś dobry komuch urządził tu w 1938 roku Muzeum Religii.
Wychodzę ze świątyni absolutnie usatysfakcjonowany.
---------------------
Po południu

Sajn, czuję się już lepiej. Zjadłem obiad w knajpie (i to bez baraniny), popijam teraz tę dziwną herbatą mongolską, która nigdy nie miała koloru czarnej herbaty ;-) Z głośnika leci "Nas nie dogoniat'" Tatu. Po bezowocnych poszukiwaniach drugiego dużego dworca autobusowego znajdującego się we wschodniej części miasta (zostałem wywieziony "trzynastką" na mały dworzec mikrobusowy; urocze przedmieścia UB ;-) powróciłem na "stare" miejsce pomiędzy Państwowym Domem Towarowym a knajpą "Varsovia". Stąd o 16.00 odchodzą codziennie autobusy do Tereldż. Pojadę jutro, Grzegorz po powrocie opowie mi, co warto zwiedzić.
Za chwilę idę na internet i lepiej, żeby były e-maile do mnie, grhhh! Odkąd Grzegorz pojechał na paskarski objazd (20$) czuję się wyjątkowo osamotniony w tym ponurym (za sprawą pogody) i brzydkim (za sprawą Mongołów) mieście. Do cholery! Denerwuję się tymi e-mailami.
-------
Zadowolony wychodzę z cyber-cafe; odebrałem listy, pogadałem na gg, pograłem na Kurniku. Klasztor Czojdżin Lamy - Paradise of Maitrey
W hotelu zaskoczenie: Grzegorz już wrócił! Podczas nieco ponad 6-godzinnej wycieczki zobaczył jaskinię, Żółwia (skałę), monastyr i most wiszący, i w końcu Tereldż nad rzeką z ciągnącymi się wzdłuż lasami - jak to określił - galeriowymi. Grzegorz jest zadowolony, ale ja na pewno nie byłbym usatysfakcjonowany takim sprintem, zwłaszcza za taką cenę. Ja koszt transportu do Tereldż planuję na 1500T (18 x mniej).

Co za niespodzianka! W guest housie pojawia się trójka Polaków. Z Krakowa, a w dodatku rodzina Maćka którym pracuję w Instytucie. Jaki ten świat jest mały... Przyjechali tu na rodzinne wędkowanie i podglądanie ptaków. Przy kolacji opowiadamy o swoich przeżyciach w Mongolii, czuję się zrelaksowany i cieszę się, że ich spotkałem. Mój wzrok wlepiony w ich mielonkę zostaje dobrze zinterpretowany i po chwili delektuję się kromką chleba z plasterkiem, chińskiego, co prawda, przysmaku.
To nie koniec na dzisiaj polskich spotkań. Pojawiają się dwie dziewczyny z Olsztyna samotnie podróżujące przez Moskwę i Bajkał do Karakorum i Ułan Bator. Z opowiadania Joli i Agi widać, że ich wyjazdu nie można zaliczyć do niskobudżetowych... Ale, jeśli rzeczywiście siedziały już 10 godzin w siodle - to jestem pełen podziwu...
Tak, tłoczno dziś u Bimby. Dużo tu Francuzów, Izraelczyków i Amerykanów. Sympatyczna atmosfera...

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej