Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]
W Moskwie | Grzegorz jest zadowolony | Sprintem do pociągu | Nasz pociąg numer 340 | "Kornelowe bystroje jeło"
Szybkim krokiem opuszczamy Dworzec Białoruski, szukamy kantoru (29.1 RUB/USD). Nigdzie nie chcą dać bumagi z potwierdzeniem wymiany, ponoć nie jest już potrzebna. Dworzec Jarosławski. Bety w przechowalni bagażu (35 RUB), przed nami niecałe 4 godziny czasu wolnego. Grzegorz najchętniej by przesiedział w jakimś kąciku – ma uraz po zeszłorocznej przygodzie, kiedy właśnie tu zdybali go milicjanci żądający migracjonnoj karty (40 $). Zachęcam go do zwiedzenia Arbatu, a następnie Kremla.
W chwilę później jesteśmy na poznanym w zeszłym roku Arbacie. W godzinach południowych nie jest aż tak zatłoczony, ale artyści i różni magicy zabawiają spacerowiczów. Stąd dwa kroki pod kremlowski mur. Tu już czuję się jak w domu – oprowadzam Grzegorza po Placu Maneżowym, zaglądamy na Plac Czerwony i na galeryjki GUM-u. Grzegorz wygląda na usatysfakcjonowanego.
Ostatnie zakupy przed odjazdem: placki chlebowe i woda mineralna i idziemy na peron. Pojedziemy w pierwszym wagonie za lokomotywą, Grzegorz ma wątpliwości, czy babuszki będą biegać tak daleko. Ja natomiast martwię się nieotwieralnym oknem. Ściągnięta prowadnica groźnie patrzy i każe mocno pociągnąć. Fakt – da się otworzyć ;-) Niestety, nasze miejsca, górne półki, nie są zbyt atrakcyjne – tuż przy wychodku za skrzypiącymi drzwiami. Ciężko będzie to przeżyć.
W ostatnim momencie przypominam sobie o braku szczoteczki do zębów – biegnę wzdłuż kilometrowego pociągu. Później roztrącam jakichś milicjantów próbujących mnie zatrzymać i wskakuję do odjeżdżającego pociągu. Uff...
Dolne miejsca zajmuje staruszka jadąca do Mariańska i Rosjanin mieszkający na Ukrainie. Zamieniamy po kilkanaście zdań. Hm, liczyłem na rozmowniejsze towarzystwo. Zobaczymy, co będzie dalej :) W wagonie większość pasażerów to ludzie w średnim wieku, trochę dzieci. Jesteśmy jedynymi Polakami w okolicy.
Mimo że jedziemy pociągiem numer 340 – a zatem pasażerskim – to przystanki są chyba równie rzadko rozmieszczone jak w pociągu pospiesznym. Zdaje się, są tylko nieco dłuższe. W Ułan Ude będziemy dokładnie po czterech dobach. 96 długich godzin. Nasz sąsiad mówi, że pierwszy dzień to rozrywka, drugi – nuda, trzeci – męczarnia, a w czwarty można zwariować... Hm! Aśka z Bydgoszczy, która również wybiera się do Mongolii, jest gdzieś teraz 10 kilometrów ponad nami: dziś miała lecieć do Irkucka... Czasem zastanawiam się, czy nie trzeba było jechać z tamtą grupą – zobaczą dodatkowo Bajkał i góry Chamar Daban...
"Nasza" babcia niewiele się rusza, nie wstaje, nie wychodzi na przystankach na peron. Przynajmniej nie musimy się martwić o rzeczy pozostawione na półkach. Sąsiad jest zorganizowany, ma wszystko, co niezbędne w podróży. Często wychodzi na papierosa do pomieszczenia między wagonami. Oboje na szczęście nie robią problemu z siedzeniem na ich dolnych ławkach. Gorzej ma chłopak z miejsca pod oknem po drugiej stronie korytarza. Dolna półka jest okupowana przez kaszalota, a nawet później, gdy kobieta wysiądzie w Tiumeniu, jej miejsce zajmie inny, równie potężny kaszalot. Śmiejemy się, że Rosjanie mają super-zorganizowany system komputerowy rozdysponowujący płackartnyje miesta odpowiednio do możliwości pasażerów. Chłopak jedzie do Angarska, jest elegancko ubrany, lecz małomówny. Czasem zapali kadzidełko. Czyżby mu coś śmierdziało?
Babuszki rzeczywiście wyczekują na dworcach. Niosą swoje naręczne stragany, pchają wózki z rozłożonymi wiktuałami. "Kartoszka goriaczaja!", "Chołodnoje piwo!". Bliny, pierożki z kapustą, z mięsem, "Kto chocziet?" Wciąż nie mam przekonania do takiego odżywiania się, poprzestaję na pierożkach za 5 rubli. Da się zjeść, choć są już trochę przestygnięte. Trzeba powiedzieć, że coraz częściej widzi się na stacjach gotowe produkty – wcale nie domowego wyrobu. W dodatku nie zawsze można liczyć na pełny asortyment jedzeniowy u babuszek: na jednej stacji są ryby, gdzie indziej głównie pierogi... Kręcę głową. Ja w każdym razie inaczej bym to zorganizował. Profesjonalne wózki z podgrzewaczami, jednorazowe tacki, cała ekipa – bo przecież miałbym sieć sprzedaży – w jednakowych uniformach z emblematem "Kornelowe bystroje jeło". Rozmarzam się.