Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16-17]


Przysłowie karelskie

Pietrozawodsk

czwartek, 24 VII 2003


Poranne zabijanie czasu |Bierzmowanie w soborze |Historia Karelii |Jak ja im zazdroszczę!


Pietrozawodsk: Drzewo Życzeń

Znajome ulice. Tu spędzimy cały dzień. Prospekt Lenina pusty - jest około 6.00 rano (mapka). Idę z mocną czwórką: Maćkiem, Agnieszką, Kasią i Agatą. Rozsiadamy się pod "świątynią dumania" nad Onegą i rozwiązujemy krzyżówkę panoramiczną. Hm, jak ja to lubię... "Ptak brodzący?" "Sowa!" - podpowiada Maciek wywołując długotrwałe spazmy. Dla rozgrzewki Agnieszka proponuje pobiegać, ostatecznie kończy się na krótkim pokazie hatha-jogi. Dwa asany wzbudzają zasłużone brawa. Tak niepostrzeżenie przelatują dwie godziny. Czerpiemy energię z granitowej piramidy ustawionej na nabrzeżu a następnie idziemy również z Magdą i Kubą pod Dieriewo żełanija". Pod sympatycznym stalowym drzewem kolejno szepczemy do jego ucha swe życzenia. Kuba jest bardziej rozsądny - podejrzewa, że w drzewie jest ukryty mikrofon a megafon roztrąbi o wszystkim dookoła.
Kolejną godzinę spędzamy w "Deżawju" - sympatycznym, acz zbyt eleganckim jak na moje śmierdzące ciuchy - lokalu. Zjadam niewielką kalitkę "Chaczepuri" - ciepły placek z serem i cebulą (14 RUB; herbata 10). Pietrozawodsk: Sobór Aleksandra Newskiego

Co by tu robić, skoro w mieście "nie ma nic ciekawego" - jak stwierdził kiedyś Przemek. Idziemy tym razem we trójkę do Cerkwi Aleksandra Newskiego mijając po drodze pomnik Kirowa dumnie wypinającego pierś przed Drama-Teatrem. Złote kopuły soboru lśnią wśród parkowej zieleni. Wchodzimy akurat podczas sakramentu bierzmowania i odtąd uważnie śledzimy tę uroczystość. A jest na co popatrzeć. Przed nami stoi mężczyzna, może 50-letni, z podkasanymi do kolan nogawkami i przypiętą do pasa komórką. Pop melodyjnym głosem śpiewa swe pieśni i modlitwy a jednocześnie smaruje jarzmem mężczyźnie kolejno: wargi, oczy, czoło, dłonie, nogi. Bierzmowanie jest dość kameralne, mężczyźnie towarzyszy tylko jedna kobieta a poza babuszkami zdmuchującymi świeczki (cóż za oszczędność!) nie ma w cerkwi prawie nikogo. Mężczyzna z zapaloną świecą podąża za popem trzykrotnie okrążając chrzcielnicę. Jeszcze tylko kilka chorałów, pop chwyta za nożyczki i zręcznym ruchem ucina mężczyźnie kosmyk włosów. Cool... Tak to narodził się Michał... Przypomina mi się Meczet Omajjadów, gdzie również z zapartym tchem oglądaliśmy tamtejsze obrządki. Byłem co prawda na mszy w Cerkwi Uspienskiej w Helsinkach i w Krakowie, ale to, co tu zobaczyłam bardzo mi się spodobało. Pop wygłasza teraz Michałowi krótkie kazanie-instruktaż dotyczący Cerkwi i uroczystość się kończy. Zaciekawiony naszą obecnością zwraca się do mnie "Wy żdiotie chriestienija? Uciekamy. Pietrozawodsk: Piotr I

Czas na Muzeum Krajoznawcze. Przynajmniej takie były plany, bo w parku opadliśmy z sił. Do muzeum wygania nas nadciągająca ulewa. Znów oglądam zbiory archeologiczne - tym razem Karelii, poznaję tutejszą historię od momentu zasiedlenia tych ziem po czasy rewolucji i wojny 1921 roku. Od petroglifów do elektryfikacji.
Moje zainteresowanie wzbudza kolekcja sowremennogo isskustwija w postaci filigranowych i pełnych wdzięku przedmiotów wykonanych z kości mamuta.
Są tu również kamienie runiczne, niestety tylko kopie - prawdziwe widziałem przed katedrą w Uppsali. Ale hitem muzeum jest sala poświęcona życiu, wierzeniom i symbolice Karelów przedstawionym z punktu widzenia kobiety. Miła Rosjanka odrywa się od lektury Fromma i opowiada nam o Kalevali, przytacza mity o stworzeniu świata, mówi o roli kobiety. Jeszcze tylko spacer na wystawę żiwotnych, co w oczach Magdy jest paradoksem, jako że zwierzęta są wypchane. W nagrodę za duże zainteresowanie zbiorami kobieta pozwala nam głaskać rysia do woli :-)

W studenckim klubie jemy pielmieni, kolejną godzinę internetujemy się przy Uniwersytecie. Deszcz to wzmaga się to ustaje. Resztę czasu pozostającego do odjazdu nocnego pociągu spędzamy w okolicach dworca.
Muszę wspomnieć jeszcze o czymś, co mnie ominęło w Karelii a czego udało się doświadczyć Warszawiakom. Otóż, wybrali się, tu właśnie w stolicy, do bani. Takiej prawdziwej, z miotełkami brzozowymi, ukropem i pogaduszkami. Jakże ja im tego zazdroszczę!


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej