Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Nauszki-Suche Bator

wtorek, 6. VII 2004


Jesteśmy w Mongolii! |Noc na dworcu |Buriacka rodzina |Żywe relikty epoki |Oczekiwanie w Nauszkach |Szwajcarka się denerwuje |Pierwsze mongolskie żarcie |Uczę się mongolskiego


Dworzec w Suche Bator

Siedzę teraz na dworcu w Suche Bator w oczekiwaniu na odjazd pociągu do Ułan Bator o 21.45. Jest wieczór, choć wydaje się, że to późne popołudnie. Słońce jeszcze nie zaszło, ale tu, w cieniu pociągu, nie odczuwa się już tego potwornego żaru, który towarzyszył nam przy przekraczaniu granicy. Tak! Jesteśmy w Mongolii! Po siedmiu długich dniach podróży, po stu kilkudziesięciu godzinach w pociągu, po przejechaniu 7500 kilometrów. Jesteśmy potwornie zmęczeni, zwłaszcza Grzegorz, który zeszłej nocy nie zmrużył oka w dworcowej poczekalni. Przejazd przez granicę rosyjsko-mongolską również dostarczył nam potężną dawkę zmęczenia i stresu: Raz - że jest to "dzika" granica, nie wiadomo, co może cię spotkać, jak cię potraktują, do czego się przyczepią? Dwa - że przekraczanie granicy trwało wyjątkowo długo (od przyjazdu do Nauszek do wyjazdu do Suche Bator 9 godzin). Trzy - że jechaliśmy bez biletów, A wszystko odbywało się we wspomnianym niemiłosiernym skwarze.

Ale wróćmy myślą do poczekalni w Ułan Ude. Zostaliśmy zmuszeni do noclegu w mieście - trzeba było poczekać na poranny pociąg. Po przetestowaniu różnych kompozycji fotelowo-plecakowych nadmuchałem swą zieloną poduszeczkę, złożyłem na niej swą zmęczoną głowę i udawałem, że śpię. Grzegorz dzielnie zmagał się ze snem pochłaniając kolejne rozdziały swojej grubej książki. Noc, przerywana jazgotliwą amerykańską muzyczką poprzedzającą komunikaty z megafonów, minęła spokojnie. Szybka kawa poranna na peronie i już siedzimy na obszczich miestach pociągu do Nauszek. Urokliwe zakątki Buriacji

Nauszki! Ta nazwa tyle razy przewijała się w naszych rozmowach, tyle razy natrafiałem na nią w relacjach internetowych... Dziś tam będziemy! Póki co, pociąg opuszczający Ułan Ude powoli wspina się na wzgórza wznoszące się ponad wijącą się wśród łąk Selengę. Grzegorz drzemie, ja mam potrzebę gadania. Przysiadam się do rodziny buriackiej. Mały Timur (3 lata) śpi na kolanach matki. Rozmawiamy o życiu w Buriacji, ale także o Polsce. Ałgar jest 30-letnim urzędnikiem celnym, zarabia 66 dolarów miesięcznie i mieszka z żoną w Nauszkach. Właśnie wracają od jego rodziców z Ułan Ude. Nelly nie mówi po buriacku i ubolewa nad tym. Zapytana delikatnie o narodowość mówi, że w 70 procentach czuje się Buriatką. W domu jej męża dziadkowie posługiwali się tym językiem na co dzień, Ałgar twierdzi, że zna buriacki, lecz jak później się okaże, ma trudności z przetłumaczeniem prostego zwrotu "Szczastliwogo puti". Hm.
Od pierwszej klasy szkoły podstawowej dzieci uczą się teraz rosyjskiego i buriackiego, a od piątej klasy - angielskiego lub innego zachodniego. Powracam w rozmowie do kwestii sprzed roku: jakie są zależności gospodarcze, finansowe i inne między władzą federacyjną w Moskwie a władzami buriackimi. I tym razem nie uzyskałem wystarczających dla siebie informacji. Pewną wskazówką ukazującą te zależności może być to, że otwarcie wyższej szkoły w Ułan Ude wymaga (wg Ałgara) uzyskania zgody z Moskwy. Robię pamiątkowe zdjęcie i uczę się podstawowych zwrotów buriackich: sajn = priwiet = cześć, pajerte = poka = na razie. Jak widać język podobny do mongolskiego. Ałgar i Nelly

Później zaczepiam dwóch mężczyzn - dla odmiany Rosjan. Wracają z urlopu nad Bajkałem. Są typowymi wytworami swojej, minionej na szczęście, epoki. I co ciekawe - zdają sobie z tego sprawę. Żyją na wsi, mają małe ledwo-co-samowystarczalne gospodarstwa. Nie lubią, unikają, boją się wręcz miasta ("taki tam ruch, hałas, tramwaje!"), na wsi życie jest spokojne, mięso mają ze swojej hodowli, nie trzeba płacić "bolszich diengow w magazinie". Czy nie chcą unowocześniać produkcji, zbudować lepszy dom? Może i chcieliby ale... Na wsi trudno dostać kredyt na inwestycje, zresztą ludzie wolą przepić pieniądze. Nie interesują się wyglądem swych domostw, żyją chwilą. Bezrobocie ponoć tylko 8%. W mieście mieszkania można kupić na wolnym rynku, jednak rzadko kogo na to stać. Jedynie specjalistom zakład pracy (lub miasto?) pomaga w uzyskaniu kwartiry. Popularna jest więc arenda - wynajem mieszkań. W zimie lód skuwa Selengę, opadów mało, gdzieniegdzie śniegu na tyle dużo, że można pojeździć na nartach (choć nie jest to popularne tu zajęcie). Moi rozmówcy z nostalgią wspominają jazdę na sankach i katanie na zamarzniętym ozierie. Dorabiają sobie drobnym przemytem. Wiza mongolska, którą od niedawna muszą również uzyskiwać kosztuje ich poniżej 30 USD (choć nie wiem jak bardzo poniżej). To znaczny wydatek, radzą sobie przechodząc zimą przez zieloną granicę. Selenga. Mijamy 5666 kilometr od Moskwy...

Grzegorz wciąż drzemie, idę na koniec pociągu, by odszukać prowadnicę z wagonu kupe jadącego do Suche Bator. Kobieta ma dla nas dwa miejsca ("300 rubliej, bilietow wam nie nużna?!"). OK. W Nauszkach wysiadamy. Skład wykonuje zupełnie niezrozumiałe dla mnie manewry. Ostatecznie trzy wagony "mongolskie" zostają ustawione na pierwszym torze i będą czekać na resztę pociągu z Irkucka. Robimy małe zakupy (żółty ser 260RUB/kg; chleb 10RUB, Grzegorz jak zwykle piwo). Zadowoleni siedzimy na karimacie i jemy śniadanko, gdy podchodzą dwie Mongołki z biletami kupionymi w kasie po 150 RUB. Hm... Mam wrażenie, że zrobiliśmy zły interes. Według przewodnika Bezdroży nie można kupić biletów w kasie zanim nie przyjedzie pociąg z Irkucka - okazuje się, że można kupić - właśnie na wagony kupiejne pociągu z Irkucka z godziny 6.55 w Ułan Ude. Idę do prowadnika, u którego mamy kupe. Wyjaśnia się nieporozumienie. Chce 300 rubli od nas dwóch - czyli nie przepłaciliśmy. Buriacja: w drodze do Nauszek

O 15.30 wchodzimy do pociągu złączonego już z wagonami przybyłymi z Irkucka. Teoretycznie o 16.00 ma się rozpocząć odprawa paszportowa. Stłoczeni w wagonach dusimy się w rosnącym upale. Grupa holenderskiej młodzieży bawi się dobrze, tylko starsza turystka ze Szwajcarii narzeka na rosyjskie państwo. Później zaczyna z nami rozmowę o ustąpieniu papieża. Czuć, że szuka zaczepki ;-). W końcu mamy pieczątki w paszporcie i wypełniamy deklaracje celne. Odprawa sprowadza się do wchodzenia i wychodzenia z kupe. Celnik pobieżnie zagląda do zakamarków - widać prawdziwi z nas turyści ;-) Szwajcarka tymczasem jest zdegustowana postępowaniem celników i czasem odprawy. Nie rozumie tego. Cóż, ma zły przewodnik: w naszym piszą, że przejazd przez granicę trwa 6 godzin... Zwracam jej uwagę na niskie zarobki celników a z drugiej strony na nowe procedury na granicy amerykańskiej (pobieranie odcisków palców, skanowanie oczu, itp). Pozostaje nieprzejednana w swoich opiniach.

Suche Bator. Po krótkich targach z żołnierzami zabezpieczającymi pociąg opuszczają nas Mongołki z kontrabandą, my dalej kisimy się w wagonie. W cudowny sposób pojawiają się w pociągu pierożki pocara (1000T/10szt.). Hmm. Kto nie ma tugrików, może kupić je u konika po kursie 1000T/1USD. Kupują niecierpliwi lub naiwni. Z trudem powstrzymuję Grzegorza: kurs z internetu (przed wyjazdem) był 1150. Przed wyjściem z wagonu uzgadniamy z prowadnicą dalszą jazdę do Ułan Bator (250 rubli za dwie osoby) i po odprawie (3 deklaracje: paszportowa, celna i SARS) idziemy na miejscowy targ. Mamy mnóstwo czasu, pociąg stoi tu znów kilka godzin. Grzesiek nalega na pierogi, wymieniamy 5500T/5USD i kupujemy pierwsze mongolskie żarcie. Pocara są ciepłe, ale grubo zmielona baranina smakuje... tak sobie.
Targ w Suche Bator W poczekalni dworcowej odpisuję rozkład pociągów, o szczegóły wypytuję Mongoła po... polsku: studiował kilka lat w Pradze, rozumie więc nasz język :-)
Przed samym odjazdem obserwujemy przykrą scenkę: 10-letni ćpun z wytatuowanymi FUCK i LOVE na palcach prosi o jedzenie i picie. Chłopak, dziecko przecież, wyraźnie podpity usiłuje śpiewać, zabawiać ludzi. Młodzież holenderska ma ubaw! Z ulgą odjeżdżam.

W drodze do Ułan Bator towarzyszą nam w kupe dwie Mongołki: ucząca się w Irkucku 18-latka - zestresowana i nieśmiała, oraz stara bywalczyni na tej trasie przewożąca tym razem transport garnków. Przysłuchuję się rozmowie prowadzonej po mongolsku i z przykrością stwierdzam, że jest wyjątkowo trudny. Czytamy zdania z mini-rozmówek i... nic! Na wszelki wypadek zapisuję sobie fonetycznie kilka liczebników i zwrotów:

1 - nyg
2 - chojer
3 - gurow
4 - doni
5 - taw
6 - dzurka
7 - doló
8 - jös
9 - najm
10 - aröw

dzień dobry - sajn bajnú (pierwsza samogłoska mieszane a z e; akcent na ostatnią sylabę)
dziękuję - bajerlá
do widzenia - bajerté
gdzie - chan
ile - chyd
kiedy - chidzí

Jak masz na imię? - Tani nier him bee?
Mam na imię ... - Mi ni nier ...

Ile masz lat? - Te chydyn nastee wiy?
mam lat ... - .... nastee.

Grzegorz rozdaje widokówki z Krakowa. Mimo zagrożenia wizytą rewidentów mongolskich - w końcu zasypiam.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej