Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


P.N. Chitwan

piątek, 23 III 2007


Płyniemy łódką! |Te co skaczą i fruwają... |Jeleń i motylki |Tropimy nosorożca |Odpoczynek na platformie obserwacyjnej|Na słoń! i w dżunglę ;-) |Wypłaszanie nosorożców |"Krokodyla daj mi luby!"


Chitwan: nad rz. Rapti

Idziemy na canoeing, czyli po prostu popływać długą łódką. Płynie nas piątka: Ainn - nasz przewodnik, właściciel łódki, 25-latek z Francji i my. Brzegi rzeki Rapti są niewysokie, porośnięte soczystą gęstwiną lub kamieniste, pełne białych okrąglaków. Ptaki zamieszkujące przybrzeżne tereny są najróżniejsze. Kaczki, gęsi, czaple różnych gatunków, kormorany... Najpiękniejsze są niebiesko upierzone kraski (kingfisher), siedzą na gałązkach spokojnie, aż do momentu, gdy nadmiernie się zbliżymy. Wówczas ćwierkając i łopocząc niewiarygodnie niebieskimi skrzydłami odlatują o kilka metrów dalej i znów przysiadają. Dużo jest zresztą innych, mniejszych, lecz równie ładnych ptaszków, ot choćby ten - biało-czarny, siedzi na krzewie kilka metrów od nas.
Hanka dopytuje o krokodyle, przewodnik twierdzi, że tu ich nie ma, ale jest szansa, że zobaczymy je podczas popołudniowego safari na słoniu. Mimo to uważnie obserwujemy rzekę... a nuż coś się czai w wodzie? Chitwan: kingfisher czyli kraska

Po kilku kilometrach dobijamy do brzegu. Dżungla tu jakby gęstsza, mniej wydeptana, a przede wszystkim - zamieszkana. Trzeba tylko dobrze słuchać i uważnie patrzeć. Choćby pod nogi. "Patrzcie, ile tu owadów!" - mówi przewodnik. Rzeczywiście, pełno tu czerwono-czarnych chrząszczy. Największe okazy mają 4 centymetry długości. Są wszędzie - na ziemi, na liściach, na pniach. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to małych mieszkańców lasu jest więcej: żuczki czarne, nakrapiane... Na szczęście chodzimy w sandałach, nic nam nie grozi ;-)
Przewodnik, a właściwe dwóch - bo jest z nami jeszcze dzielny wioślarz, idzie szybko, ja zostaję w tyle. Chcę pofotografować przyrodę. Ależ tu ptaków! Krzyczą i śpiewają. Najwięcej tu drobiazgu wielkości szpaka, fruwają też zielone i żółte papugi. Gdzieś blisko krzyczy paw.
Chitwan: małpy

- Patrzcie, małpy - mówi Ainn. Ciekawe, jak on je wypatrzył? Ja przynajmniej nic nie widzę. Przedzieramy się przez zarośla, prawie podchodzimy pod drzewo, gdzie mieszka małpia rodzina. No, fakt - są małpy. I to nie te zwykłe - czarnolice makaki, spotykane na ulicach indyjskich miast, lecz szare langury - z białymi mordkami (Presbytis entellus). Samica przytuliła swe dziecię, objęła ramieniem. Tata na sąsiednim konarze skubie listki.

- Będą tygrysy? - pyta Hanka

- Lepiej, żebyśmy ich nie spotkali - śmieje się przewodnik. Tygrysów jest tu ponoć kilkadziesiąt, ale wątpię, by się zapuszczały w pobliże wiosek na obrzeżu Parku Narodowego.

- Widziałeś kiedyś tygrysa z bliska? Jak był blisko? - pytam podchwytliwie.

- Był blisko, bardzo blisko, może 20 metrów. - Nepalczyk ma poważną minę. Chitwan: nosorożec-samotnik

Hm, może tak, może nie... W każdym razie miło jest chodzić po lesie, w którym mieszkają tygrysy.

Wychodzimy na polanę, niskie, rozłożyste drzewa sal porośnięte są uschniętymi pnączami i wyglądają jak dekoracja do drugiego aktu "Jeziora Łabędziego". Znów zajęczały w pobliżu pawie. Gdzie się one schowały, u licha? Rozglądam się... Są! Całe stado! Próbuję je podejść, lecz chowają się w zaroślach ciągnąc za sobą swe zachwycające złożone ogony.

Ledwo widoczna ścieżka skręca w prawo, oddala się od rzeki. Nepalczycy coś sobie pokazują, rozmawiają po szeptem. Nakazują nam ciszę, podchodzimy do miejsca, w którym leży sambar, jeleń aksis (Cervus axis). Nie sposób go wystraszyć - jest martwy.

- Musimy być cicho, bo w pobliżu może się czaić drapieżnik - Ainn rozgląda się na boki. My również. Najbardziej przejęty jest chyba Francuz, stoi na uboczu, ani myśli się zbliżyć. Przewodnicy próbują ustalić przyczynę śmierci dorodnego samca. Zwierzę leży na boku, chwytają go za poroże i przewracają na drugi bok. Ciało ma pokryte bialymi cętkami) Chitwan: motylek

- Żadnych śladów pogryzienia lub walki. - stwierdzają. Hm, pewnie stary był...

- Padł najwyżej dwa, trzy dni temu. - dodaje Nepalczyk

Zostawiamy biedne zwierzę, niech go sobie jakiś tygrys schrupie ;-) i idziemy leśnym duktem. Co chwilę zatrzymuję się próbuję "złapać" motyla. Jest ich tu pełno: żółte cytrynki (Colias erate), brązowoskrzydłe o urozmaiconym deseniu, czarne nakrapiane białymi cętkami (dostrzegam między innymi pazia Papilio polytes), duże z niebieskim obrąbkiem (Tanaecia julii) i pomalowane w czarno-białe pasy (Neptis hylas). Latają między plamami słońca przedzierającego się przez korony drzew. "Czy one nie potrafią choć na chwilę usiąść?!" - zżymam się. W dżungli jest ciemno i zdjęcia "w locie" są rozmazane.

Przewodnik kuca i znów czegoś wypatruje. W lesie słychać trzaskające gałązki. Ruchem głowy wskazuje kierunek: między drzewami przemyka jelonek, jeden, drugi. Nie wiem zresztą, jaki to gatunek, w każdym razie to zwierzyna płowa*). Zaskrzeczały gdzieś wysoko małpy. Dobrze, że mam ten 12-krotny zoom optyczny... Na zdjęciu u Hanki te szare langury są wielkości kropek. Chitwan: dżungla

Znów jakiś szelest w zaroślach. Przystajemy, Ainn uważnie słucha.

- W dżungli trzeba uważać - mówi cicho - to może być kurczak, ale to również może być nosorożec.

- Albo tygrys - dodaję. Chichoczemy.

Moment później o mało co nie wpadamy na nosorożca.

Wyszedł z krzaków, i nie oglądając się na nas przemaszerował przez dukt na drugą stronę. Szybkim krokiem idziemy za nim, lecz zwierzę ginie nam z oczu. Dżungla pełna jest ścieżek wydeptanych przez zwierzęta, przystajemy na moment przy odchodach.

- To zostawił nosorożec - przewodnik nachyla się i patyczkiem rozgarnia okrągłe buły. Ale te ślady są stare - mówi rozczarowany.

Znów trzasnęła gałązka, zaszeleściły krzaki. Zwierzę musi być gdzieś w pobliżu. Dochodzimy do brzegu nadrzecznego bagniska.

- Tędy poszedł, widzicie ścieżkę?

No, fakt; dwadzieścia metrów dalej zafalowała słoniowa trawa i przez moment widzimy grzbiet nosorożca. Czuję pewien zawód... Ale - z drugiej strony - niby co? Miałbym podejść do niego, by mi podał łapkę? Chitwan: słonie

Przed nami duża polana porośnięta wysoką trawą.

- To elephant grass, trawa słoniowa. Wyrasta do pięciu metrów wysokości.

W niektórych miejscach trawa jest nadpalona, poczerniała.

- Skąd ten ogień? - pytam - Był zaprószony, celowo podłożony, czy przyczyna pożaru była naturalna?

- To ludzie ze wsi wypalają trawę jesienią. Służy im jako karma dla zwierząt. Trawa jest wieloletnia, lecz tylko młoda jest smaczna.

Wychodzimy na wieżę obserwacyjną. Rozpościera się stąd widok na cały porośnięty słoniową trawą teren, hen, aż po brzeg rzeki.

Wypatrujemy nosorożców.

- Jest za ciepło, siedzą w cieniu lub w wodzie - stwierdzam

- Patrzcie - pokazuje Hanka - Słoń!

Rzeczywiście, kilkaset metrów dalej, przez zarośla przedziera się słoń z czwórką pasażerów. Daszek ocieniający białasów łagodnie się kołysze.

- Niektórzy turyści spędzają noc na wieży - mówi przewodnik - ale czas na to jest przy sześciodniowych pobytach w Chitwan. W porządku. Ja i tak jestem zadowolony. Chitwan: nosorożce
Wracamy na obiad. Dziś zupa cebulowa i indyjski cutlet. Kotlet jest indyjski, czyli wegetariański, zero procent mięsa. Hm, a już mi ślinka pociekła...

Popołudnie zapowiada się równie atrakcyjnie - przejażdżka na słoniach. Idziemy do centrum wioski, tu jest "parking". Z porannych rozmów wynikało, że lepszą opcją od słoni "prywatnych" są słonie "rządowe". Te pierwsze mają wstęp do strefy buforowej Parku Narodowego. Młody Nepalczyk - nasz przewodnik od słonia wraz ze swym kolegą "siodłają" dla nas słonicę, na grubych derach mocują czteroosobowy kosz. Dla grubych amerykańskich i niemieckich turystów pobudowano wieże do wsiadania, korzystamy z tego cywilizacyjnego ułatwienia.
Jedziemy przez wioskę znów we trójkę - z Francuzem, poganiacz siedzi na karku zwierzęcia. Pierwsze wrażenia są dość... umiarkowane, tak jak komfort i prędkość poruszania się. Czuję, że szybciej bym sam zaszedł na skraj salu. Tu dołączamy do innych słoni i zagłębiamy się dżungli. Muszę powiedzieć, że z wysokości pierwszego piętra przyroda wygląda zupełnie inaczej. Gałązki smagają nas po ramionach i twarzach, zdjęć prawie nie mogę robić, gdyż słoń niemiłosiernie trzęsie i jest ciemno. Ogólnie jednak - nie jest źle. Podoba mi się!
Chitwan: młocka

No, dobrze, ale gdzie są nosorożce? Wciąż zmieniamy kierunki, kluczymy po wydeptanych ścieżkach. Z przodu dobiegają nas pokrzykiwania przewodników, rozdzielamy się i przeczesujemy las. W krzakach przed nami stoi spłoszony nosorożec, wygląda na młodego. Przewodnicy zmuszają słonie do naparcia na krzaki, by się zbliżyć do biednego zwierzęcia. Słonie trąbią, trzęsą pasażerami, ale powoli - łamiąc konary i mniejsze drzewka - postępują do przodu. Czegóż się nie robi dla białego turysty? Jesteśmy już blisko, lecz nosorożec zmyka między grubszymi pniami drzew. Wycofujemy się.
Nasz słoń jest wyjątkowo nieposłuszny, a może to kwestia słabszych umiejętności niedoświadczonego przewodnika? Dość, że czasem chłopak ma trudności z opanowaniem zwierzęcia: nie chce się cofnąć lub staranować krzaki.
Znów leśna ścieżka, idziemy w dużych odstępach. Na komendę jednego z przewodników skręcamy jednocześnie z traktu i znów przeczesujemy sal. Zewsząd słychać trzaski łamanych krzaków, ryk słoni i pokrzykiwania poganiaczy. Spłoszone ptaki z wrzaskiem zerwały się do lotu.
Przewodnicy znają się na robocie. Z intonacji ich głosów domyślamy się, że udało się trafić na stado nosorożców. Zmuszamy je do wyjścia z dżungli na polanę. To samica z dzieckiem i wielki samiec. Zatrzymują się na łące, skubią trawę i nie przejmują się nami. Jesteśmy wszyscy - jak sądzę - usatysfakcjonowani. Ruszamy dalej.
Chitwan: dostawa jajek

Na drzewach siedzą małpy, te z białymi "twarzami", dostrzegamy w lesie przemykającą łanie z kozłami. Jazda na słoniu jest bardzo męcząca, jest ciasno; nie zazdroszczę tym, którzy jadą we czwórkę w koszu. Dochodzimy do bajora, wypatrujemy gawiali, pochowały się gdzieś, skubane. Są za to nosorożce, zanurzone w wodzie wystawiły tylko nozdrza, uszy i oczy. Czasem nurkują, później młody nosorożec przewraca się na grzbiet i majta nogami. Fajne ;-)
Teraz człapu-człapu wzdłuż rzeki-kanału. Wciąż wypatrujemy krokodyli, przykro nam, że ich nie zobaczymy. Są, co prawda, liczne pawie, ale my chcemy krokodyla! "Maybe next time". Przekraczamy rzekę. Mamy więcej szczęścia od białasów na pierwszym słoniu. Tamten wlazł na głębię, woda sięga mu po grzbiet, moczy buty turystów. Słonicy wciąż gorąco, zaczerpnęła trąbą wodę i radośnie się polewa :-)

I to właściwie tyle emocji na dziś. Wracamy do wioski, słoń podwozi nas do hotelu.
______________
*) Dzisiaj już wiem, że były to mundżaki (Cervus porcinus lub Muntiacus muntjak), zwane po angielsku "barking deers".
Chitwan: amarylis
Chitwan
Chitwan
Chitwan: wiadomo co ;-)

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej