Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Kunming – Dian Chi

czwartek, 11 VIII 2005


Tai chi w parku | Płynę ku Zachodnim Wzgórzom | Brama Smoka i świątynia Sanqing | Taihua Si i Huanting Si | Fuj! Co za świństwo


Dian Chi: park Daguan Gongyuan

Jeszcze kilka godzin wcześniej wahałem się, czy nie pojechać do Kamiennego Lasu. Doszedłem jednak do wniosku, że wapienne skałki choćby i 30-metrowej wysokości nie są warte organizowania sobie całodziennego wypadu (120 km w jedną stronę). Zwłaszcza że pod nosem mam kilka świątyń taoistycznych, których w Polsce nie zobaczę.

Zaopatrzony przez Japończyków w instrukcję po chińsku, nie bez trudu odszukałem autobus #57, który odwiózł mnie na terminal w Daguan nad jeziorem Dian Chi. Dzień właściwie się dopiero zaczynał (8:30) a w pobliskim 410-letnim parku Daguan Gongyuan (10 CNY) było już całkiem sporo spacerowiczów: turystów i stałych bywalców. Sam park nie jest czymś nadzwyczajnym: kilka stawów, parę alejek, sztuczne skałki, porozrzucane na całym obszarze altanki w "chińskim" stylu... Ale jeśli do tego dodamy ciepłe słoneczko, kolorowe kaczki i liliowe kwiaty lotosu na wodzie, to robi się całkiem sympatyczna atmosfera. Z przyjemnością zacząłem podpatrywać jak Chińczycy odpoczywają. A można wyciągnąć się na ławce, popływać rowerem wodnym lub na miniłódce, pograć w badmintona... Ale najpopularniejsze o tej porze było tai chi. Grupy Chińczyków w średnim wieku ćwiczyły (się) przy muzyce. Panie i panowie wdzięczyli się z wachlarzami naśladując ruchy swojego guru. Obok inna grupa dobyła mieczy i w wyimaginowanej walce pokonywała całe stada smoków. Wyglądało to wszystko bardzo atrakcyjnie, ale chciałem jechać dalej – do świątyń na Zachodnich Wzgórzach (Xi Shan). Dian Chi: tai chi

Za 15 CNY popłynąłem łodzią motorową z 5 innymi osobami do osady Long Men. Ta półgodzinna przejażdżka po jeziorze Dian Chi była całkiem, całkiem przyjemna. Od czasu do czasu mijaliśmy skrytych w trzcinie wędkarzy i żaglowe dżonki fanchuan Wkrótce po prawej stronie akwenu pojawiły się górki, można było dostrzec świątynie na ich szczytach lub wyeksponowanych zboczach. Nasz kapitan zezłościł mnie wysadzając mnie na przystani po przeciwnej stronie Long Men. Musiałem przejść przez 2-kilometrową groblę na jeziorze. Oczywiście mogłem skorzystać z kolejki gondolowej, która biegła nad jeziorem potem wprost do świątyni Taihua Si. Ja jednak wybrałem 40-minutową wspinaczkę mokrymi schodami w kierunku ostatniej, najwyżej położonej świątyni Sanqing Ge i Bramy Smoka (Long Men). Po dotarciu na miejsce zobaczyłem kilkadziesiąt straganów z pamiątkami. Co za komercja! Podobnie było przy następnych świątyniach. Z bólem serca zapłaciłem 30 CNY za wstęp.

Co dostałem w zamian? Około 10 pawilonów, pagód i świątyń zbudowanych w "chińskim" stylu. Zewsząd spoglądają Buddowie w otoczeniu innych postaci. Miejsca te połączone są plątaniną wydeptanych schodów i korytarzy wykutych w skałach. Chińczycy zachwycają się tu różnymi "niezwykłościami": a to miejscem, w którym padła krowa i trysnęło w zamian źródełko, a to kamienną amforą pełną wody, do której należy wrzucić pieniążka, a to poręczą, do której przypięte są tysiące kłódek (można je nabyć po 6 CNY na stoisku obok). Tłumy szczególnie się gromadzą przy Bramie Smoka, balkoniku zawieszonym na pionowej skale. By się tu dostać, trzeba przecisnąć się wykutą w skale galeryjką. W dole, kilkaset metrów niżej, rozciąga się gładka tafla jeziora Dian Chi. Cóż, rzeczywiście miejsce ma swój urok. Są tu również skałki nazwane z lekką przesadą "małym Kamiennym Lasem", ale – szczerze mówiąc – nie chce mi się ich oglądać. Dian Chi: LongmenDian Chi: Longmen

Poszedłem wilgotną ścieżką na północ. W okolicach świątyni Taihua Si znajduje się stacja kolejki gondolowej przywożącej chętnych z drugiej strony jeziora, oraz wyciąg krzesełkowy do kolejnej świątyni. Dla mnie ważniejsza była oczywiście sama świątynia Taihua Si ponoć z czasów dynastii Yuan (1306 r. n.e.). To tu zamelinował się na parę lat (jako mnich) Jianwen – cesarz panujący na przełomie XIV i XV wieku. By historia go nie zapomniała posadził przed świątynią miłorząb. Taihua Si to właściwie zespół świątyń z pawilonami, werandami i stawami porozrzucanymi wśród parkowej zieleni. Minąłem jedną bramę, drugą, 30-metrowy pawilon Wielkiego Buddy wsparty na 22 kolumnach, doszedłem do Hallu Niebiańskiego Króla ze statuą Awalokiteśwary stojącą na świątyńce w kształcie kwiatu lotosu. Powyżej znajduje się Dom Łaski (Debei Pavillon) z trzema posągami Buddy: Dharmakaya Vairocany, Sambhogakaya Lusheny i Sakyamuniego. Poszczególne świątynie wsparte na czerwonych kolumnach połączone są długimi, zadaszonymi korytarzami. Dachy wsparte są dougongami, skomplikowanym systemem belkowań, szczególnie interesujące są kolorowe dougongi nad kolumnami w narożach budynków. Kryte chodniki okrążają sztuczne jeziorko tworząc malowniczą scenerię. W zielonkawej wodzie migają czerwone grzbiety 40-centymetrowych karpi. Przyznaję, że trafiłem do naprawdę urokliwego miejsca. Podobnego zdania musieli być Chiuńczycy, którzy między kępami bambusów zrobili sobie piknik.

Dian Chi: Taihua Si

Później czekał mnie półgodzinny spacer ścieżką przez wilgotny las. Kolejna świątynia Huanting Si z okresu lokalnego królestwa Nanzhao (XI w.) okazała się jeszcze bardziej okazała: za bramą znajdował się szereg pawilonów i świątyń. Przed jedną z nich – olbrzymie postacie potworów pilnujących wejścia. Pośrodku dziedzińca duża rzeźbiona w metalu kadzielnica z powtykanymi kolorowymi kadzidełkami. Dym raz po raz przysłania groźne postaci bogów. Główna świątynia jak zwykle bajecznie kolorowa, czerwone słupy z umieszczonymi wzdłuż nich taoistycznymi myślami, wielkie złote hieroglify nad wejściem, niebieko-zielono-czerwone zdobienia belkowań. Wewnątrz złote posągi Buddy i kolorowe aplikacje. Wzdłuż pawilonów umieszczono kilkadziesiąt rzeźbionych w drewnie przedstawień mitów i legend taoistycznych i buddyjskich.

Dian Chi: Huanting Si

Dalszą drogę w kierunku Gaoyao uprzykrzała mżawka. Odpuściłem sobie więc wizytę w ostatniej świątyni Shenjan oraz ogród z orchideami, szczególnie, że robiło się już późnawo. Autobusem podmiejskim #6 wróciłem do centrum.

Wstąpiłem na żarcie i po raz pierwszy spotkała mnie przykra niespodzianka: nie dało się tego zjeść. Gęsta zupa była zbyt ostra i po prostu niesmaczna. Niby to samo jadły obok mnie Chinki, wniosek więc prosty: albo moje podniebienie jest zbyt delikatne, albo kucharz złośliwie przesadził z przyprawami dla obcokrajowca. Zostawiłem jedzonko dla następnego klienta i poszedłem zjeść zwyczajny ryż z warzywami.

Dian Chi: Taihua SiDian Chi: Huanting Si
Dian Chi: Huanting SiDian Chi: Huanting Si
W końcu hotel. Bez żalu pozbyłem się rozlatujących się adidasów, nie wytrzymały tygodnia w tym wilgotnym klimacie. Samotny wieczór spędziłem na poznawaniu chińskich trunków. Nie spodziewałem się, że poradzę sobie z litrowym winem kupionym wczoraj w Geant'cie. Dobre było!

Nocny Kunming


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej