Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Ułan Bator

poniedziałek, 26. VII 2004


Black Market czyli nie taki diabeł straszny |Kantor pod chmurką


Masarnia na Black Market

Dziś dzień upływa pod znakiem wyczekiwania na wyjazd i kupowaniu pamiątek oraz żarcia do pociągu. Właśnie! Wciąż nie mogę uwierzyć, że podróż do Moskwy zajmie nam tylko cztery doby. Tu jechaliśmy pięć i pół dnia. Na wszelki wypadek idę rano jeszcze raz do kolejowej informacji: mamy być w Moskwie 31 lipca o 1400. Czyli zdążymy w okresie ważności wizy tranzytowej. OK.
Jadę z Grzegorzem do Narantuul czyli na Black Market. Wczoraj były tam polskie dziewczyny, kieszonkowiec ukradł jednej lusterko z torebki (bo nic tam więcej nie miała) - jednak atmosfera zagrożenia mi się nie udziela. Podjeżdżamy mikrobusem na plac, płacimy 50T za wstęp. Ilość stoisk, towarów i ludzi - oszałamiająca. Przez godzinę zapoznajemy się z cenami i ofertą handlową mongolsko-chińsko-japońsko-rosyjską. W końcu kupujemy zieloną herbatę (sprzedawaną w postaci twardej cegły), kompakty, tabakę, kadzidło, czarki do sute-caj... Grzegorz zachęca mnie do kupna "oryginalnej" bielizny Kevin Klein w cenie 2$ za sztukę, ale jakoś nie mogę się zdecydować. Komu w Polsce miałbym wmawiać, że kupiłem slipy za 200 złotych? Inna rzecz, że kurtki z "goretexu" są tu po atrakcyjnych cenach (80$) a North Face można kupić za 25$... Może gdybym tuż przed wyjazdem nie kupił kurtki Alviki - bym się zdecydował... Tylko jakby to było z serwisem gwarancyjnym? Negocjuję jeszcze przez chwilę kupno dzwonka buddyjskiego, ale ostatecznie się nie decyduję. Wracam obładowany jak wielbłąd. Tlenieni Mongołowie

Po południu spacer - chyba już ostatni. Każde kolejne wyjście do miasta dostarcza mi nowych doświadczeń. Ot choćby coś takiego: Idziesz - a tu otwarty właz do kanału. Za chwilę - kolejny. No ja nie mogę! Tu po prostu kradnie się pokrywy. Albo: jadę miejskim autobusem, Mongoł pociąga z gwinta wódkę. Po kilku przystankach butelka pusta. Śmiecić w autobusie nie wypada - Mongoł podaje mi więc butelkę i pokazuje gestem, abym wyrzucił przez okno. Cóż było robić? Dzień gorący - co chwilę wstępuję do chunsnii delguur czyli spożywczego i proszę o zairmag. Słówka nauczyła mnie dziewczyna w drodze z Karakorum do UB, mogę teraz kupować lodów do woli! A upatrzyłem sobie szczególne lody - po 100 tugrików w waflu, bez opakowania trzymane w zamrażarkach. I nawet się nie zatrułem!.
Spaceruję więc po stolicy z lodami w ręku, oglądam sobie Mongołki i Mongołów. Mongołowie - ci starsi często ubierają się tradycyjnie - w del, coś w rodzaju czarnego szlafroka i przepasują się pomarańczowym szalem. Buty noszą wysokie, pod kolana. Na głowie kapelusz z rondem, kobiety w kolorowych chustach. Młodzi natomiast chodzą często po europejsku, w adidasach i dżinsach. Nie brakuje na ulicy ładnych dziwcząt, jest na czym oko zawiesić ;-) Wrażenie robią na mnie tlenieni Mongołowie - głównie chłopcy: wygląda to zabawnie i raczej odpychająco.

Za bazarem, (w okolicach drogi do Geser) napotykam na dwadzieścia samochodów zaparkowanych na placyku. To kantor na świeżym powietrzu. Na półce pod przednią szybą leżą banknoty: 5-10-15-centymetrowe stosy dolarów, juanów, tugrików, euro i rubli. Cinkciarze i ich pomocnicy chodzą z naręczami tych pieniędzy tak ostentacyjnie, że człowiek zaczyna się czuć wyjątkowo bezpieczny: kto by potrzebował moich kilkunastu dolarów? Brzydka deszczowa pogoda zachęca mnie do szybszego powrotu do hotelu. A propos pogody: podobno lipiec jest najbardziej mokrym miesiącem w Mongolii. Jednak podczas tych trzech tygodni - w górach, w stepie i w mieście nie odczuwaliśmy tego zbytnio. Owszem, raz deszcz zaskoczył nas podczas spaceru po Gandan, raz przeżyliśmy potężną burzę pod Ich Uuł, kilka razy kropiło podczas drogi... Często jednak były to przelotne deszcze i przynosiły orzeźwienie w czasie upalnych dni.
Kupuję dwie chińskie mielonki po 1150T, węgierski dżem i wracam do hotelu. Grzegorz jest również po zakupach, flirtuje teraz z Jolą, nieźle im idzie...;-)

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej