Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]
Budujemy parking... | Czarna Madonna | Wycieczka do San Jose - mierzymy puls
Nigdy nie lubiłem pielgrzymek do miejsc kultu religijnego. Wycieczka do Częstochowy w podstawówce budzi we mnie zdecydowanie negatywne skojarzenia. Do Lourdes nikt mnie nie zaciągnie [A jednak pojechałem! Co prawda nie pielgrzymkowo, ale... – przyp. 2017], po prostu takie miejsca mnie nie interesują. Dziś w programie Montserrat, zespół klasztorny ze sławną Czarną Madonną. Podobno w okolicy są jakieś pustelnie i górki, więc może jakoś to przeżyję.
Jedno jest pewne: Benedyktyni wybrali sobie ładne miejsce do zamieszkania. Samotne pasmo górskie wyrastające z równiny widoczne jest z daleka, także z oddalonej o 40 km Barcelony. Mniej więcej w połowie wysokości można dostrzec zbudowaną pod skałami Bazylikę. Autobus, zanim wjedzie na podklasztorny parking, musi dosłownie okrążyć masyw, wspinając się wąską drogą. Dalej idziemy pieszo wzdłuż zadaszonego chodnika aż do właściwego centrum.
To wielki plac budowy. W wąskiej dolinie lub raczej rozpadlinie między potężnymi czapami skalnymi, benedyktyni mieli dość miejsca, by zbudować zespół klasztorny i inne budynki. Nie przewidzieli jednak, że potrzebna będzie dwupasmowa droga, by przyjąć tu codziennie tysiące pielgrzymów chcących zobaczyć Czarną Madonnę. Nie można wiernych narażać na niewygodny dostęp do sanktuarium. Nic dziwnego, że na zboczu wąwozu powstała betonowa estakada ze wspomnianym zadaszonym pasażem, że wąwóz w centrum został przegrodzony żelbetonowymi ścianami i trwa budowa olbrzymiego, betonowego parkingu...
Gromadzimy się na placu przy muzeum (3.15 €) a następnie przechodzimy na dziedziniec, gdzie Szymon opowiada nam o historii tego miejsca. Dłuższą chwilę spędzam w kościele – trwa akurat msza – i ustawiam się w długiej, acz szybko posuwającej się kolejce chętnych do obejrzenia Czarnej Madonny. Po drodze (korytarz biegnący równolegle do nawy głównej) z zainteresowaniem oglądam bogato wyposażone i ozdobione kaplice. Pozłacany posąg Madonny ślicznie lśni w świetle reflektorów, nie ma jednak czasu na kontemplację figury – wąż ludzki szybko się przesuwa, można tylko dotknąć czarnego jabłka w dłoni La Morenety, przeżegnać się lub błysnąć fleszem. Dalej przechodzimy obok wnęk z setkami, może tysiącami różnokolorowych zapalonych świec. Pięknie to wygląda... Postanawiam i ja wesprzeć hiszpański kościół katolicki i dokonuję zakupu (ze znaczną bonifikatą dla obywatela państwa kandydującego do Unii) świecy w samoobsługowym stoisku. Nie mam zamiaru się z nią jednak tu rozstawać – przyda się nam wieczorami, a i dziewczyny z niej skorzystają.
Święte miejsce zaliczone, czas na program turystyczno-krajoznawczy. Z mapki pobranej w informacji wynika, że w ciągu 2 godzin jestem w stanie dojść do jednej z pustelni-kościółków zagubionych gdzieś w masywie Montserrat. Można się dostać w ich pobliże kolejką szynową (3.80 €, 6.50 € w obie strony) – ale to by było poniżej moich ambicji. Idę wraz z Adamem, później napotykamy p. Tadeusza i p. Adama i maszerujemy we czwórkę. Widoki coraz ładniejsze, przypominają nieco Kapadocję, rozmawiamy o podróżach, a tempo przemieszczania jest dość znaczne. Nasi AWF-meni robią krótki wykład o technice chodzenia po górach, a następnie proponują test praktyczny. Mierzymy (na szczęście sobie!) tętno w ciągu 12 sekund. Ja podaję wynik 18×, Tadeuszowi wychodzi 14×, p. Adamowi 16× a Adam mówi – 19×. Ile miałem naprawdę – nikomu się nie przyznam ;-)
Później nieco przyspieszam, reszta zostaje w tyle zostaje w okolicach górnej stacji kolejki. Ja idę do San Jose (13:30). Tu niewielki kościółek, właściwie kaplica, powyżej ruiny jakiejś knajpy. Ścieżka prowadzi dalej, lecz brak czasu i pogarszająca się pogoda powstrzymuje mnie na miejscu. Kawka, obiad, śliczne panoramy. Schodzę. Do naszej czwórki dołącza Gośka i Leszek – małżeństwo awuefowe, zresztą również sympatyczne.
Zbieramy się do odjazdu, Anka z Miśką prowadzą agitację – chcą zmienić program tak, by kosztem plażowania we Francji zostać na dwa dni w Madrycie. Popieram ten pomysł, choć widzę marne szanse, by to zmienić.
Odjazd do Barcelony. Najpierw krążymy w pobliżu lotniska szukając kempingu. W końcu jest, pardon: był – jakieś pół roku temu. Zlikwidowany. Hm... A ja myślałem, że mamy potwierdzone rezerwacje... Nic to, przynajmniej pooglądaliśmy startujące i lądujące co chwilę samoloty. W godzinę później rozkładamy się na kempingu "Trzy gwiazdy".